„Teściowej nie smakowały moje pączki. Pluła nimi przy całej rodzinie i śmiała się, że jestem niedojdą w kuchni”
„Nie przełknęła od razu. Najpierw powoli zaczęła przeżuwać, jakby sprawdzała, czy to, co ma w ustach, nie stanowi zagrożenia dla życia. Jej oczy zwęziły się, a potem – ku mojemu przerażeniu – sięgnęła po serwetkę i… wypluła kęs. – Boże drogi… – wyszeptała”.

- Redakcja
To miał być mój triumf. Mój moment chwały. Wyobrażałam sobie, jak wszyscy siedzą przy stole, zachwyceni moimi domowymi pączkami, jak Halina – teściowa, królowa kuchni – kiwa z uznaniem głową, a Marek ściska mnie za rękę i mówi: „Anetko, to najlepsze pączki, jakie jadłem!”.
Naprawdę się napracowałam
Tymczasem stałam przy blacie w kuchni, cała umazana mąką, a moje ciasto… no cóż. Miało konsystencję kleju stolarskiego. Co chwilę przyklejało się do rąk, do miski, do wszystkiego, czego dotknęłam.
– Na pewno tak ma być? – zapytał Marek, zaglądając mi przez ramię.
– Oczywiście! Przepis jest sprawdzony – skłamałam bez mrugnięcia okiem.
W końcu wzięłam się za smażenie. Olej skwierczał, pączki nabierały złotego koloru. No, może trochę za złotego. Niektóre przypominały węgielki, inne pękały w dziwnych miejscach. Ale nie poddałam się. Nadziałam je ekologicznym dżemem, oprószyłam cukrem pudrem i patrzyłam na swoje dzieło z dumą.
– No, gotowe! – oznajmiłam z uśmiechem.
Nie wiedziałam jeszcze, że to będzie najdłuższy wieczór w moim życiu.
Byłam dobrej myśli
Gdy postawiłam talerz z pączkami na stole, czułam dumę. Może nie wyglądały idealnie – jedne były trochę krzywe, inne miały nadzienie wyciekające bokiem – ale to był mój pierwszy raz. Liczyło się serce, prawda?
– No to próbujemy! – powiedziałam entuzjastycznie, podsuwając pączka teściowej.
Halina wzięła go do ręki z miną, jakby podnosiła podejrzanie ciężki kamień. Obejrzała go z każdej strony, lekko ścisnęła, a potem odgryzła kawałek. I wtedy jej twarz zastygła. Nie przełknęła od razu. Najpierw powoli zaczęła przeżuwać, jakby sprawdzała, czy to, co ma w ustach, nie stanowi zagrożenia dla życia. Jej oczy zwęziły się, a potem – ku mojemu przerażeniu – sięgnęła po serwetkę i… wypluła kęs.
– Boże drogi… – wyszeptała.
– No i jak? – zapytałam, siląc się na uśmiech, choć czułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
Halina spojrzała na mnie, potem na Marka, jakby szukała potwierdzenia, że nie straciła zmysłów.
– Aneta, co to jest?
– Pączek – odparłam, próbując się nie załamać.
Musiała mnie skrytykować
Teściowa westchnęła i odstawiła resztę na talerz.
– Dziecko… To smakuje jak… no nie wiem… jak rozmoczona gąbka z glutem.
Marek zakaszlał. Może chciał ją uciszyć, ale było za późno.
– Mamo, no bez przesady… – spróbował interweniować, choć nawet on wyglądał na niepewnego.
– To ty spróbuj, synu – Halina popchnęła talerz w jego stronę.
Marek spojrzał na mnie przepraszająco, po czym ugryzł kawałek. Na jego twarzy pojawiło się coś pomiędzy konsternacją a paniką. Przez chwilę wyglądało, jakby żuł kawałek podeszwy.
– No i? – ponagliłam go, mrużąc oczy.
Marek przełknął z wysiłkiem.
– No… faktycznie… trochę dziwne…
Zbigniew, mój teść, który do tej pory cicho obserwował sytuację, odchrząknął i wymamrotał:
– Ja tam wolę mojej Halinki...
Czułam, jak twarz mi płonie. Coś ścisnęło mnie w środku. Nie tego się spodziewałam.
Próbowałam się bronić
Patrzyłam na nich wszystkich w milczeniu. Mój mąż walczył z każdym przeżutym kęsem, teściowa patrzyła na mnie z mieszaniną współczucia i rozbawienia, a teść ostentacyjnie udawał, że nie istnieje.
– Może po prostu macie inny gust? – próbowałam jeszcze ratować sytuację.
Halina spojrzała na mnie z politowaniem.
– Kochana, gust gustem, ale to coś… – wskazała na pączki. – To jest zbrodnia na pączkach.
Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle. Nie dam się. Nie teraz.
– A może po prostu ci nie smakują, bo jesteś przyzwyczajona do swoich? – uniosłam podbródek, próbując zabrzmieć pewnie.
Teściowa westchnęła i pokręciła głową.
– Anetko, ja cię bardzo lubię, ale nawet najlepszy przepis nie pomoże, jeśli ktoś nie ma ręki do pieczenia.
Pokłóciłyśmy się
Marek rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie, ale było już za późno.
– Nie mam ręki do pieczenia? – powtórzyłam, czując, jak ogarnia mnie fala gorąca.
Halina wzruszyła ramionami.
– No nie masz. Ale to nic złego. Nie każdy musi wszystko umieć.
Zbigniew znowu chrząknął.
– To może ja zrobię herbaty… – zaproponował, próbując uciec od nadciągającej burzy.
Ale nie mogłam tego tak zostawić.
– A skąd wiesz? Może to tylko pechowy przepis? – rzuciłam.
Halina parsknęła śmiechem.
– Kochana, jakby to był pechowy przepis, to ja bym teraz nie miała w ustach czegoś, co przypomina gluta.
Marek odłożył pączka i wytarł dłonie w serwetkę.
– No dobrze, może trochę za dużo oleju… – zaczął ostrożnie.
– I trochę za ciężkie… – dodała Halina.
– I lekko surowe w środku… – wymamrotał teść.
Czułam, że zaraz eksploduję.
– W porządku! – podniosłam głos. – Skoro wszystkim tak bardzo nie smakują, to nie musicie ich jeść!
Wstałam i szybkim ruchem zgarnęłam talerz pączków.
– Aneta… – zaczął Marek, ale już byłam w kuchni.
Chwyciłam kosz na śmieci, podniosłam pokrywkę i z impetem wrzuciłam wszystkie pączki do środka.
Byłam wściekła
Za moimi plecami panowała cisza. Zbigniew westchnął.
– No to… może teraz serniczek? – zaproponował cicho.
Halina wstała i poszła do lodówki.
– A ten to na pewno będzie dobry, bo kupiłam w cukierni.
Nie odwracając się, usłyszałam dźwięk rozrywanego kartonowego pudełka. Marek podszedł do mnie i delikatnie położył dłoń na moim ramieniu.
– Kochanie…
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam, jak moje pierwsze, własnoręcznie robione pączki leżą w śmietniku.
Czułam, że temat domowych wypieków umarł dla mnie na zawsze.
Mówili, że histeryzuję
Siedziałam przy stole, mieszając herbatę, choć już dawno wystygła. W salonie panowała niezręczna cisza, przerywana tylko mlaskaniem teściowej, delektującej się sernikiem.
– No i to jest ciasto – westchnęła Halina, przełykając kęs.
Zacisnęłam zęby. Miałam ochotę powiedzieć coś kąśliwego, ale wiedziałam, że to tylko pogorszy sytuację.
Marek spojrzał na mnie ostrożnie.
– Aneta, no nie obrażaj się…
– Nie obrażam się – ucięłam, choć wszystko we mnie wrzało.
Zbigniew podniósł wzrok znad talerzyka.
– To może następnym razem spróbujesz z jakimś innym przepisem?
– Nie będzie następnego razu – odparłam, wstając od stołu.
Teściowa westchnęła, jakby właśnie tego się spodziewała.
– No i po co ta histeria? – mruknęła. – To tylko pączki.
Spojrzałam na nią z wyrazem, który jasno sugerował, że jeśli zaraz się nie zamknie, to skończy z resztką sernika na twarzy.
Marek złapał się za czoło.
– Mamo, może już wystarczy?
Ale Halina tylko wzruszyła ramionami.
– Po prostu mówię prawdę.
Nie odpowiedziałam. Po prostu poszłam do kuchni i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Mąż mnie bronił
Oparłam się o blat kuchenny, próbując uspokoić oddech. Ręce mi drżały – ze złości, rozczarowania, a może wstydu. Wystarczyło jedno spojrzenie na kosz pełen moich nieudanych pączków, by poczuć ukłucie w sercu.
Z salonu dochodziły przytłumione głosy.
– No i po co było tak ostro? – Marek mówił półgłosem, ale wyczułam w jego tonie napięcie.
– Synku, przecież ja tylko chciałam dobrze! – Teściowa westchnęła. – Lepiej, żeby wiedziała, że to nie dla niej, niż żeby się łudziła.
– Mamo… – Jego głos był zmęczony. – Nie zawsze trzeba mówić prawdę prosto w twarz.
– A ja myślałam, że wolisz szczerość.
Zacisnęłam pięści. Nie dam im tej satysfakcji, nie wyjdę stąd ze łzami w oczach. Wzięłam głęboki oddech i wróciłam do salonu z wysoko podniesioną głową.
– Masz rację, Halino – powiedziałam chłodno. – Nie każdy nadaje się do pieczenia. Tak samo jak nie każdy nadaje się do delikatnych rozmów.
Zapadła cisza. Halina spojrzała na mnie uważnie, jakby oceniała, czy rzucę się na nią z widelcem.
Marek westchnął.
– Może… może wszyscy się trochę uspokoimy?
Nie odpowiedziałam. Ale wiedziałam jedno – to nie koniec tej rozmowy.
Nawet się nie domyśliła
Następnego dnia od rana myślałam tylko o jednym – jak odegrać się na teściowej. Nie tak otwarcie, żeby Marek musiał mnie uspokajać, ale wystarczająco, żeby Halina poczuła, że nie może mnie traktować jak kuchenną niezdarę. I wtedy mnie olśniło.
Po południu wróciłam z cukierni z eleganckim pudełkiem pełnym perfekcyjnych, puszystych pączków. Oprószone cukrem pudrem, pachnące wanilią – ideał. Przełożyłam je na talerz i czekałam.
Gdy Halina przyszła w odwiedziny, powitałam ją z szerokim uśmiechem.
– Wpadłaś w samą porę! Upiekłam jeszcze raz. Spróbujesz? – podałam jej talerz z pączkami.
Spojrzała na mnie podejrzliwie, ale wzięła jednego i ugryzła. W jej oczach pojawił się cień zdumienia.
– No proszę… Tym razem są naprawdę dobre – mruknęła. – Miękkie, puszyste, idealne…
Marek uniósł brwi.
– Serio?
– Sama zobacz – Halina podała mu jednego.
Mąż ugryzł kawałek i spojrzał na mnie.
– Aneta, one są naprawdę… – urwał nagle, a ja tylko się uśmiechnęłam.
– Cieszę się, że wam smakują – powiedziałam słodko.
Aneta, 30 lat
Czytaj także: „Chciałam się przypodobać teściowej i upiekłam pączki na tłusty czwartek, a ona rzuciła nimi o podłogę”
„Szukałam najlepszych pączków w mieście, a znalazłam coś znacznie słodszego. Chłopak z cukierni był lepszy niż deser”
„Paragon za pączki na tłusty czwartek zmroził mnie do szpiku kości. Mój mąż nie tylko stracił pieniądze, ale i żonę”