„Teściowie uznali, że nic ze mnie nie będzie. U boku córki marzył im się doktor lub prawnik, a nie facet bez perspektyw”
„Na miejscu było już dwóch wujków i jakaś ciotka, której nigdy wcześniej nie widziałem. Siedziałem cicho, jakby mnie tam nie było. Kiedy zapytałem o coś z grzeczności, skąd mają tak piękny obrus, matka Asi spojrzała na mnie, jakby zdziwiło ją, że umiem mówić pełnym zdaniem”.

Moją największą winą było to, że nie miałem wyższego wykształcenia. Pracowałem fizycznie jako magazynier, po zawodówce, a to dla moich teściów było nie do zaakceptowania. Ich córka, studentka pielęgniarstwa, według nich zasługiwała na kogoś lepszego. Kogoś, kto zna francuskie sery, je sushi i potrafi się odezwać pełnym zdaniem po angielsku. Mnie od początku traktowali z góry, jakbym był jakimś nieudacznikiem. Wszystko, co robiłem, było nie tak. A kiedy zaszła w ciążę, byli zawiedzeni — nie dzieckiem, tylko tym, kto będzie jego ojcem.
Byłem pomyłką
Pamiętam ten dzień do dziś — wracaliśmy od lekarza, szczęśliwi, że ciąża przebiega bez komplikacji. Wpadliśmy na chwilę do jej rodziców, a ona nie mogła się powstrzymać, żeby nie pochwalić się nowym zdjęciem z USG. Wyjęła je z koperty i wręczyła matce z uśmiechem od ucha do ucha. Ta wzięła je do ręki, obejrzała przez sekundę, a potem... odłożyła na półkę, jakby dostała rachunek za prąd. Jej ojciec nawet nie wstał z fotela.
— No, zobaczymy, co z tego będzie — mruknął tylko.
Zamarłem. W ich oczach nie byłem ojcem dziecka ich córki. Byłem pomyłką. Jakimś wypadkiem przy pracy.
— Fajnie by było, gdyby to był chłopiec. Może wtedy trochę byś się wziął w garść — dodał po chwili, nie patrząc mi w oczy.
Chciałem coś powiedzieć, ale nie byłem gotów. Nie na to. Ich pogarda nie była otwartym atakiem. Ona sączyła się z każdego spojrzenia, każdego zniecierpliwionego westchnienia, z tonu, z jakim pytali mnie, czy znowu siedzę w tej swojej robocie przy paletach. Tego dnia wracaliśmy w ciszy. Ona trzymała rękę na brzuchu i patrzyła w okno. Ja liczyłem, ile razy jeszcze będę musiał tam pójść i udawać, że wszystko gra.
Dla niej to było jak powietrze
Robiłem wszystko, żeby miała lepiej niż ja. Chciałem, żeby niczego jej nie brakowało, żeby nie musiała się wstydzić. Pracowałem na zmiany, brałem dodatkowe godziny, woziłem ją na uczelnię, gotowałem obiady, a potem jeszcze szedłem do roboty, bo ktoś musiał zarobić na rachunki. Nie narzekałem. Wierzyłem, że warto, że jak przetrwamy ten trudny czas, to kiedyś usiądziemy razem na kanapie i powiemy: „Udało się”.
Tylko że dla niej to było jak powietrze. Niby potrzebne, ale niezauważalne. A jej rodzice? Dla nich byłem jak ten stary sweter — może się jeszcze przyda, ale wstyd go nosić. Czasem słyszałem, jak pytała matkę, czy mogłaby pożyczyć pieniądze, bo nie starczało nam do pierwszego. I za każdym razem matka robiła przerwę, taką wymowną, pełną znaczenia, a potem mówiła:
— No dobrze, ale niech twój facet też coś zacznie robić, nie?
A ja w tym czasie byłem na nogach od szóstej do dziewiątej wieczorem. Bez słowa. Bez pretensji. Nigdy nie prosiłem ich o nic, nawet o szacunek. Ale bolało. Bo kiedy dajesz z siebie wszystko, a ktoś i tak widzi w tobie nieudacznika, zaczynasz się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens.
Zapanowała cisza
Zaprosili nas na kolację „rodzinną”, jak to nazwali. Miało być miło — tak przynajmniej zapewniała mnie Asia. Ubrałem się porządnie, kupiłem wino, którego nazwy nawet nie potrafiłem dobrze wymówić, ale kelner polecił i powiedział, że „eleganckie”. W drodze przypominałem sobie, jak się trzyma sztućce przy rybie, bo wiedziałem, że tam liczy się każdy gest. Na miejscu było już dwóch wujków i jakaś ciotka, której nigdy wcześniej nie widziałem. Siedziałem cicho, jakby mnie tam nie było. Kiedy zapytałem o coś z grzeczności, skąd mają tak piękny obrus, matka Asi spojrzała na mnie, jakby zdziwiło ją, że umiem mówić pełnym zdaniem.
— Ikea. Chociaż nie wiem, czy kojarzysz — powiedziała z uśmiechem.
— Kojarzę. Mam tam kartę.
Zapanowała cisza. Jej ojciec spojrzał na mnie przez stół z takim politowaniem, jakby sam ten fakt mnie kompromitował. Potem przeszli do rozmów o polityce, wakacjach w Toskanii, serialach na platformach, których nie miałem. A na koniec wieczoru, kiedy wszyscy już się żegnali, usłyszałem, jak jeden z wujków mówi do drugiego:
— Szkoda, że nie trafiła na kogoś z perspektywą.
Jakby mnie tam nie było. Jakbym był tylko tymczasowym elementem.
Nic nie powiedziałem
Chciałem, żeby chrzciny naszej córeczki były skromne, ale godne. Wynajęliśmy małą salę w restauracji pod miastem, zamówiliśmy tort, dekoracje zrobiłem sam: balony, wstążki, świeczki. Asia była zmęczona, więc wszystko ogarnąłem ja. Chciałem, żeby miała chwilę spokoju, żeby mogła być dumna z tego dnia. Ale kiedy pojawili się jej rodzice, od razu zobaczyłem po ich minach, że coś jest nie tak. Teściowa miała wzrok jak recenzentka w restauracji z gwiazdką Michelin, tylko zamiast jedzenia oceniała mnie: mój garnitur, moje buty, całą tę „oprawę”.
— No skromnie — rzuciła tylko, odbierając płaszcz.
Wujek przyniósł butelkę koniaku „na specjalną okazję”, ale kiedy zapytałem, czy podać do deseru, usłyszałem:
— Nie, nie, zostaw. To dla dorosłych.
Jakbym był tam tylko od ustawiania krzeseł. Kiedy kelnerka podała rosół, ojciec Asi zaczął pytać głośno, czy już przemyślałem jakąś „ambitniejszą” pracę. Wszyscy zamilkli, a on dodał:
— No bo wiecie, dziecko to już nie przelewki. Trzeba coś więcej niż podawać palety.
Asia zbladła. Ja też nic nie powiedziałem. Tylko wstałem i poszedłem do toalety. Tam zamknąłem się na chwilę i wpatrywałem w kafelki. Pierwszy raz pomyślałem, że może naprawdę jestem nikim w ich oczach. I że nigdy się to nie zmieni.
Wtedy też długo milczała
To było po wszystkim: po chrzcinach, po sprzątaniu, po rozmowach, które bolały bardziej niż trzeba. Asia siedziała na kanapie i tuliła małą, a ja zmywałem naczynia. Wciąż czułem na plecach ciężar tej ich pogardy. Nie mówiła nic od godziny. W końcu wyłączyłem wodę i usiadłem obok niej.
— Tak będzie już zawsze? — zapytałem cicho. — Mam ciągle udowadniać, że zasługuję, żeby być w tej rodzinie?
Nie spojrzała na mnie, tylko mocniej przytuliła córeczkę.
— Wiesz... mama dzisiaj przegięła. I tata też. Ale... oni tacy są. Tobie nie chodzi o nich, prawda? Tylko o mnie?
— Tak. Bo milczysz, gdy oni po mnie jeżdżą. Jakbyś się wstydziła, że jesteśmy razem.
Wtedy też długo milczała. A potem powiedziała coś, co zmieniło wszystko:
— Może rzeczywiście się trochę wstydzę... Ciebie nie. Ale tego, że nie umiem im się postawić. Że wciąż chcę, żeby mnie akceptowali, nawet kosztem ciebie.
Te słowa bolały bardziej niż wszystko, co wcześniej usłyszałem. Bo choć była szczera, przyznała, że mój wstyd w ich oczach nie był tylko ich dziełem. Że ona też w nim miała udział. Wstałem, ubrałem się i wyszedłem na spacer. Potrzebowałem dystansu. A może po prostu chciałem sprawdzić, czy ktoś mnie jeszcze widzi inaczej.
Oni mnie ocenili
Długo myślałem, że muszę im coś udowodnić. Że jeśli będę ciężej pracował, więcej zarabiał, ubierał się lepiej, znał odpowiednie wina i wiedział, czym się różni brie od camemberta to może mnie w końcu zaakceptują. Albo chociaż przestaną patrzeć na mnie jak na błąd. Ale nie. Oni potrzebowali kogoś innego. Kogoś, kogo sobie wymarzyli. Nie mnie.
Dziś mieszkam w innym mieście. Z Asią rozstaliśmy się pół roku po tamtej rozmowie. Nie dlatego, że przestałem ją kochać. Tylko dlatego, że nie mogłem już dłużej być dodatkiem do życia, w którym stale musiałem się tłumaczyć z tego, kim jestem. Spotykam się z córką co drugi weekend. I choć boli mnie, że nie jestem przy niej na co dzień, to kiedy mówi „tata”, wiem, że patrzy na mnie z miłością. Bez oceniania.
Asia napisała kiedyś w smsie: „Chyba musiałeś odejść, żebym zrozumiała, ile miałam”. Może. Ale ja też zrozumiałem, że nie trzeba być lekarzem, żeby być dobrym ojcem. I że warto być z kimś, kto nie chce cię zmieniać, tylko wspiera takim, jakim jesteś. Oni mnie ocenili. Ja im już dawno wybaczyłem, bo wiem, że to nie ja mam czego żałować.
Bartek, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dla niektórych ferie to odpoczynek, ale dla mnie koszmar. Wrzaski moich dzieci to pikuś przy fanaberiach teściowej”
- „Brat potrzebował pieniędzy na rozwód, więc pożyczyłam mu wszystkie oszczędności. Zaraz potem całkiem o mnie zapomniał”
- „Na lodowisku spotkałam kogoś, kto kiedyś rozpalił w moim sercu ogień. Tym razem zaryzykowałam wszystko”

