„Każdy facet jest taki sam. Wolę obchodzić Dzień Singla, niż dawać się nabrać na walentynkowe bajery”
„Ale on nakręcał się coraz bardziej. Zaczął wymachiwać rękami, oskarżając obsługę o brak kompetencji, o psucie nam wieczoru. To był moment, w którym po raz pierwszy pomyślałam: kim jest ten człowiek? Ten szarmancki chłopak z biblioteki zniknął, a na jego miejscu stał furiat robiący scenę o stolik”.

To miał być wieczór jak z bajki, scenariusz napisany przez samo życie, w którym główną rolę gram ja i on, mój nowy, idealny wybranek. Miałam na sobie czerwoną sukienkę, która kosztowała połowę mojej pensji, a w sercu nadzieję, że te walentynki przerwą pasmo moich sercowych niepowodzeń. Czułam to przyjemne łaskotanie w brzuchu, wiarę, że tym razem będzie inaczej. Nie wiedziałam jeszcze, że za kilka godzin będę marzyła tylko o tym, by zapaść się pod ziemię i zniknąć z powierzchni tej eleganckiej, przepełnionej zapachem drogich perfum restauracji.
Nie odpisywał
Pamiętam dokładnie moment, w którym zapinałam zamek mojej nowej kreacji. Lustro w przedpokoju odbijało dziewczynę, której dawno nie widziałam. Uśmiechniętą, pełną blasku, z iskierkami w oczach. Kasia, pomyślałam, to jest twój czas. Poprzednie i jeszcze wcześniejsze walentynki spędzałam w towarzystwie kota i pudełka czekoladek, oglądając filmy, w których ludzie znajdują miłość na rogu ulicy w Nowym Jorku. Tym razem miało być inaczej. Jacek pojawił się w moim życiu niespodziewanie, zaledwie miesiąc wcześniej. Poznaliśmy się w bibliotece, co samo w sobie wydawało mi się niesamowicie romantycznym początkiem. Był szarmancki, przystojny w ten nienachalny sposób i wydawał się taki poukładany.
Kiedy zaproponował kolację w jednej z najdroższych restauracji w mieście, poczułam się wyróżniona. Moja przyjaciółka, Anka, ostrzegała mnie, żebym nie angażowała się tak szybko. Mówiła, że miesiąc to za mało, by kogoś poznać, że powinnam zachować dystans. Ale kto słucha głosu rozsądku, gdy serce bije szybciej? Zignorowałam jej rady, układając starannie włosy i poprawiając makijaż. Chciałam, żeby wszystko było perfekcyjne.
Czekałam na niego pod blokiem, przestępując z nogi na nogę. Był luty, mróz szczypał w policzki, ale adrenalina mnie rozgrzewała. Miał być o dziewiętnastej. Kiedy minęło piętnaście minut, zaczęłam nerwowo zerkać na telefon. Nie odpisywał. Moja wyobraźnia, zazwyczaj bujna, zaczęła podsuwać mi obrazy wypadków i katastrof. Dopiero po kolejnych dziesięciu minutach podjechał swoim samochodem. Nie wysiadł, żeby otworzyć mi drzwi, co trochę mnie ukłuło, ale zrzuciłam to na karb pośpiechu i zimna. Wsiadłam do środka, licząc na ciepłe słowo, komplement, cokolwiek.
Zamiast jakiegoś „Cześć, jak pięknie wyglądasz”, usłyszałam tylko szybkie westchnięcie. Jacek bębnił palcami o kierownicę, wyraźnie poirytowany.
— Spóźniłem się przez te korki — rzucił, nawet na mnie nie patrząc. — Całe miasto zwariowało. Wszyscy muszą dzisiaj gdzieś jechać.
Poczułam, jak mój entuzjazm delikatnie przygasa. Próbowałam ratować atmosferę, pytając o jego dzień w pracy, ale odpowiadał półsłówkami. Wtedy jeszcze tłumaczyłam go stresem. Każdy może mieć gorszy dzień, prawda? Nawet w walentynki. Nie chciałam być tą roszczeniową dziewczyną, która robi awanturę o spóźnienie. Uśmiechnęłam się więc i położyłam dłoń na jego ramieniu, mówiąc, że najważniejsze, że jesteśmy już razem. Spojrzał na moją rękę z dziwnym wyrazem twarzy, jakby oceniał manikiur, po czym wrócił wzrokiem na drogę. To był pierwszy sygnał alarmowy, który zignorowałam.
Rozejrzał się z niezadowoleniem
Restauracja, którą wybrał, ociekała luksusem. Złote żyrandole, aksamitne zasłony, cicha muzyka fortepianowa w tle. To było miejsce, do którego wchodzi się i od razu prostuje plecy. Przy wejściu kłębił się tłum par, wszyscy eleganccy, wszyscy wpatrzeni w siebie. Podeszliśmy do stanowiska recepcji, gdzie stała nienagannie ubrana hostessa z tabletem w dłoni. Jacek, wciąż w swoim dziwnym, napiętym nastroju, podał nazwisko.
Kobieta przesunęła palcem po ekranie raz, potem drugi. Jej brwi lekko się zmarszczyły.
— Przykro mi, ale nie widzę rezerwacji na to nazwisko — powiedziała uprzejmym, ale stanowczym tonem.
Zapadła cisza. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Spojrzałam na Jacka, oczekując, że wyjaśni pomyłkę, może pokaże potwierdzenie w telefonie. Zamiast tego, jego twarz poczerwieniała z gniewu.
— Jak to pani nie widzi? Dzwoniłem dwa tygodnie temu! To jakieś żarty! — Podniósł głos tak bardzo, że kilka par stojących obok odwróciło się w naszą stronę.
Kobieta zachowała kamienną twarz.
— Sprawdzę jeszcze raz, ale system jest niezawodny. Może rezerwował pan pod innym nazwiskiem? Albo na inny dzień?
— Nie jestem idiotą! — krzyknął Jacek.
Wiedziałam, że ludzie patrzą. Czułam na sobie te wszystkie spojrzenia: politowania, rozbawienia, zażenowania. Chciałam go uciszyć, pociągnąć za rękaw, powiedzieć, żebyśmy wyszli i poszli na pizzę, gdziekolwiek, byle daleko stąd. Ale on nakręcał się coraz bardziej. Zaczął wymachiwać rękami, oskarżając obsługę o brak kompetencji, o psucie nam wieczoru. To był moment, w którym po raz pierwszy pomyślałam: kim jest ten człowiek? Ten szarmancki chłopak z biblioteki zniknął, a na jego miejscu stał furiat robiący scenę o stolik.
W końcu zjawił się menedżer. Aby załagodzić sytuację i uciszyć awanturującego się klienta, zaproponował nam stolik awaryjny. Jacek prychnął z satysfakcją, jakby wygrał bitwę pod Grunwaldem, i pociągnął mnie za sobą w głąb sali. Nie zauważył nawet, że drżą mi ręce. Szedł dumnie, z wysoko podniesioną głową, podczas gdy ja czułam się jak mała, skarcona dziewczynka.
Stolik awaryjny okazał się być maleńkim blatem wciśniętym między wejście do kuchni a drzwi do toalety. Kelnerzy biegali obok nas z tacami, a za każdym razem, gdy drzwi kuchni się otwierały, uderzał w nas zapach smażonego tłuszczu i gwar rozmów kucharzy. To nie była romantyczna nisza. To był prztyczek w nos dla niechcianych gości. Jacek usiadł i rozejrzał się z niezadowoleniem.
— Co za beznadziejne miejsce — mruknął, biorąc do ręki kartę dań. — Powinni nam dać rabat za to upokorzenie.
Siedziałam naprzeciwko niego i nie wiedziałam, co powiedzieć. Upokorzenie? To on nas upokorzył przy wejściu. Ale milczałam. Wciąż miałam nadzieję, że gdy emocje opadną, wieczór da się jeszcze uratować. Że zamówimy coś pysznego, napijemy się wody z cytryną i zaczniemy rozmawiać tak, jak na naszych pierwszych spacerach. Jakże się myliłam.
Zatkało mnie
Kelner podszedł do nas dość szybko, co było małym cudem, biorąc pod uwagę lokalizację naszego stolika. Był młody, wyraźnie zdenerwowany i unikał wzroku Jacka — pewnie słyszał awanturę przy wejściu. Jacek nawet nie odpowiedział na jego dzień dobry. Od razu zaczął wytykać, że obrus jest krzywo położony, a szklanki mają zacieki. Kelner przeprosił i wymienił szkło, a ja marzyłam tylko o tym, by zapaść się pod ten nieszczęsny, krzywy obrus.
Kiedy wreszcie zostaliśmy sami, próbowałam nawiązać nić porozumienia.
— Jacku, proszę, nie denerwuj się już. Jesteśmy tu, jest ładnie, spróbujmy się zrelaksować — powiedziałam łagodnie.
On spojrzał na mnie, jakbym powiedziała coś w obcym języku.
— Zrelaksować? Kasia, oni nas lekceważą. Jak ja mam się zrelaksować, kiedy traktują mnie jak klienta drugiej kategorii?
Jego telefon zawibrował na stole. Myślałam, że go wyciszy, schowa do kieszeni, tak jak robi się to na randkach, zwłaszcza w walentynki. Ale on zerknął na ekran i odebrał.
— Cześć mamo — powiedział głośno. Tak, jesteśmy. Nie, beznadziejnie. Nie uwierzysz, co zrobili z rezerwacją.
Zaczął opowiadać swojej matce całą historię z wejścia, koloryzując ją na swoją korzyść. Siedziałam tam, bawiąc się serwetką, i słuchałam, jak mój partner relacjonuje każdy szczegół naszego nieudanego początku wieczoru, zamiast poświęcić ten czas mnie. Rozmowa trwała pięć minut, potem dziesięć. Kelner przyniósł przystawki, a on wciąż rozmawiał, machając widelcem w powietrzu.
Czułam się niewidzialna. Patrzyłam na inne pary dookoła. Widziałam ludzi trzymających się za ręce, patrzących sobie głęboko w oczy, śmiejących się cicho. A ja? Ja siedziałam naprzeciwko mężczyzny, który bardziej interesował się opinią swojej matki na temat obsługi restauracyjnej niż kobietą, którą rzekomo chciał zdobyć. Kiedy w końcu się rozłączył, nawet nie przeprosił.
— Jedz, bo wystygnie — rzucił tylko, zabierając się za swoją sałatkę.
Zaczęłam jeść mechanicznie, nie czując smaku. Potrawy były wykwintne, pięknie podane, ale dla mnie smakowały jak tektura. Wtedy zapytał mnie o pracę. Pomyślałam: nareszcie, jakaś normalna rozmowa. Zaczęłam opowiadać o moim ostatnim projekcie w agencji reklamowej, o tym, jak bardzo się staram o awans. Jacek słuchał chwilę, po czym przerwał mi w pół zdania.
— Wiesz, reklama to w sumie takie oszukiwanie ludzi, prawda? Wciskacie kit, żeby zarobić. Ja bym tak nie mógł. W mojej firmie liczą się twarde dane, konkrety. Inżynieria to przyszłość, a nie jakieś tam kolorowe obrazki.
Zatkało mnie. Moja praca była moją pasją. Wkładałam w nią całe serce. A on jednym zdaniem sprowadził to do oszustwa i kolorowych obrazków. Poczułam, jak w moich oczach zbierają się łzy, ale powstrzymałam je. Nie dam mu tej satysfakcji, pomyślałam. Nie będę płakać przez faceta, który nie szanuje tego, co robię.
Apogeum miało dopiero nadejść
Główne danie wjechało na stół. Zamówiłam kaczkę, on stek. Wyglądało to obłędnie. Przez chwilę panowała względna cisza, przerywana tylko brzękiem sztućców. Miałam nadzieję, że jedzenie złagodzi jego nastrój. I wtedy to się stało. Jacek odkroił kawałek mięsa, przeżuł go powoli, po czym wypluł na talerz z ostentacyjnym obrzydzeniem. Zawołał kelnera, pstrykając palcami. Pstrykając! Jak na psa.
— To ma być średnio wysmażone? — zapytał, wskazując widelcem na mięso. — To jest podeszwa! Chcę rozmawiać z szefem kuchni.
— Proszę pana, mięso jest przygotowane zgodnie ze standardami... — zaczął kelner, ale Jacek mu przerwał.
— Nie obchodzą mnie wasze standardy. Płacę, więc wymagam. Zabierz to i przynieś nowe. I tym razem ma być idealne.
Kelner zabrał talerz bez słowa, ale widziałam w jego oczach wściekłość. Ja chciałam zniknąć. Przestałam jeść swoją kaczkę, choć była pyszna. Żołądek miałam ściśnięty w supeł. Jacek siedział z założonymi rękami, dumny z siebie.
— Widzisz? Trzeba twardo — pouczał mnie. — Jak im pozwolisz, to wejdą ci na głowę.
Nie wytrzymałam.
— Jacku, czy ty musisz być taki niemiły? To tylko jedzenie. Można zwrócić uwagę w kulturalny sposób — powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, które szybko przeszło w pogardę.
— Niemiły? Jestem asertywny, Kasiu. Może dlatego ty wciąż czekasz na ten awans, bo boisz się odezwać.
To zabolało bardziej niż cokolwiek innego tego wieczoru. Uderzył w mój czuły punkt, wykorzystał to, co mu przed chwilą powiedziałam w zaufaniu, przeciwko mnie. Wtedy zrozumiałam, że to nie jest kwestia złego dnia czy stresu. To był jego charakter. To był człowiek, który buduje swoje ego, poniżając innych. Kelnerów, hostessy, a teraz mnie.
Ale apogeum miało dopiero nadejść. Kiedy skończyliśmy posiłek, on zjadł drugiego steka bez słowa komentarza, co uznałam za cud — poprosił o rachunek. Kelner przyniósł czarną teczkę. Jacek otworzył ją, sprawdził kwotę i wyciągnął z kieszeni pognieciony kupon wycięty z gazety.
— Mam tu zniżkę, dwadzieścia procent — powiedział, kładąc papierek na rachunku.
Kelner spojrzał na kupon i westchnął ciężko.
— Bardzo mi przykro, ale ten kupon obowiązuje od poniedziałku do czwartku, z wyłączeniem świąt i dni okolicznościowych. Dzisiaj są walentynki, proszę pana. Jest wyraźnie napisane małym drukiem na dole.
Jacek wpadł w szał.
— Jaki mały druk?! To jest oszustwo! Specjalnie tu przyszedłem z tym kuponem! Nie zapłacę pełnej kwoty!
Zaczęła się kolejna awantura. Ludzie znów patrzyli. Tym razem nie wytrzymałam. Wyciągnęłam z torebki portfel.
— Ile wynosi rachunek? — zapytałam kelnera, ignorując krzyki Jacka.
— Nie wtrącaj się! — warknął do mnie Jacek. — To sprawa honoru!
— Nie, Jacku. To sprawa wstydu — odpowiedziałam spokojnie, choć w środku cała dygotałam. Wyjęłam kartę i położyłam ją na stoliku. — Proszę doliczyć napiwek. Za cierpliwość.
Jacek patrzył na mnie z otwartymi ustami.
— Co ty robisz? Oszalałaś? Nie dam im ani grosza napiwku!
Zapłaciłam za całą kolację. Za jego stek, za moją kaczkę, za wodę i za zepsuty wieczór. Kiedy transakcja została zaakceptowana, schowałam kartę i wstałam.
Serce zostało ocalone
— Wychodzisz? — zapytał, wciąż siedząc, wyraźnie zdezorientowany moim zachowaniem. — Przecież jeszcze nie skończyliśmy. Mieliśmy iść na spacer.
— Tak, ja wychodzę — powiedziałam, zakładając płaszcz. — Ty możesz zostać i kłócić się dalej o ten kupon.
— Kasia, nie przesadzaj. Zachowujesz się histerycznie — rzucił, próbując jeszcze odwrócić kota ogonem.
Spojrzałam na niego z góry. Był przystojny, to prawda, ale w tamtym momencie wydawał mi się najbrzydszym człowiekiem na świecie. Jego arogancja, skąpstwo emocjonalne i brak szacunku dla innych ludzi sprawiły, że cały jego urok prysł jak bańka mydlana.
— Nie, Jacku. Zachowuję się jak osoba, która szanuje samą siebie. Dziękuję za... lekcję. To były bardzo pouczające walentynki.
Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę wyjścia. Nie biegł za mną. Pewnie był zbyt zajęty sprawdzaniem paragonu albo urażoną dumą. Mijałam te wszystkie pary, które wciąż siedziały przy stolikach, i nagle nie czułam już zazdrości. Czułam ulgę. Ogromną, obezwładniającą ulgę. Wyszłam na zewnątrz. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz, oczyszczając umysł. Nie miałam chłopaka na walentynki. Byłam sama, lżejsza o kilkaset złotych, które wydałam na kolację, której nie chciałam stawiać. Ale czułam się zwycięzcą.
Zadzwoniłam do Anki.
— Odbieraj, błagam — szepnęłam do słuchawki.
— Halo? Kasia? Co się stało? Już po randce?
— Anka, miałaś rację. We wszystkim miałaś rację. Jestem wolna. Masz jeszcze to wino i chipsy?
— Dla ciebie zawsze. Przyjeżdżaj.
Wsiadłam do taksówki i po raz pierwszy tego wieczoru uśmiechnęłam się szczerze. Czerwona sukienka może i nie przyniosła mi wielkiej miłości, ale dała mi coś ważniejszego: odwagę, by nie godzić się na bylejakość. Jacek został w restauracji ze swoim nieważnym kuponem, a ja jechałam w stronę najlepszych walentynek w moim życiu — wieczoru z przyjaciółką, która zna moją wartość. Czasami katastrofa jest najlepszym, co może nas spotkać, bo pozwala nam zobaczyć prawdę, zanim będzie za późno. I choć mój portfel ucierpiał, serce zostało ocalone przed kimś, kto nigdy by o nie nie zadbał.
Kasia, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Córka wprowadziła się do mnie na czas remontu mieszkania. Minęło pół roku, a ja nie mogę się pozbyć jej i moich wnuków”
- „Remont u sąsiadów wyciągnął z nas to, co najgorsze. Zaczęło się od wiertarki za ścianą, a skończyło na zdradzie”
- „Czekałam na oświadczyny w walentynki, ale zamiast pierścionka dostałam tanie perfumy. Przestałam się łudzić”

