„To miał być tylko zimowy spacer. Jedno spojrzenie wystarczyło, żebym kompletnie przepadła”
„Marek wstał. Nie odzywał się, tylko patrzył na mnie tak, jakby czekał na znak. Kamil za to milczał. Nie potrafił się bronić, bo nie wiedział, że zrobił coś złego. W jego oczach nie było winy — tylko złość, że psuję mu układ. A ja poczułam, że coś się we mnie zmienia”.

Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało. Kiedy przestałam czuć, że jestem dla Kamila kimś ważnym. Może to było wtedy, gdy wracał z pracy i zamiast pocałunku dostawałam zdawkowe „hej”. Może, gdy święta zamieniły się w kolejne „logistyczne wyzwanie”, a wspólne wieczory w milczące przesiadywanie przed telewizorem. A może… może to po prostu nigdy nie była miłość, tylko wygodny układ, w który za bardzo uwierzyłam.
Do domku w górach jechaliśmy w ciszy. On analizował pogodę, drogi, jakieś wykresy w telefonie. Ja patrzyłam przez okno. Wszystko było białe, jakby świat chciał coś zakryć. Może to, że jestem samotna obok człowieka, który podobno mnie kocha.
— Myślisz, że będzie śnieg na szlaku? — zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Pewnie. — Wzruszyłam ramionami. — Jest zima.
— I co się tak złościsz? — rzucił.
Nie odpowiedziałam. A potem był on. Marek. Kuzyn Kamila. Wysoki, uśmiechnięty, z ciepłem w oczach. I to jedno spojrzenie, które sprawiło, że zadrżałam. Jakby ktoś pierwszy raz od dawna zobaczył mnie całą — nie tylko pobieżnie, z zewnątrz.
Udawałam, że zawiązuję szalik
— Ja idę z psem — rzucił Marek, zakładając czapkę. — Ktoś się chce przewietrzyć?
— Idź sam, zimno jak cholera — odpowiedział Kamil, nawet nie podnosząc wzroku znad laptopa.
— Ja mogę — powiedziałam, zanim zdążyłam się zastanowić, czemu właściwie to mówię.
Marek uśmiechnął się tylko i podał mi szalik.
Nie rozmawialiśmy przez pierwsze dziesięć minut. Śnieg skrzypiał pod butami, pies biegał w kółko, a powietrze było tak czyste, że aż bolało w płucach. Patrzyłam na drzewa, jakby miały mi coś podpowiedzieć. Że powinnam wrócić. Że to nic takiego.
— Zawsze lubiłem taką ciszę… — odezwał się w końcu. — Ale rzadko kiedy ktoś mi w niej towarzyszył bez gadania.
— To chyba dlatego, że sama w sobie mam chaos — odpowiedziałam zaskoczona, że to naprawdę ze mnie wyszło.
Marek spojrzał na mnie uważnie.
— Może właśnie dlatego mnie ciągnie w twoją stronę.
Zamarłam. Udawałam, że zawiązuję szalik, że muszę poprawić rękawiczkę. Ale moje serce waliło tak głośno, że aż się przestraszyłam, że on to usłyszy. Wróciliśmy powoli, w milczeniu, ale innym niż wcześniej. To już nie była zwykła cisza. Było w niej coś nabrzmiałego, coś, co wisiało między nami jak śnieg na gałęziach — gotowe spaść przy najmniejszym ruchu.
Obróciłam się powoli
Przez resztę dnia unikałam Marka. Schowałam się za rodziną, za kuchnią, za podszytym uśmiechem, który miał mnie chronić. Ale czułam jego wzrok. Nie natarczywy, tylko ciepły. Jakby pytał: „I co teraz?”. Wieczorem wszyscy zasiedli do kolacji. Kamil rozkładał serwetki z precyzją chirurga, Marek rozmawiał z jego mamą o podróżach. Unikał patrzenia na mnie. A może tylko mi się tak wydawało?
Kiedy skończyli jeść, większość poszła do salonu. Ja zostałam w kuchni. Miałam pretekst — zmywanie. I wtedy poczułam, że nie jestem sama.
— Zrobiłem coś nie tak? — zapytał cicho Marek, stając tuż za mną.
Zamarłam.
— Nie… po prostu nie powinnam…
— A gdybyś mogła? Gdyby nikt nie patrzył?
Obróciłam się powoli. Patrzył mi prosto w oczy. A ja… nie potrafiłam kłamać. Moje milczenie mówiło za mnie.
— Kasia… — odezwał się, ale mu przerwałam.
— Nic nie mów. Proszę.
Zebrałam się i wyszłam z kuchni z bijącym sercem. Czułam, że grunt pod stopami się kruszy. Ale pierwszy raz od dawna… czułam cokolwiek. Kamil spał już, kiedy wróciłam do pokoju. Leżał na boku, z telefonem w dłoni. Zawsze tak samo: przewidywalnie, bezpiecznie, nudno. A Marek? On był jak zapałka w dłoni dziecka. Wiedziałam, że wystarczy jedno potarcie.
Jakby czekał na znak
Usłyszałam ich głosy, zanim weszłam do salonu. Kamil i Marek. Mówili cicho, ale nie na tyle, bym nie mogła tego wychwycić.
— Kasia to… taka bezpieczna opcja — powiedział Kamil tym swoim tonem, jakby omawiał zakup nowej lodówki. — Stabilność. Spokój. Wiesz, o co chodzi.
Zamarłam w korytarzu. Serce mi stanęło.
— A nie miłość? — zapytał Marek. Jego głos był spokojny, ale pod spodem czułam napięcie.
— Miłość się kończy. Praktyczność zostaje — parsknął Kamil. — Nie bądź dziecinny. Po trzydziestce człowiek myśli głową.
Weszłam bez pukania. Z drżącymi rękami, z wściekłością buzującą gdzieś pod spodem.
— Ciekawe, że nie mówisz mi tego prosto w twarz — powiedziałam, patrząc Kamilowi w oczy.
Oblał się rumieńcem, jakbym przyłapała go na czymś wstydliwym, choć przecież nawet nie próbował tego ukryć.
— Kasia, to nie tak…
— To dokładnie tak — przerwałam mu ostro. — Dla ciebie jestem planem, tabelką w Excelu. Ustabilizowanym życiem.
Marek wstał. Nie odzywał się, tylko patrzył na mnie tak, jakby czekał na znak. Kamil za to milczał. Nie potrafił się bronić, bo nie wiedział, że zrobił coś złego. W jego oczach nie było winy — tylko złość, że psuję mu układ. A ja poczułam, że coś się we mnie zmienia.
I wtedy to poczułam
Zobaczyłam go przy strumieniu. Siedział na powalonej kłodzie, rzucał kawałki lodu do wody. Nie wiem, czy przyszedł tu przypadkiem, czy czekał. Ale kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się cicho. Nic nie mówiłam. Usiadłam obok.
— Widziałem cię wtedy… pierwszy raz, naprawdę — powiedział. — Jakbyś nosiła samotność jak płaszcz.
Pokręciłam głową.
— A ty co? Myślisz, że jedno spojrzenie wystarczy, żeby zniszczyć wszystko?
— Nie. Ale może wystarczy, żeby coś zacząć — odpowiedział spokojnie.
Chciałam się zaśmiać, powiedzieć coś gorzkiego, ale nie mogłam. Bo te słowa były… dokładnie tym, co czułam.
— Przestań, Marek. To nie film. Tu nie ma ścieżki dźwiękowej ani szczęśliwego zakończenia.
— Nie chcę filmu. Chcę ciebie.
Zamilkliśmy. Pomiędzy nami były śnieg, lód, szum wody i coś, co narastało od pierwszego spojrzenia. Coś, czego już nie umiałam zatrzymać.
— Wiesz, co jest najgorsze? — odezwałam się cicho. — Że przez chwilę naprawdę pomyślałam, że mogłabym wszystko rzucić. Zaryzykować. I to mnie przeraża.
— A mnie nie. Bo ryzyko znaczy, że coś jest żywe. A ty jesteś żywa, Kasia. Tylko przestałaś to czuć.
I wtedy to poczułam. Pierwszy raz od lat: że może naprawdę jeszcze coś się we mnie tli.
Uśmiechnęłam się gorzko
Wróciłam późno. W domku było już cicho. Tylko Kamil siedział w kuchni przy herbacie, ze wzrokiem wbitym w blat. Usiadłam naprzeciwko. Nie uciekł wzrokiem. Ale też nie próbował mnie zatrzymać.
— Ja już nie chcę być rozsądnym wyborem — zaczęłam. — Chcę być kochana.
Przez chwilę milczał, potem wzruszył ramionami.
— A myślisz, że miłość trwa wiecznie? Przestań żyć bajkami, Kasia. To nieprawdziwe.
— Może i bajkami — spojrzałam mu prosto w oczy — ale z tobą to już nie jest nawet rzeczywistość. To tylko przyzwyczajenie.
Westchnął. Jakby właśnie podjął decyzję o przełożeniu jakiegoś spotkania, a nie o końcu związku.
— Rób, co chcesz — rzucił. — Zawsze robisz.
Uśmiechnęłam się gorzko. Przez siedem lat nie robiłam nic. Teraz po raz pierwszy robiłam coś dla siebie. Spakowałam się w kwadrans. Kamil nawet nie zapytał, dokąd idę. A ja nie poszłam do Marka. Usiadłam na ławce przed domkiem. Śnieg skrzypiał pod stopami, a ja patrzyłam w rozgwieżdżone niebo i pozwoliłam sobie… po prostu czuć: smutek, strach, wolność. Wszystko naraz.
I po raz pierwszy nie czułam się winna.
Kasia, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wyjechałam na narty ze znajomymi męża i żałuję. Są tak drętwi, że myślałam, że z nudów zniosę jajo”
- „Dostałam biżuterię po babci, a zazdrosna kuzynka nie mogła tego przeboleć. Naopowiadała na mnie bajek całej rodzinie”
- „Na zimowym szkoleniu poczułam miętę do kolegi z pracy. Firmowy bal karnawałowy wspominam z wypiekami na twarzy”

