„To miał być babski wypad w góry, ale koleżanki mnie wystawiły. W schronisku miałam lepsze towarzystwo”
„Zameldowałam się szybko. Pokój był niewielki, z łóżkiem i półką. Położyłam torbę, zdjęłam czapkę, ale nie usiadłam. Głód przypomniał mi, że ostatni posiłek zjadłam poprzedniego dnia. Zeszłam więc na dół do jadalni, spodziewając się pustki, może pary starszych ludzi, jak to bywa poza sezonem. Nie spodziewałam się jego”.

Nie jestem typem, który wpada na spontaniczne pomysły. Lubię mieć plan, najlepiej zapisany czarnym długopisem w kalendarzu, podkreślony na różowo, z gwiazdką i dopiskiem: „koniecznie”. Tak właśnie wyglądał plan na ten wyjazd: weekend w górach z dziewczynami. Ja, Magda, Kaśka i Natalia. Miało być śmiesznie, ciepło i bez facetów. Babskie rozmowy, wino, może trochę plotek. Miałyśmy się wygadać, wymrozić na szlakach i wrócić do swoich codziennych zmartwień z lekkimi głowami.
Wszystko było dopięte: rezerwacja w schronisku, bilety, nawet playlisty na drogę. I nagle — bum. Najpierw zadzwoniła Natalia, że ma gorączkę. „Może to grypa, może covid, wolę nie ryzykować” — usłyszałam. Trudno. W trójkę też będzie fajnie. Następnego dnia Kaśka napisała, że jej były nie może wziąć córki, bo „nagle coś mu wypadło” i ona zostaje z małą. „Wiesz, że nie chciałam tego odwoływać” — dodała, jakby mnie to miało pocieszyć. A potem... Magda. „Asiula, nie gniewaj się, ale jednak nie jadę. Nie mam głowy, Adam znowu coś odpierdzielił...” — westchnęła do słuchawki. „Znowu coś odpierdzielił” to był jej ulubiony zwrot, który oznaczał mniej więcej wszystko: od zdrady po kłótnię o śmieci.
I zostałam. Sama. Z walizką, rezerwacją i biletami. Z początku myślałam, że nie pojadę. Bo po co? Samotna kobieta na szlaku? Brzmi jak wstęp do kryminału. Przewróciłam się w łóżku, potem jeszcze raz, a potem wstałam. Zaparzyłam kawę, odpaliłam komputer i skasowałam jeden bilet. Resztę zostawiłam. Dla siebie. Nie dlatego, że jestem dzielna. Tylko dlatego, że mam już dość odkładania siebie na później.
Zawsze była jakaś wymówka — praca, związek, ktoś inny ważniejszy. A może trzeba czasem pobyć w pojedynkę? Może samotność jest jak góry: zimna, surowa, ale prawdziwa? Nie wiem. Może się boję. Ale boję się też, że jeśli teraz nie pojadę, to znów pozwolę życiu zdecydować za mnie. A ja chciałam choć raz... zrobić to sama.
Nie dopytywał
Wysiadłam z autobusu kilka minut po ósmej. Śnieg skrzypiał pod butami, ale nie był to przyjemny dźwięk, a raczej ten szorstki, kłujący w uszy. Schronisko wyglądało tak, jak na zdjęciach — drewniane, niskie, z oknami, w których odbijały się drzewa. Pachniało dymem z kominka i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać. Może spokojem. Zameldowałam się szybko. Pokój był niewielki, z łóżkiem i półką. Położyłam torbę, zdjęłam czapkę, ale nie usiadłam. Głód przypomniał mi, że ostatni posiłek zjadłam poprzedniego dnia. Zeszłam więc na dół do jadalni, spodziewając się pustki, może pary starszych ludzi, jak to bywa poza sezonem. Nie spodziewałam się jego.
Siedział sam przy stole pod oknem. Miał przed sobą parujący kubek i talerz, którego jeszcze nie tknął. Kiedy moje spojrzenie zatrzymało się na jedynym wolnym krześle, uśmiechnął się lekko.
— Zostało mi jedno wolne krzesełko, chcesz się dosiąść?
Zatrzymałam się przy stole, nie do końca pewna, czy to zaproszenie, czy tylko uprzejmość.
— Tylko jeśli nie miałeś tu siedzieć z kimś ważnym — odpowiedziałam.
— Miałem. Ale ten ktoś chyba już nie jest ważny.
Usiadłam bez pytania. Bo miał w głosie znajomą rezygnację. Zamówiliśmy śniadanie. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Słychać było sztućce, ciche rozmowy z drugiego końca sali. W końcu to on odezwał się pierwszy:
— Marek. Z Warszawy. A ty?
— Asia. Kraków.
Pokiwał głową, jakby to coś tłumaczyło. Nie dopytywał. Nie opowiadał historii swojego życia. Może dlatego poczułam się z nim swobodnie. Rozmowa zaczęła się od banałów: pogoda, trasa, schronisko. Ale potem zeszliśmy na rzeczy nieco mniej oczywiste. On lubił gotować, ja nie. On pracował w czymś technicznym, ja pisałam teksty, które czytało się raz i zapominało.
— Miałeś jechać z kimś? — zapytałam w końcu.
— Miałem. Ale dwa dni temu okazało się, że plan nieaktualny.
Skinęłam głową. Nie zapytał, czy ja też z kimś miałam być. Może wyczuł, że nie chcę o tym mówić. Może sam nie miał ochoty mówić więcej. I dobrze. Zjedliśmy powoli. Nie czułam się oceniana, nie czułam też presji, żeby błyszczeć. To było dziwne, ale dobre. Po raz pierwszy od dawna rozmowa nie miała żadnego celu. Po prostu trwała. W pewnym momencie spojrzał w okno.
— Ładny dzień się zapowiada.
— Może. Choć to pewnie tylko złudzenie — odpowiedziałam, patrząc w chmury.
Uśmiechnął się.
— Chcesz iść się przejść?
Nie odpowiedziałam od razu. Mogłam przecież powiedzieć: „nie, dziękuję”, wrócić do pokoju i spędzić dzień z książką, jak planowałam. Ale powiedziałam:
— A dokąd?
— Nigdzie daleko. Po prostu kawałek w stronę lasu.
Wstałam i sięgnęłam po kurtkę. Może samotność jest mniej samotna, kiedy się ją dzieli.
Spojrzałam na niego
Szliśmy bez słów, przynajmniej przez pierwsze kilkaset metrów. Śnieg leżał grubą warstwą na ścieżce, ale już udeptanej, więc nie musieliśmy się przedzierać. Buty skrzypiały w rytmie kroków, a oddech unosił się przed nami w lekkich obłokach. Przez drzewa przebijało się blade światło. Nie było słońca, tylko jasność, rozlana bez kierunku. Wszystko wyglądało tak, jakbym oglądała świat przez mleczne szkło.
— Czasem mi się wydaje, że zima to jedyna pora roku, która nikogo nie udaje — powiedział niespodziewanie Marek. — Nie próbuje być lepsza, cieplejsza, nie stroi się w kolory. Po prostu jest, jaka jest.
— I albo ją znosisz, albo nie — dodałam.
Pokiwał głową.
— Jak niektórych ludzi.
Skręciliśmy w stronę polany, z której rozciągał się widok na dolinę. Była częściowo zasnuta mgłą, jakby ktoś niedbale przeciągnął pędzlem po obrazie. Usiadłam na zwalonym pniu, on stanął obok. Przez chwilę znowu milczeliśmy.
— Kiedyś zawsze myślałem, że podróże to test dla par — odezwał się w końcu. — Teraz myślę, że może i dobrze, że niektóre testów nie przechodzą.
Spojrzałam na niego. Nie mówił tego z goryczą. Raczej z czymś na kształt ulgi.
— Albo że niektórzy nie powinni w ogóle do nich podchodzić — odpowiedziałam.
Przekrzywił lekko głowę.
— Tak też można.
Nie dopytywał. Nie próbował dociekać, co się wydarzyło w moim życiu, co mnie tu przywiało. W tej ciszy było więcej zrozumienia niż w wielu rozmowach, które prowadziłam w ostatnich latach. Miałam wrażenie, że każde z nas idzie z własnym ciężarem. Różnym, ale podobnie świeżym. Nikt tu nie szukał nowego początku. Prędzej oddechu. Chwili zawieszenia.
— Dużo chodzisz po górach? — zapytałam.
— Kiedyś tak. Potem przestałem. I teraz znowu zacząłem.
— Ja odwrotnie. Dopiero zaczynam.
— Dobra pora.
Wróciliśmy tą samą drogą, nieco bardziej rozmowni. Mówiliśmy o książkach, filmach, które lubimy, miejscach, gdzie jeszcze chcielibyśmy pojechać. O pracy nie wspomnieliśmy ani razu. O byłych też nie. Kiedy wróciliśmy do schroniska, było już popołudnie. W holu pachniało herbatą z goździkami. Marek odprowadził mnie wzrokiem do schodów.
— Dzięki za spacer — powiedziałam.
— Ja dziękuję.
W jego głosie znowu była ta rezygnacja, ale tym razem cieplejsza. Kiedy zamknęłam drzwi pokoju, usiadłam na łóżku i spojrzałam przez okno. Mgła opadła, widok był teraz wyraźniejszy. Może to przypadek, a może coś więcej. Nie wiedziałam, ale nie chciałam tego analizować.
Zaśmiałam się cicho
W jadalni zrobiło się tłoczniej niż rano. Ludzie przysiadali się do siebie, ktoś opowiadał dowcipy, ktoś inny śmiał się trochę za głośno. Przyszłam z książką, ale nie otworzyłam jej ani razu. Kiedy Marek podszedł do mojego stolika z dwoma kubkami grzańca, nie musiał nic mówić. Usiadł obok, postawił kubek i tylko skinął głową.
— Chciałem ci przynieść z kuchni coś mocniejszego, ale to było najmocniejsze, co mieli — powiedział.
— Grzaniec jest w sam raz. I na pogodę, i na wieczór.
Kominek cicho trzaskał. Drewniane ściany jadalni wydawały się cieplejsze niż w ciągu dnia. Marek zdjął polar i oparł łokcie na stole. Spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby przez chwilę nie widział całego świata, tylko mnie.
— Jakby ktoś mi powiedział, że spędzę urlop z nieznajomą...
— ...to byś pewnie został w domu? — weszłam mu w słowo.
Uśmiechnął się.
— Nie. Po prostu zabrałbym więcej czerwonego wina.
Zaśmiałam się cicho i dopiłam grzaniec. Milczeliśmy przez dłuższą chwilę. W tej ciszy nie było napięcia. Raczej zgoda na to, co było, i na to, czego nie trzeba mówić.
— Może dobrze, że tamci nie przyjechali — powiedziałam w końcu.
Marek tylko się uśmiechnął i kiwnął głową. Nie odpowiedział. I nie musiał. Zostaliśmy tam jeszcze długo. Ludzie wokół zmieniali się przy stolikach, a my nie ruszaliśmy się z miejsca. W pewnym momencie Marek spojrzałam na zegarek i dopiero wtedy zorientowałam się, że minęły ponad dwie godziny. Nie czułam tego. Czas, jakby zamarzł razem z zimowym powietrzem za oknem.
Nie padły żadne wyznania. Nie dotknęliśmy się przypadkiem. Ale czułam, że jest coś, co wisi między nami. Delikatne napięcie. Niedopowiedziane, ale obecne. W tym wieczorze było coś czystego. Nieplanowanego. Gdy rozeszliśmy się do swoich pokoi, poczułam lekki zawrót głowy. Od grzańca? Może. Ewentualnie od tej dziwnej ulgi. Nie planowałam tego. I może dlatego było to takie prawdziwe.
Nie wiem, czy zadzwonię
Rano dominowały chmury, ale niebo nie było też całkiem szare. Śnieg z poprzedniego dnia został tylko w zacienionych miejscach, a reszta topniała powoli, cicho, jakby nie chciała nikomu przeszkadzać. Spakowałam się szybko. Rzeczy, które tak starannie układałam przy przyjeździe, teraz wylądowały w torbie bez większego ładu. Coś się we mnie zmieniło. Nie czułam się już gościem w tym miejscu. Bardziej kimś, kto po coś tu przyjechał i to coś dostał, choć nie do końca potrafił nazwać, co to było.
Zeszłam na dół z torbą przerzuconą przez ramię. W jadalni było tylko kilka osób. Marek siedział przy tym samym stole co wczoraj. Gdy mnie zobaczył, wstał i podszedł.
— Już się zbierasz?
— Muszę. Autobus mam za pół godziny.
Wyciągnął z kieszeni złożoną na pół karteczkę.
— Na wypadek, gdybyś jednak chciała kiedyś wrócić. Albo po prostu porozmawiać.
Wzięłam ją. Nie spojrzałam jednak na nią od razu. Złożyłam papier i schowałam do kieszeni. Patrzyliśmy na siebie chwilę dłużej niż to konieczne. On też nic nie mówił. Nie było w tym nieśmiałości. Raczej coś w rodzaju uznania, że ten moment jest wystarczający sam w sobie. Bez obietnic, bez kończenia zdania. Uśmiechnęłam się. On odpowiedział tym samym.
— Do zobaczenia — powiedziałam.
— Albo i nie — dodał z lekkim uśmiechem. — Ale dzięki za ten czas.
Wyszyłam na zewnątrz. Śnieg już nie padał, powietrze było rześkie, nieco cieplejsze niż poprzedniego dnia. Ruszyłam powoli w stronę przystanku, myśląc, że czasem wszystko, co najlepsze, zaczyna się od planów, które się nie udały. Nie wiem, czy zadzwonię. Może tak. Może nie. Ale wiem, że wyjazd, którego się obawiałam, dał mi coś, czego nie dały wszystkie zaplanowane wspólnie weekendy i kolacje z dawnych lat: spokój i siebie. Innych zobaczę jeszcze nieraz. Siebie taką już niekoniecznie.
Joanna, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa nie chciała zająć się wnukami w sylwestra, więc 2026 rok spędzi sama. Jeszcze zatęskni za śmiechem dzieci”
- „Pojechałem na narty, by trochę poszaleć na stoku. Miłość spadła na mnie niespodziewanie niczym pierwszy śnieg”
- „Sylwester miał być ucieczką od samotności na emeryturze. To jednak nie była noc, jaką sobie wymarzyłam”

