Reklama

Nigdy nie marzyłam o wielkim weselu ani pierścionku z diamentem. Zawsze bardziej niż ślub interesowało mnie wspólne życie – to codzienne, zwyczajne, z herbatą w kubkach i kapciami pod stołem. Kiedy poznałam Alka, byłam pewna, że chcę z nim iść przez życie. A że jego rodzice mieszkali dwie ulice dalej i potrzebowali coraz więcej pomocy? Trudno, dla miłości byłam gotowa na wszystko. Myślałam, że skoro przyjmuję ich jak własnych, oni też mnie zaakceptują. Aż do dnia, w którym teściowie zaproponowali intercyzę. Wtedy odezwała się we mnie inna ja.

Sielanka z zastrzeżeniem

– Kochanie, mama pyta, czy możesz jej dziś pomóc z apteką – powiedział Alek, jeszcze zaspany, przeczesując ręką włosy.

Skinęłam głową bez słowa. Znałam już ten rytuał – co drugi dzień ktoś z jego rodziców czegoś potrzebował. A to zakupy, a to lekarz, a to zwykłe „przyjdź i posiedź, bo tata się źle czuje”.

Nie narzekałam. Miałam elastyczną pracę, nie byli złośliwi, a poza tym... czułam, że robię coś dobrego. Że się odwdzięczam losowi za to, że postawił na mojej drodze faceta, którego naprawdę pokochałam. Wychowany przez konserwatywnych rodziców, Alek nie był wylewny, ale miał w sobie ciepło. To mnie przyciągało. Po dwóch latach wspólnego mieszkania coraz częściej rozmawialiśmy o ślubie, a jego mama z radością wypytywała, jak chciałabym się nazywać po ceremonii.

Byłam pewna, że mnie zaakceptowali. Gotowałam im rosół, piekłam ciasto, zawoziłam do przychodni. Czułam się prawie jak córka. Dlatego kiedy Alek wrócił z obiadu u rodziców i powiedział:

– Musimy porozmawiać o intercyzie... – coś we mnie zadrżało.

Jak to? Przecież ja im nosiłam pampersy z apteki, kiedy bali się iść do lekarza.

Tylko pieniądze się liczą

– To nie tak, że oni ci nie ufają – zaczął Alek, spuszczając wzrok. – Po prostu... tata zawsze powtarzał, że zabezpieczenie majątku to rozsądek, nie nieufność.

– Czyli uważają, że jestem z tobą dla pieniędzy? – zapytałam, czując, jak fala gorąca zalewa mi kark.

Siedzieliśmy przy kuchennym stole. Na blacie parowała zupa, której już nikt nie miał ochoty jeść. Patrzyłam na Alka i nie poznawałam go. Niby ten sam mężczyzna, ale jakby siedział w środku matki i ojca, a nie obok mnie.

– Nie powiedzieli tego wprost, wiesz... mama tylko wspomniała, że skoro chcemy się pobrać, to warto spisać wszystko porządnie. Żeby później nie było nieporozumień.

Parsknęłam śmiechem. Suchym, zimnym, nie swoim.

– Czyli ja mam ci pomóc twoich staruszków wozić do lekarza, gotować im, podcierać nosy, a potem podpisać papierek, że gdyby coś się stało, nie należy mi się nic?

– To nie tak, przestań. Chcą tylko zabezpieczyć dom i działkę.

– A ja co? Opiekunka za darmo z dojazdem?

Alek milczał. I to bolało najbardziej.

Przeszłam do kontrataku

W nocy nie mogłam spać. Leżałam w ciemności, słuchając jego równomiernego oddechu, i czułam się jak idiotka. Przez dwa lata robiłam wszystko, żeby zasłużyć na akceptację jego rodziny. Tylko że to nie była rodzina – to była firma, w której obowiązywały chłodne kalkulacje.

Następnego dnia spakowałam się i pojechałam do mojej siostry. Potrzebowałam przestrzeni, żeby przemyśleć, czy naprawdę chcę wchodzić do rodziny, która widzi we mnie potencjalnego złodzieja. Alek dzwonił. Pisał, że mnie kocha, że nie chce mnie stracić, że intercyza to tylko formalność. Nie odpisywałam. Nie dlatego, że nie chciałam. Po prostu musiałam wymyślić, jak odbić piłeczkę.

Trzeciego dnia zaprosiłam go na kawę. W tej samej kawiarni, gdzie kiedyś mówił mi, że chce, żebym była matką jego dzieci.

bezpieczen Skoro oni chcą zaia, to ja też – powiedziałam, wkładając mu do ręki kartkę z kilkoma punktami. – Skoro mam być tylko twoją partnerką bez prawa do niczego, to chcę miesięcznej pensji. Za opiekę nad rodzicami. Umowa z konkretnymi warunkami.

Zbladł. Nie tego się spodziewał.

– Ty chyba żartujesz...

– Nie. Albo traktujemy się uczciwie wszyscy, albo wcale.

Co to znaczy „rodzina”?

Teściowie nie spodziewali się, że przyjdę na spotkanie z umową. Wydrukowaną, zszytą, z nagłówkiem: „Umowa o świadczenie usług opiekuńczych”. Patrzyli to na mnie, to na kartkę, jakby nie wierzyli, że to się dzieje naprawdę.

– To... jakieś nieporozumienie? – zapytała jego matka, z wymuszonym uśmiechem.

– Przeciwnie. Skoro jesteśmy przy pieniądzach i zabezpieczeniach, to potraktujmy wszystko jasno. Znam wasze potrzeby. Przez dwa lata byłam waszą opiekunką, kucharką, kierowcą. Po ślubie to się nie zmieni. Ale teraz chcę, żebyście traktowali mnie jak dorosłą osobę, nie dziewczynę do wszystkiego.

Alek siedział obok mnie i nie odezwał się ani słowem. Widziałam, że jest między lojalnością a szokiem. I dobrze. Chciałam, żeby zrozumiał, że nie jestem ozdobą w jego nowym życiu, tylko człowiekiem z granicami.

– Myśleliśmy, że jesteś z Alkiem z miłości, a nie dla pieniędzy – powiedział ojciec.

– A ja myślałam, że wy mnie traktujecie jak rodzinę. Miłość nie wyklucza szacunku, a szacunek to też uczciwość. W każdą stronę.

Nie podpisali. Na razie.

Niech płacą jak za opiekunkę

Minął tydzień. Alek próbował mnie przekonać, że rodzice po prostu się przestraszyli. Że chcieli dobrze. Że może źle to wszystko zabrzmiało.

– Wiesz, oni nie są źli. Po prostu całe życie mieli wszystko na papierze. Tak byli uczeni – tłumaczył. – Ale przecież cię lubią.

– Lubią mnie? – uniosłam brwi. – To czemu chcą mnie potraktować jak potencjalną oszustkę?

Nie krzyczałam. Nie musiałam. Cisza i konkrety robiły za mnie całą robotę. Alek milczał. W końcu wyjął z teczki dokument. Intercyzę. Podpisaną przez niego i gotową do mojego podpisu. Bez żadnego słowa podał mi długopis.

– Czyli co, podpisuję, a potem wracam do codziennych wizyt u twojej mamy z torbą zakupów?

Popatrzył na mnie długo. A potem... wyjął drugi dokument. Mój. Tę symboliczną „umowę opiekuńczą”, którą tak obśmiali jego rodzice. Podpisał. U dołu dopisał: „Rodzina to też uczciwość”. Nie byłam pewna, co mnie bardziej ruszyło – ten podpis czy jego wzrok, pełen skruchy.

Nazajutrz teściowa zadzwoniła.

– Może byś wpadła na herbatę?

– Za stawkę dzienną, czy godzinową? – zapytałam z uśmiechem.

Wolność kosztuje

Nie podpisałam intercyzy. Alek też nie podpisał mojej „umowy opiekuńczej”. Skończyło się na tym, że obie kartki wylądowały w szufladzie. Symbolicznie. Jak tarcze, które każdy z nas może podnieść, gdy poczuje się zlekceważony. Wróciłam do domu po dwóch tygodniach. Już nie jako dziewczyna gotowa dla miłości znosić wszystko. Wróciłam jako kobieta, która zna swoją wartość i nie musi nikomu niczego udowadniać. Nawet teściom.

Z czasem relacje się unormowały. Może nie było już tak „swojsko”, ale przynajmniej uczciwie. Przestali oczekiwać. Zaczęli pytać. A ja już nie udawałam córki – byłam sobą. Z dystansem, ale i z szacunkiem. Zrozumiałam, że wchodząc do czyjejś rodziny, trzeba pilnować, żeby nie zgubić siebie. Że „miłość” to nie zawsze argument, który wystarczy. Czasem trzeba spojrzeć komuś w oczy i powiedzieć: „Nie”. Nawet jeśli się kocha.

Alek? On też dorósł. I chyba pierwszy raz zobaczył mnie naprawdę. Nie muszę już gotować zupy, żeby czuć się częścią tej rodziny. I nie muszę nic podpisywać, żeby czuć się wolna.

Natalia, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama