„Teściowa zrujnowała mi wymarzone ferie w Bieszczadach. Przyjechała z walizką pełną ostrej krytyki i gorzkich słów”
„Zgrzytałam zębami i zmuszałam się do uśmiechu, by dzieci nie czuły napięcia. Ale czuły. Czuły je doskonale. W ciszy, która zapadła po ostatnim komentarzu teściowej, było słychać tylko łyżki uderzające o porcelanę i moje własne myśli, które coraz częściej brzmiały jak pytanie: ile jeszcze?”.

- Redakcja
Mam na imię Aneta. Mam 35 lat, dwójkę dzieci i męża, którego kiedyś – choć coraz trudniej mi w to dziś uwierzyć – kochałam do szaleństwa. Na co dzień pracuję jako specjalistka ds. kadr w jednej z tych dużych, głośnych korporacji, gdzie każdy dzień przypomina bieg z przeszkodami. Poranki z dziećmi to wyścig z czasem, powroty z pracy – walka z kolacją, pracą domową i pralką, która ciągle pokazuje błąd, jakby chciała się ze mną droczyć.
Zimą, w ferworze pracy, opieki nad dziećmi i nieustannego zmęczenia, pojawiła się nadzieja: ferie. Tydzień w Bieszczadach. Cisza, śnieg, kominek. Ja, Michał, dzieci i… spokój. Bez deadline’ów, bez korków, bez kuchni do sprzątania po trzy razy dziennie. Miałam marzenie – jeden tydzień bez pośpiechu. Z książką, kubkiem herbaty i z mężem, który znów może przypomni sobie, że jestem kimś więcej niż tylko „mamą dzieci”.
Przez pierwsze dwa dni było prawie idealnie. A potem przyjechała ona. Moja teściowa.
– Kochanie, mama wpadnie na trochę. Zostanie dzień, góra dwa – oznajmił Michał ze spokojem.
A przecież ja wiem, że jego mama nie wpada „na chwilę”. Ona wchodzi i zostaje. Wypełnia sobą każdy kąt.
Nie mam z nią złych relacji. Nie kłócimy się. Ale... to taka relacja, w której czuć rosnące napięcie. Nigdy nie powie mi nic wprost. Zapyta tylko: „To zupę tak się teraz gotuje?” albo „A dzieci to teraz bez czapek w zimie wychodzą, tak?”. Pochwali moją sukienkę słowami: „Śmiało, Anetko, ważne że ty się dobrze czujesz – każdemu pasuje coś innego”.
A Michał? Michał siedzi obok i milczy. Albo się uśmiecha. Albo mówi to swoje ulubione: „Mama tak tylko z troski”. Tak bardzo liczyłam na ten wyjazd. Tak bardzo potrzebowałam odpocząć. Ale już drugiego dnia od jej przyjazdu czułam, że odpoczywać będę mogła dopiero… w pracy. A może i nie tam.
Robiłam dobrą minę do złej gry
Zupa dyniowa była moją specjalnością. Dzieci ją uwielbiały, a Michał kiedyś mówił, że pachnie nią dom. Kiedy nalałam wszystkim porcje i usiedliśmy do stołu, przez chwilę miałam złudzenie, że może jeszcze uda się uratować nasz wyjazd. Ale tylko przez chwilę.
– Znowu ta dyniowa? No ale jak kto lubi... Choć jakaś rzadka... – mruknęła teściowa, patrząc podejrzliwie na swoją łyżkę.
Zacisnęłam usta i wzięłam głęboki oddech. Michał jadł, nie podnosząc wzroku. Dzieci spojrzały na mnie z niepewnością, ale nie odezwały się ani słowem.
– Smakuje wam, kochani? – zapytałam spokojnie, choć w środku wszystko we mnie wrzało.
– Tak! – powiedziała Hania. – Bardzo!
– Tylko nie rozlej na obrus – rzuciła babcia do wnuczki. – Bo znowu będzie plama jak wczoraj. I nie jedz tak szybko. Będzie cię brzuch bolał.
Nie skomentowałam. Otworzyłam buzię, ale natychmiast ją zamknęłam. Wzięłam kolejny kęs i starałam się nie patrzeć na Michała, który siedział jak cień, pochylony nad talerzem.
– Ty wychodzisz z nimi tak ubranymi? – odezwała się nagle do niego. – Przecież tu zima. Przynajmniej szalik mogli mieć. Mały cały czas z odkrytą szyją chodzi. A Hani buty przemakają. Widziałam rano.
– Mamo, oni byli ubrani... – zaczęłam, ale urwałam, bo i tak nie słuchała. Wiedziałam, jak to się skończy.
– Ja nic nie mówię – ciągnęła dalej. – To nie moje dzieci.
To właśnie bolało najbardziej. Nie słowa, tylko ten ton. Michał dalej milczał, jakby go nie dotyczyło. Gdyby przynajmniej podniósł głowę. Gdyby chociaż raz powiedział: „Wystarczy, mamo”, ale on po prostu jadł. Cicho, jakby chciał zniknąć.
Patrzyłam na niego, jak przełyka kolejne łyżki zupy, i zastanawiałam się, kim jest ten człowiek, z którym żyję. Dlaczego nic nie mówi? Czy naprawdę nie widzi, co się dzieje? A może widzi i mu to nie przeszkadza? Może mu wygodnie, że to ja znowu tłumię emocje i udaję, że wszystko gra?
Zgrzytałam zębami i zmuszałam się do uśmiechu, by dzieci nie czuły napięcia. Ale czuły. Czuły je doskonale. W ciszy, która zapadła po ostatnim komentarzu teściowej, było słychać tylko łyżki uderzające o porcelanę i moje własne myśli, które coraz częściej brzmiały jak pytanie: ile jeszcze?
Mąż nie był po mojej stronie
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, a z salonu dobiegały stłumione dźwięki telewizora, weszłam do pokoju, gdzie Michał siedział z telefonem w ręku. Przez chwilę patrzyłam na niego w milczeniu. Wydawało mi się, że jeśli powiem jedno zdanie za dużo, nie zdołam tego zatrzymać. A jeśli nie powiem nic – zacznę się w tym dusić.
– Nie po to tu przyjechaliśmy, żeby znowu słuchać jej komentarzy – powiedziałam w końcu. Cicho, bez krzyku, ale z taką siłą, że sama się zdziwiłam, jak bardzo jeszcze umiem być spokojna.
Michał nie podniósł wzroku.
– Ale co ja mam zrobić? Ona tylko mówi...
– Tylko mówi? – podeszłam bliżej. – To wszystko, co masz mi do powiedzenia? Tylko mówi? Ty naprawdę tego nie widzisz? Nie czujesz?
– Aneta, przecież to nie jest nic złego. Ona... martwi się.
Zaśmiałam się. Gorzkim, pustym śmiechem, który bardziej przypominał kaszel niż rozbawienie.
– Martwi się? O co? O to, że dzieci zjedzą moją zupę? O to, że noszą czapki inne niż ona by wybrała? O to, że żyjemy nie tak, jak sobie wymyśliła? Bo jeśli to jest troska, to ja naprawdę nie wiem, co nią nie jest.
Michał milczał, jak zawsze. Jak wtedy, gdy podczas wigilii teściowa zapytała mnie, czy nie powinnam się „bardziej malować, skoro jestem taka blada”. Jak wtedy, gdy rzuciła, że „nie każdy jest stworzony do macierzyństwa, ale przecież dzieci i tak kochają matkę”. Jak wtedy, gdy powiedziała, że w moim wieku to już nie ma się takich ambicji.
– Ty jej słuchasz – powiedziałam cicho. – I milczysz, cały czas. A ja mam ją znosić. Ja mam się uśmiechać, żeby nie było awantury. A ty? Ty po prostu siedzisz i milczysz.
– Aneta... proszę cię...
– Nie, Michał. Ja już nie mam siły cię prosić. Ja tylko chcę, żebyś raz w życiu był po mojej stronie. Raz. Tylko raz.
Stał przez chwilę jak zamurowany, potem spuścił wzrok. Zaczął coś mówić, ale przerwałam mu gestem.
– Dzieci śpią. Nie będziemy teraz krzyczeć, choć bardzo bym chciała. Naprawdę bardzo.
Wyszłam z pokoju, zanim zdążył coś odpowiedzieć. W kuchni nalałam sobie wody i patrzyłam przez okno na ciemny las. Myślałam o wszystkich sytuacjach, kiedy udawałam, że mnie to nie rusza. O tym, jak bardzo się staram, żeby nasze małżeństwo wyglądało normalnie. O tym, jak samotnie można się czuć z kimś, kto siedzi obok i nie widzi niczego poza sobą.
I tylko jedno pytanie wracało w mojej głowie jak echo: czy to jeszcze ma sens?
Patrzyłam na nią z wściekłością
Rano wstałam pierwsza. Chciałam, żeby chociaż śniadanie przebiegło spokojnie. Rozłożyłam talerze, zrobiłam jajecznicę, wstawiłam wodę na herbatę. Dzieci zeszły po chwili, zaspane, ale uśmiechnięte. Michał dołączył zaraz po nich. Przysiadł do stołu bez słowa. Teściowa weszła ostatnia. Miała na sobie gruby, wełniany szal i kapcie z futerkiem. Jakby wybierała się na wyprawę, a nie do kuchni.
– Ojej, znowu jajka? – powiedziała z westchnieniem, siadając. – Można by coś innego dla odmiany, choćby owsiankę. Dzieciom lepiej robi na brzuszek. I cieplejsze to. Jajka tak na czczo... No ale jak kto woli.
Spojrzałam na Michała. Jadł. Patrzył w talerz, jakby w nim znajdował wszystkie odpowiedzi. Hania próbowała z uśmiechem jeść, ale widziałam, że się spina. Franek odsunął kubek i zapatrzył się w okno.
– I ta herbata... Znowu ta sama – dorzuciła teściowa. – Ziołowa byłaby lepsza. Ale jak mówiłam – nie moje dzieci.
Zacisnęłam dłonie na filiżance. Oparłam łokcie o stół i popatrzyłam na nią. Nie z uśmiechem. Nie z udawaną uprzejmością. Z zimną, czystą wściekłością.
– To są nasze ferie, nie pokaz mamuśki – powiedziałam spokojnie. Tak spokojnie, że cisza, która zapadła po tych słowach, była głośniejsza niż krzyk.
Łyżka Michała zastygła w powietrzu. Teściowa zamarła z kanapką w ręce. Dzieci spojrzały na mnie z przestrachem.
– Mamo, wystarczy – powiedział nagle Michał. Głos mu lekko drżał, jakby sam nie wierzył, że to powiedział.
Ona spojrzała na niego z niedowierzaniem. Odłożyła kanapkę na talerz. Powoli, ostrożnie, jakby bała się, że zaraz coś się rozpadnie. Wstała.
– Nie będę wam przeszkadzać – powiedziała cicho, niemal szeptem. – Skoro tak uważacie...
Nie spojrzała ani na mnie, ani na dzieci. Wyszła z kuchni bez pożegnania i zostawiła po sobie tylko ciszę. Siedziałam z sercem bijącym jak oszalałe. Nie spodziewałam się, że Michał się odezwie. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Chciałam poczuć ulgę, ale czułam wszystko naraz. Ulga, strach, złość, niedowierzanie. Przede wszystkim niedowierzanie.
Czy właśnie wydarzyło się coś, co powinno wydarzyć się wiele lat temu? Franek pociągnął mnie za rękę.
– Mamo, a babcia się obraziła?
Pogłaskałam go po głowie i zmusiłam się do uśmiechu.
– Nie, kochanie. Babcia po prostu musi chwilę odpocząć.
Chciałam wierzyć, że to prawda.
Nie poczułam ulgi
Wieczorem spakowała walizkę. Nie powiedziała, że wyjeżdża. Po prostu przyniosła ją do przedpokoju i postawiła obok ławki. Dzieci były na górze, rysowały coś na podłodze. Michał siedział na fotelu z książką, ale nawet nie przewracał stron. Ja wycierałam blaty w kuchni, niepotrzebnie długo.
– Ja tylko chciałam pomóc – powiedziała, nie patrząc na mnie, tylko na swojego syna. Ton miała spokojny, niemal pokorny.
– Ale mamo, my chcieliśmy spędzić ten czas sami – odpowiedział. Cicho, ale bez zawahania.
Spojrzała na niego z czymś, co trudno było nazwać. Zawód? Wyrzut? Może nawet wstyd. Pokiwała głową, raz, drugi. Zapięła kurtkę, zawiązała szal. Podchodząc do drzwi, rzuciła przez ramię:
– Dobrze, że chociaż chłopak ma ciepłą kurtkę. Ode mnie.
Drzwi trzasnęły krótko. Bez patosu, bez pożegnania. Tak po prostu. Stałam w kuchni z ręcznikiem w dłoni i czułam, że nie wiem, co dalej. Michał podszedł, zatrzymał się za mną. Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Odwróciłam się do niego, choć nie miałam siły na rozmowę. Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam w nich tylko zmęczenie. Jakby te kilka słów, które dziś powiedział, kosztowały go wszystko.
Nie czułam ulgi ani triumfu. Czułam pustkę. Głuchą, ciężką, przygniatającą. Michał sięgnął po moją dłoń. Nie cofnęłam jej, ale też nie odwzajemniłam uścisku. Stał przez chwilę, potem odszedł bez słowa.
Zostałam sama w kuchni, w domu, który miał być naszym azylem. Miałam rację. Teściowa wyjechała. Ale nie czułam się lepiej. I nagle pomyślałam: czy to naprawdę koniec pewnego układu? Czy to dopiero początek?
Aneta, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ferie w górach miały nas zbliżyć, ale mąż wolał żarciki z koleżanką. Nie było mi do śmiechu, gdy poznałam prawdę”
- „Córka przygotowywała się do matury, a ja byłam z niej dumna. Mina mi zrzedła, gdy ze studniówki wróciła z nasionkiem”
- „Mąż miał z Anglii przesyłać kokosy, ale wciąż brakowało na buty dla dzieci. Zza granicy dostałam tylko pozew rozwodowy”

