Reklama

Myślałam, że największym wyzwaniem w rodzicielstwie będą nieprzespane noce albo bunty dwulatka. Myliłam się. Prawdziwa walka zaczęła się wtedy, gdy zorientowałam się, że w moim własnym domu, przy moim stole, tracę autorytet na rzecz ludzi, którym powierzyłam opiekę nad synem. To nie stało się z dnia na dzień. To był powolny proces, sączony jak słodki syrop, który z czasem zaczął smakować jak gorycz porażki. Kiedy mój sześcioletni syn spojrzał mi w oczy i z zimną precyzją wykorzystał słowa babci przeciwko mnie, zrozumiałam, że to już nie jest kwestia dodatkowego cukierka. To była walka o jego przyszłość.

Dziecko musi mieć energię

Wszystko zaczęło się dość standardowo, wręcz sielankowo. Kiedy wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim, pomoc teściów wydawała się darem z niebios. Nie stać nas było na prywatną opiekunkę, a miejsca w państwowym przedszkolu były towarem deficytowym. Jadwiga i Stanisław, rodzice mojego męża, byli zachwyceni. Mieszkali zaledwie dwa osiedla dalej, na parterze starej kamienicy, w której czas jakby się zatrzymał. Pachniało tam zawsze pastą do podłogi i rosołem.

Początkowo przymykałam oko na drobiazgi. Leoś wracał od nich z czekoladą na brodzie, mimo że prosiłam o ograniczenie słodyczy ze względu na zalecenia dentysty.

— Daj spokój, Luiza — mówił Konrad, mój mąż, kiedy wieczorem wyciągałam z kieszeni spodni syna papierki po cukierkach. — Rodzice chcą go trochę porozpieszczać. Wiesz, jak to jest, dziadkowie są od kochania, rodzice od wychowywania.

Wtedy jeszcze wierzyłam w ten podział. Wydawał mi się logiczny, wręcz naturalny. Przecież sama miałam wspaniałe wspomnienia z wakacji u babci, gdzie zasady panujące w domu znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Problem polegał na tym, że ja widywałam babcię raz na kilka miesięcy, a Leoś spędzał u dziadków każde popołudnie od dwunastej do siedemnastej. To nie były wakacje. To była jego codzienność.

Pierwszy dzwonek alarmowy rozbrzmiał w mojej głowie, gdy Leoś odmówił zjedzenia obiadu w domu. Była środa, przygotowałam duszone warzywa z ryżem, danie, które wcześniej lubił. Siedział nad talerzem ze skrzyżowanymi rękami, a jego mina wyrażała absolutną pogardę dla moich kulinarnych starań.

— Nie będę tego jadł — oświadczył stanowczo. — To śmierdzi.

— Leoś, umawialiśmy się. Zjesz chociaż połowę — próbowałam zachować spokój, choć po ośmiu godzinach w biurze moje nerwy były napięte jak postronki.

— Babcia Jadzia mówi, że dzieci nie muszą jeść trawy. U niej zjadłem pączki.

— Pączki? Zamiast obiadu? — Spojrzałam na Konrada, szukając wsparcia, ale on tylko westchnął i schował twarz w telefonie.

Zadzwoniłam do teściowej. Rozmowa była krótka i, jak się później okazało, prorocza. Usłyszałam, że przesadzam, że dziecko musi mieć energię, a w ogóle to „za naszych czasów jadło się chleb ze śmietaną i cukrem, i wszyscy wyrośli na zdrowych ludzi”. Czułam, jak narasta we mnie frustracja, ale ugryzłam się w język. Nie chciałam być tą niewdzięczną synową, która krytykuje darmową opiekę.

To była celowa strategia

Atmosfera zagęściła się, gdy Leoś poszedł do zerówki. Wymagania wzrosły, a wraz z nimi potrzeba dyscypliny. Musieliśmy pilnować czasu ekranowego, odrabiania prostych zadań domowych i regularnego snu. Tymczasem u dziadków panowała wolna amerykanka. Zauważyłam, że syn zaczął wracać do domu pobudzony, wręcz agresywny. Kiedy zabierałam mu tablet, wpadał w szał. Rzucał poduszkami, krzyczał, tupał.

— U dziadka Stasia mogę grać w strzelanki! — wykrzyczał mi pewnego razu prosto w twarz. — Dziadek jest fajny, a ty okropna!

Zamarłam. To „ty okropna” zabolało bardziej niż cokolwiek innego. Nie dlatego, że wierzyłam w te słowa, ale dlatego, że słyszałam w nich echo czyjegoś głosu. Leoś nigdy wcześniej tak do mnie nie mówił. Wieczorem, gdy mały już spał, usiadłam z Konradem w kuchni. Musieliśmy porozmawiać.

— On gra w gry dla dorosłych u twoich rodziców — powiedziałam cicho, ale stanowczo. — Konrad, on ma sześć lat. Nie może oglądać takich rzeczy, a potem przychodzić tutaj i wyżywać się na nas.

— Przesadzasz, to pewnie jakieś proste gierki na telefonie ojca — bronił ich jak zawsze. To była jego domyślna postawa: unikać konfliktu z rodzicami za wszelką cenę.

— Nie, Konrad. Sprawdziłam historię przeglądarki w tablecie, który przyniósł od nich. To nie są proste gierki. Musisz z nimi porozmawiać.

Konrad obiecał, że to zrobi. I zrobił, a przynajmniej tak twierdził. Jednak efekt był odwrotny do zamierzonego. Kilka dni później, gdy odbierałam Leosia od teściów, Jadwiga powitała mnie chłodnym spojrzeniem.

— Podobno robisz nam awantury o to, jak zajmujemy się wnukiem — rzuciła, wycierając ręce w ścierkę. — Człowiek serce na dłoni kładzie, a w zamian dostaje pretensje. Krzywda mu się tu nie dzieje.

— Mamo, nie o to chodzi — próbowałam łagodzić. — Chodzi o zasady. Jeśli w domu nie pozwalamy na pewne rzeczy, to prosimy, żebyście to szanowali. Inaczej Leoś głupieje. Nie wie, kogo słuchać.

— Dziecko wie, gdzie jest kochane — ucięła, odwracając się plecami.

Wtedy zrozumiałam, że to nie jest kwestia niezrozumienia. To była celowa strategia. Dziadkowie budowali swoją pozycję w kontrze do nas. My byliśmy tymi złymi, wymagającymi policjantami, a oni dobrym wujostwem, pozwalającym na wszystko.

Czułam się zdradzona

Najgorsze miało dopiero nadejść. Leoś, mimo młodego wieku, był niezwykle bystrym obserwatorem. Szybko zorientował się, że między mną a teściami istnieje napięcie i że może to wykorzystać do własnych celów. Zaczął stosować taktykę „dziel i rządź”. Zaczęło się od drobnych kłamstw.

— Mamo, nie muszę sprzątać pokoju. Babcia powiedziała, że sprzątanie jest dla dziewczyn — oświadczył pewnego popołudnia, rzucając klocki na środek dywanu.

Kiedy skonfrontowałam to z Jadwigą, ta zaprzeczyła, ale z takim dziwnym uśmieszkiem, który sugerował, że wcale nie uważa tego za coś złego. Potem przyszły kłamstwa większego kalibru. W szkole zorganizowano wycieczkę do teatru. Leoś nie chciał iść, wolał zostać w domu i bawić się nowym zestawem klocków. Powiedziałam, że nie ma takiej opcji, że to część edukacji. Co zrobił mój syn? Zadzwonił do dziadka ze swojego smartwatcha, którego dostał od nich na urodziny (kolejny prezent, którego nie konsultowali z nami), i naopowiadał mu, że boli go brzuch, a ja zmuszam go do wyjścia na mróz.

Kwadrans później w drzwiach stanął Stanisław.

— Zabieram go — oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Dziecko źle się czuje, a ty go będziesz po teatrach włóczyć? Co z ciebie za matka?

— On czuje się świetnie, tato! Symuluje, bo chce się bawić! — krzyknęłam, tracąc cierpliwość.

Widzę, jak wygląda. Jest blady. Pakuj się, Leoś, jedziemy do dziadka na rosołek.

Leoś, który minutę wcześniej skakał po kanapie, nagle zgarbił się, zrobił cierpiącą minę i powłóczył nogami nogami do przedpokoju. Kiedy mijał mnie w drzwiach, puścił mi oko. Dosłownie. Sześciolatek puścił mi oko, triumfując, że ograł system. Że ograł mnie.

Zostałam w pustym mieszkaniu, trzęsąc się z bezsilności. Czułam się zdradzona nie tylko przez teściów, ale i przez własnego syna, którego przecież uczyłam uczciwości. Konrad po powrocie z pracy oczywiście stanął pośrodku.

— Może naprawdę źle się czuł? — zapytał, co doprowadziło mnie do łez.

Zapadła absolutna cisza

Wszystko posypało się miesiąc później, podczas przygotowań do Wielkanocy. To był trudny czas w mojej pracy — walczyłam o ważny projekt, który mógł mi zapewnić awans i podwyżkę. Często wracałam do domu późno, zmęczona i zestresowana. Leoś spędzał u dziadków jeszcze więcej czasu niż zwykle. Zauważyłam, że stał się opryskliwy, a jego słownictwo wzbogaciło się o zwroty, których my nie używaliśmy: „Daj mi spokój”, „Nie twoja sprawa”, „Odczep się”. Reagował agresją na każdą próbę wyegzekwowania posłuszeństwa.

Apogeum nastąpiło w Wielką Sobotę. Byliśmy umówieni u teściów na uroczysty obiad. Atmosfera była napięta, bo dzień wcześniej pokłóciłam się z Jadwigą o to, że kupiła Leosiowi telefon komórkowy, mimo że wyraźnie prosiliśmy, by tego nie robiła przed jego dziesiątymi urodzinami. Siedzieliśmy przy stole. Leoś bawił się telefonem, ignorując wszystkich.

— Leoś, odłóż telefon przy jedzeniu — poprosiłam spokojnie.

Cisza.

— Leon, słyszysz co mówię?

Chłopiec nawet nie podniósł wzroku. Jadwiga nałożyła mu na talerz wielką porcję sernika, mimo że jeszcze nie zjedliśmy zupy.

— Niech się dziecko bawi, co ci szkodzi? — rzuciła teściowa. — Zjedz sobie, wnusiu, babcia upiekła specjalnie dla ciebie.

Wtedy Leoś zrobił coś, co przelało czarę goryczy. Odsunął talerz z zupą tak gwałtownie, że wylała się na obrus, i powiedział głośno, patrząc mi prosto w oczy:

— Babcia mówi, że jesteś jędzą i że tata powinien sobie znaleźć lepszą żonę. Taką, co nie czepia się o wszystko.

Przy stole zapadła absolutna cisza. Słychać było tylko tykanie starego zegara w korytarzu. Spojrzałam na teściową. Jej twarz poczerwieniała, ale nie zaprzeczyła. Spojrzałam na Konrada. Siedział z otwartymi ustami, patrząc to na matkę, to na syna.

— Czy to prawda? — zapytałam cicho, wstając od stołu. Głos mi drżał, ale czułam dziwny, zimny spokój.

— Dzieci różne rzeczy gadają... — bąknął Stanisław, próbując ratować sytuację.

Nie kłam, dziadku! — krzyknął Leoś, wciąż wpatrzony w ekran. — Przecież wczoraj tak mówiła babcia do sąsiadki, jak mama dzwoniła!

To był ten moment. Moment, w którym zrozumiałam, że to nie jest już tylko kwestia wychowania czy diety. To było systematyczne niszczenie mojego wizerunku w oczach mojego dziecka. Podważanie mojej roli matki, a nawet żony. Jadwiga nie tylko mnie nie szanowała — ona aktywnie nastawiała Leosia przeciwko mnie.

— Wychodzimy — powiedziałam do Tomka i Leosia.

— Ale ja jeszcze nie zjadłem sernika! — zaprotestował mały.

— Wychodzimy. Teraz.

— Nie pójdę! Zostaję z babcią! Ona mnie kocha, a ty tylko krzyczysz! — wrzasnął Leoś i przytulił się do Jadwigi, która objęła go ramieniem z miną zwycięzcy.

— Widzisz, Luiza? Dziecko samo wybiera — powiedziała z satysfakcją.

Podeszłam do syna, wzięłam go za rękę, delikatnie, ale stanowczo, i oderwałam od teściowej. Zaczął krzyczeć i się wyrywać. To była scena jak z koszmaru. Szarpałam się z własnym dzieckiem w domu jego dziadków, podczas gdy oni patrzyli na mnie jak na oprawcę.

— Konrad, jeśli teraz nie wstaniesz i nie wyjdziesz z nami, to możesz tu zostać na stałe — rzuciłam w stronę męża. To nie była groźba, tylko obietnica.

Konrad wstał. Był blady jak ściana.

— Mamo, przesadziłaś — powiedział cicho. — Tym razem naprawdę przesadziłaś.

Wyszliśmy przy akompaniamencie krzyków Leosia i płaczu teściowej, która wołała za nami, że niszczymy dziecku dzieciństwo.

Relacje są poprawne

Droga do domu była koszmarem. Leoś płakał, krzyczał, że ucieknie do dziadków. W domu, po godzinie histerii, w końcu zasnął ze zmęczenia. Siedzieliśmy z Konradem w salonie, nie zapalając światła.

— Nie wiedziałem — powiedział w końcu, chowając twarz w dłoniach. — Nie wiedziałem, że ona tak przy nim mówi. Myślałem, że to tylko takie gadanie o jedzeniu i zabawkach.

— Bo nie chciałeś widzieć, Konrad. Było ci wygodnie. Rodzice zajmowali się małym, ty miałeś spokój, ja byłam tą złą, która się czepia. Ale dziś zobaczyłeś efekt. Nasz syn stał się kartą przetargową. Używają go, żeby leczyć swoje kompleksy i walczyć ze mną. A on? On uczy się, że kłamstwo popłaca, że można manipulować ludźmi, że lojalność nie istnieje.

Tamtego wieczoru podjęliśmy decyzję. Drastyczną, ale konieczną. Odcięcie. Przez następny miesiąc Leoś nie widywał dziadków. Musieliśmy przeorganizować całe nasze życie. Wynajęliśmy studentkę do odbierania go ze szkoły, co mocno nadwyrężyło nasz budżet. Ja brałam nadgodziny w domu, żeby to sfinansować. Początki były straszne. Leoś był na odwyku — dosłownie i w przenośni. Odwyku od cukru, od nielimitowanego ekranu i od bycia traktowanym jak małe bóstwo, któremu wszystko wolno. Pytał o dziadków, płakał, próbował nas szantażować.

Powoli, bardzo powoli, odzyskiwaliśmy syna. Zaczął normalnie jeść. Skończyły się wybuchy agresji. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Leoś wcale nie czuł się dobrze z tym chaosem. Powiedział mi kiedyś przed snem:

— Babcia ciągle pytała, co robisz w domu i czy tata jest zły. Kazała mi mówić, że u nich jest lepiej. To było męczące, mamo.

Po trzech miesiącach Jadwiga zadzwoniła. Płakała. Przepraszała? Nie do końca. Raczej użalała się nad sobą, że nie widzi wnuka. Ale Konrad był twardy.

— Mamo, spotkamy się, ale na naszych zasadach. Jeśli raz, chociaż raz usłyszę, że podważasz nasze zdanie przy Leosiu, albo powiesz coś złego o Luizie, to będzie koniec. Definitywny.

Dziś, dwa lata później, relacje są poprawne, ale chłodne. Dziadkowie widują Leosia raz w tygodniu, w naszej obecności. Nie ma nocowania, nie ma samotnych popołudni. Leoś ma osiem lat i rozumie więcej, niż bym chciała. Wie, że u dziadków są „inne zasady”, ale wie też, że to my, rodzice, jesteśmy jego bezpieczną przystanią. Tamta Wielka Sobota była najgorszym dniem w moim macierzyństwie, ale jednocześnie dniem, który uratował moją rodzinę. Zrozumiałam, że „kiedyś wychowywało się inaczej” nie jest argumentem. To tylko wymówka dla braku szacunku. A na brak szacunku w moim domu nie ma już miejsca. Nawet jeśli pachnie on drożdżowym ciastem i najlepszym rosołem na świecie.

Luiza, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama