Reklama

To miał być najważniejszy wieczór mojego życia. Siedziałam w restauracji, w której jedno danie kosztowało więcej niż miesięczna renta mojej babci, i modliłam się, żeby mój ojciec, człowiek o dłoniach zniszczonych pracą na roli, po prostu milczał. Kiedy jednak po drugim daniu otworzył usta, a z jego gardła wydobył się ten głośny śmiech, poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Myślałam, że pęknę ze wstydu, ale to, co wydarzyło się chwilę później, sprawiło, że zamiast wstydzić się jego, zaczęłam brzydzić się ludźmi, do których tak desperacko chciałam pasować.

Wstydziłam się

Nigdy nie zapomnę tego listopadowego wieczoru. Powietrze w Warszawie było lodowate, ale w restauracji "L’Orangerie" panowało przyjemne ciepło. Mnie jednak co jakiś czas mroził strach. Czysty, paraliżujący lęk przed zderzeniem dwóch światów, które nigdy nie powinny się spotkać. Z jednej strony stołu siedzieli oni — rodzice Marka, Barbara i Krzysztof. Elita. Ludzie, którzy nie jedzą kolacji, tylko spożywają posiłki. Barbara miała na sobie jedwabną bluzkę w odcieniu kości słoniowej i perły, które prawdopodobnie były rodzinną pamiątką. Krzysztof, ceniony kardiolog, poprawiał mankiety koszuli z taką nonszalancją, jakby cały świat należał do niego.

Z drugiej strony miało być moje zaplecze. Mój fundament. Mój tata, Stanisław. Rolnik z małej wsi pod Łomżą, który całe życie spędził na polu, walcząc z suszą, cenami skupu i awariami ciągnika. Mama zmarła, gdy byłam na studiach, więc został sam. To on, swoimi spracowanymi rękami, opłacił moje studia prawnicze. To on sprzedał kawałek lasu, żeby dać mi na wkład własny do kawalerki. A ja? Ja się go wstydziłam.

Piszę to z trudem, ale muszę być szczera. Wstydziłam się. Kiedy Marek, mój narzeczony, przystojny, wykształcony, z dobrego domu, zaproponował kolację zapoznawczą, wpadłam w panikę.

— Kochanie, moi rodzice muszą wreszcie poznać pana Stanisława — powiedział wtedy, gładząc mnie po policzku. — To tylko kolacja.

Tylko kolacja. Dla niego to było naturalne. Dla mnie to było jak wrzucenie granatu do szamba.

Uśmiechnął się z politowaniem

Pamiętam moment, w którym tata wszedł do restauracji. Kelner, młody chłopak z nienaganną fryzurą, zmierzył go wzrokiem, w którym czaiła się ledwo maskowana pogarda. Tata miał na sobie swój najlepszy garnitur. Ten sam, w którym chował mamę, i ten sam, w którym był na moim bierzmowaniu. Materiał był nieco błyszczący na łokciach, a nogawki odrobinę za krótkie, odsłaniające skarpetki, które nie do końca pasowały do brązowych, mocno wypastowanych butów.

— O, tutaj jesteście! — zagrzmiał jego głos, niosąc się po sali, gdzie inni goście szeptali dyskretnie nad talerzami z carpaccio.

Marek wstał natychmiast, uśmiechnięty, szarmancki.

— Panie Stanisławie! Jak podróż?

— A daj spokój, synu. Korki takie, że można by w międzyczasie krowę wydoić i jeszcze na targ zdążyć! — zaśmiał się tata, ściskając dłoń Marka z siłą imadła.

Zobaczyłam to. Zobaczyłam ten mikrosekundowy grymas na twarzy Barbary. To lekkie uniesienie kącika ust, które mówiło więcej niż tysiąc słów. Och, jak uroczo, prosty człowiek. To była ta protekcjonalna ciekawość, z jaką ogląda się zwierzęta w zoo.

— Tato, proszę, usiądź — syknęłam, może trochę zbyt ostro.

Tata spojrzał na mnie. W jego oczach, niebieskich i jasnych, mimo sieci zmarszczek, zobaczyłam cień. Zrozumiał. Wiedział, że nie pasuje. I wiedział, że ja to wiem. Usiedliśmy. Kelner podał karty. Tata otworzył menu i zamarł. Wiedziałam, co widzi. Ceny. Ceny, za które on musiałby sprzedać tonę pszenicy.

— Ja to bym prosił schabowego, jak jest — powiedział cicho do kelnera.

Kelner uśmiechnął się z politowaniem.

— Niestety, nie serwujemy schabowego. Ale mogę polecić naszą specjalność: polędwicę wołową sous-vide z musem z trufli.

— Z czym? — Tata zmarszczył brwi.

— Ja zamówię za tatę — wtrąciłam szybko, czując, jak pot spływa mi po plecach pod moją drogą sukienką. — Poprosimy to samo, co dla mnie.

Zapadła cisza

Przez pierwsze pół godziny czułam się jak saper na polu minowym. Barbara i Krzysztof starali się być uprzejmi, co było gorsze niż gdyby byli otwarci w swojej niechęci. Zadawali pytania, które były pułapkami.

— Panie Stanisławie, Ilona wspominała, że prowadzi pan gospodarstwo. To musi być... relaksujące. Taki kontakt z naturą — zagaiła Barbara, upijając łyk wina, które kosztowało trzysta złotych za butelkę.

Tata odłożył widelec. Jego duże dłonie z ciemnymi obwódkami wokół paznokci, których nie domyje żadne mydło, bo to ziemia wżarta w skórę, wyglądały groteskowo na tle śnieżnobiałego obrusu.

— Relaksujące? — powtórzył, uśmiechając się krzywo. — Szanowna pani, jak mi się w zeszłym tygodniu maciora prosiła w środku nocy, to o relaksie nie myślałem.

Zapadła cisza. Barbara odstawiła kieliszek, jakby nagle wino stało się kwaśne. Krzysztof odchrząknął. Marek kopnął mnie lekko pod stołem, szukając ratunku.

— Ale to ciężka i szlachetna praca — wtrącił szybko. — Naprawdę podziwiam.

Ciężka, to prawda — przyznał tata, nie wyczuwając, że przekroczył granicę dobrego smaku obowiązującą przy tym stole. — Ale swoje trzeba zrobić. Zwierzę nie poczeka. To nie bank, że się zamknie o siedemnastej.

Próbowałam zmienić temat. Mówiłam o planach na wesele, o mojej pracy w kancelarii, o pogodzie. O czymkolwiek, byle zagłuszyć obraz tej nieszczęsnej maciory, który zawisł nad naszym stolikiem. Czułam na sobie wzrok Barbary. Oceniała mnie. Już nie jako narzeczoną swojego syna, ambitną prawniczkę. Oceniała mnie przez pryzmat mojego ojca. Widziała we mnie tę samą wieś, ten sam gnój, te same proste instynkty, które tak bardzo starałam się ukryć pod markowymi ubraniami i dyplomami uniwersytetu.

Wtedy wjechało danie główne. Polędwica sous-vide. Dwa małe kawałeczki mięsa, artystyczny kleks z sosu i trzy szparagi ułożone w piramidkę. Tata spojrzał na swój talerz, potem na talerz Marka, a na końcu na mnie.

— To jest... przystawka? — zapytał szczerze zdziwiony.

Nie mogłam oddychać

Wszyscy zaśmiali się nerwowo, ale tata nie żartował. On był głodny. Przyjechał prosto z pola, po pięciu godzinach w traktorze.

— To degustacyjne porcje, tato. Chodzi o smak, nie o ilość — wyjaśniłam przez zaciśnięte zęby.

— No, smaku to tu pewnie jest, za te pieniądze — mruknął, ale wziął widelec.

Atmosfera gęstniała. Alkohol zaczął działać, co u Krzysztofa objawiało się wzmożoną arogancją, a u mojego taty — rozluźnieniem, którego tak bardzo się bałam. Tata opowiadał kolejne anegdotki ze wsi. O krowach, o świniach, o kurach. O tym, co robi w oborniku i jak to pachnie. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie ze śmiechu. Z upokorzenia. Zniszczył wszystko. Zniszczył ten idealny obrazek, który budowałam przez trzy lata związku z Markiem.

Tata, wyczuwając wreszcie, że coś jest nie tak, spoważniał. Jego uśmiech zgasł. Skurczył się w sobie, znowu stając się tym prostym chłopem w za ciasnym garniturze, który wie, że wszedł w zabłoconych gumofilcach na perski dywan.

— No... to takie życie rolnika — mruknął cicho, patrząc w swój talerz. — Ktoś musi to robić, żebyście państwo mieli to mięso na talerzu.

Nikt mu nie odpowiedział. Krzysztof natychmiast zmienił temat, pytając Marka o giełdę. Ignorowali go. Wymazali go z rozmowy, jakby był brudną plamą na obrusie, którą trzeba przykryć serwetką. Ja siedziałam tam, sparaliżowana. Chciałam krzyczeć na tatę, a jednocześnie uciec. Kolacja dobiegła końca w atmosferze lodowatej uprzejmości. Przy pożegnaniu Barbara podała tacie rękę tak, jakby bała się, że się czymś zarazi.

— Interesujący wieczór — powiedziała do mnie, nie patrząc mi w oczy. — Musimy to kiedyś powtórzyć. Ale może... w mniej formalnych okolicznościach.

Kiedy wsiedliśmy do samochodu Marka: jego lśniącego, pachnącego nowością Audi. Tata został na chodniku. Miał wracać busem do siebie, ale uparłam się, że zamówię mu taksówkę do hotelu. Stał tam, mały, zagubiony, z tą swoją reklamówką, w której miał swojskie dla teściów, których ostatecznie nie miał śmiałości wręczyć.

— Boże, co za żenada — sapnął Marek, gdy tylko ruszyliśmy.

Zamarłam. Spojrzałam na jego profil. Przystojny, zadbany, idealny Marek.

— Słucham? — zapytałam cicho.

— No twój ojciec, Ilona. Błagam cię. Następnym razem może niech on zostanie na tej swojej wsi, co? Tak będzie lepiej dla wszystkich. Przynosi wstyd w takich miejscach.

"Przynosi". To słowo uderzyło we mnie mocniej niż ten żart taty On przynosi. Marek i ja kontra ten on. W tej sekundzie coś we mnie pękło. Przypomniałam sobie dłonie ojca. Te dłonie, które wyciągały cielaka, żeby przeżył. Te dłonie, które zbierały ziemniaki w deszczu, żebym ja mogła kupić sobie podręczniki do prawa rzymskiego. Te dłonie, które smarowały mi kanapki do szkoły, kiedy mama była już w szpitalu.

Tata nie był wulgarny. Był prawdziwy. Był życiem. Surowym, brudnym, śmierdzącym, ale dającym życie. A ci ludzie? Z ich perłami, spożywaniem posiłków i kpiną w oczach? Byli wydmuszkami. A Marek? Marek właśnie pokazał, że mimo trzech lat razem, wciąż widzi we mnie tylko dziewczynę, którą trzeba oczyścić z wiejskiego pochodzenia.

Trzasnęłam drzwiami

— Zatrzymaj się — powiedziałam. Głos mi nie drżał. Był twardy jak stal.

— Co? Jesteśmy na środku Wisłostrady — zaśmiał się nerwowo.

— Zatrzymaj ten cholerny samochód! — krzyknęłam.

Zjechał na pobocze, zszokowany.

— Ilona, co ci odbiło?

Odpięłam pasy. Czułam, jak wzbiera we mnie furia, ale też niesamowita jasność umysłu.

— Mój ojciec — zaczęłam powoli, patrząc mu prosto w oczy — robił to wszystko, żebyś ty mógł żreć swoją polędwicę, nie zastanawiając się, skąd się wzięła. Jego ręce śmierdzą obornikiem, żeby moje mogły pachnieć drogimi perfumami, które mi kupujesz.

— Ilona, przestań, to tylko głupi żart... — próbował mnie uspokoić, łapiąc mnie za ramię.

Strząsnęłam jego rękę.

— Nie. To nie był żart. To był test. I ty go właśnie oblałeś. Wstydzisz się go. A skoro wstydzisz się jego, to wstydzisz się mnie. Bo ja jestem z tej samej gliny, Marku. Też doiłam krowy. Też przerzucałam gnój. Zapomniałeś? Czy wolałeś o tym nie myśleć, kiedy przedstawiałeś mnie znajomym jako prawniczkę?

Wysiadłam z samochodu. Trzasnęłam drzwiami tak mocno, że aż zatrzęsły się szyby.

— Ilona! Gdzie ty idziesz?! — krzyczał za mną.

— Do taty! — odkrzyknęłam, nie oglądając się za siebie. — Bo on przynajmniej jest kimś prawdziwym!

Po prostu się rozpłakałam

Biegłam w szpilkach do miejsca, gdzie zostawiliśmy tatę. Modliłam się, żeby jeszcze tam był. Żeby taksówka jeszcze nie przyjechała. Stał pod latarnią. Kurczowo ściskał tę reklamówkę. Wyglądał na tak potwornie zmęczonego. Kiedy mnie zobaczył, jego twarz pojaśniała, ale zaraz potem pojawił się na niej strach.

— Córcia? Co się stało? Zapomniałaś czegoś? — zapytał troskliwie.

Podeszłam do niego i po prostu się rozpłakałam. Wtuliłam się w ten jego szorstki, pachnący starym tytoniem i (tak, wciąż) gospodarstwem garnitur.

Przepraszam, tato — szlochałam. — Przepraszam, że byłam taka głupia. Przepraszam.

Głaskał mnie po głowie tą swoją wielką, szorstką dłonią.

— Cii, dziecko. Nic się nie stało. Wiem, że narobiłem wstydu. Ja... ja nie pasuję do tych państwa. Wiem to. Nie gniewam się, Ilonka. Ważne, żebyś ty była szczęśliwa.

Odsunęłam się i spojrzałam na niego. W tej reklamówce miał słoik marynowanych grzybów i pęto swojej kiełbasy. Chciał im to dać. Chciał być miły. A oni potraktowali go jak trędowatego.

— Nie, tato. To oni nie pasują do nas — powiedziałam, ocierając łzy. — Chodź. Pójdziemy na kebaba. Jestem cholernie głodna po tej degustacji.

Tata uśmiechnął się. Tym razem szczerze.

— No, nareszcie gadasz jak moja córka.

Klasa to szacunek do drugiego człowieka

Tamtego wieczoru nie wróciłam do Marka na noc. Pojechaliśmy z tatą do taniego baru, zjedliśmy ociekające tłuszczem jedzenie i śmialiśmy się z miny Barbary, kiedy usłyszała o buhaju. Czy zerwałam z Markiem? Nie od razu. Próbowaliśmy to naprawić. On przepraszał, tłumaczył się stresem. Ale ja już nie potrafiłam patrzeć na niego tak samo. Widziałam w nim te same oceniające spojrzenia, co u jego rodziców.

Rozstaliśmy się dwa miesiące później. Powód? Niezgodność charakterów. Tak to nazwaliśmy oficjalnie. Ale prawda była taka, że ja wybrałam wierność sobie. Zrozumiałam, że nie chcę spędzić życia, przepraszając za to, skąd jestem. Nie chcę męża, który będzie tolerował moją rodzinę z zaciśniętymi zębami.

Dziś jestem w innym związku. Mój obecny partner, Piotrek, jest inżynierem. Kiedy pierwszy raz zabrałam go na wieś, sam zapytał tatę, czy może poprowadzić traktor. Tata śmiał się do rozpuku, kiedy Piotrek wjechał w płot, ale potem siedzieli do nocy przy bimbrze i gadali o silnikach. Patrząc na nich, zrozumiałam jedno: klasa człowieka nie zależy od tego, jak trzyma widelec, ani od tego, czy wie, co to jest sous-vide. Klasa to szacunek do drugiego człowieka.

A tamta kolacja? Cóż, to była najdroższa, a zarazem najbardziej wartościowa lekcja w moim życiu. I wiecie co? Żarty mojego taty wciąż są żenujące. Ale teraz śmieję się z nich najgłośniej ze wszystkich. Bo to mój tata. I jestem z niego dumna.

Ilona, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama