Reklama

To miał być wieczór idealny, zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach – od jedwabnych serwetek po precyzyjnie dobraną playlistę. Chciałam, żebyśmy z mężem choć na chwilę zapomnieli o codziennym biegu, kredycie i problemach. Nie przewidziałam tylko jednego – że w scenariuszu mojej romantycznej bajki główną rolę odegra nieproszony gość. Kiedy zamknęłam się w łazience, łykając łzy rozczarowania, byłam pewna, że nasze małżeństwo zderzyło się ze ścianą. Nie wiedziałam jednak, że to, co usłyszę kilkadziesiąt minut później, zmieni układ sił w naszym domu raz na zawsze.

Myślałam, że wszystko mam pod kontrolą

Przygotowania do walentynek zaczęłam tydzień wcześniej. Ostatni rok był dla nas wyjątkowo trudny – nowa praca Pawła, moje nadgodziny, spłata remontu kuchni. Staliśmy się dla siebie bardziej współlokatorami niż małżeństwem, wymieniającymi uwagi o tabletkach do zmywarki czy karmie dla kota. Brakowało mi nas i tej iskry, która kiedyś sprawiała, że nie mogliśmy oderwać od siebie wzroku.

Postanowiłam, że 14 lutego będzie punktem zwrotnym. Żadnych głośnych restauracji. Chciałam intymności, dlatego zaplanowałam wykwintną kolację w domu. Wzięłam pół dnia wolnego. Spędziłam cztery godziny w kuchni, pieczołowicie przygotowując polędwicę w cieście francuskim. Danie wymagało precyzji, ale efekt na talerzu prezentował się jak z najlepszego kulinarnego magazynu.

O osiemnastej wszystko było gotowe. W salonie unosił się zapach pieczonych ziół i moich perfum. Miałam na sobie nową, czerwoną sukienkę, w której czułam się piękna. Paweł wszedł do domu punktualnie. Zobaczyłam w jego oczach błyskawiczne przejście od zmęczenia do zachwytu.

– Wow – westchnął, zrzucając teczkę. – Wyglądasz… Niesamowicie. I jak tu pachnie!

Uśmiechnęłam się, czując, jak napięcie ze mnie schodzi. W tle sączył się jazz. Wszystko szło zgodnie z planem, do momentu, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.

Dźwięk, który zwiastował katastrofę

Spojrzeliśmy na siebie zaskoczeni. Nie zamawialiśmy niczego, a sąsiedzi znali nasze zwyczaje.

Czekasz na kogoś? – zapytał szeptem mąż.

– Nie. A ty?

– Też nie. Może to pomyłka.

Dzwonek zabrzmiał ponownie, tym razem bardziej natarczywie. Długie, niecierpliwe brzęczenie. Paweł westchnął i ruszył do przedpokoju. Poszłam za nim, czując dziwny ucisk w żołądku. Moja intuicja podpowiadała kłopoty. Gdy tylko Paweł uchylił drzwi, do środka wdarł się chłodny wiatr i energiczny głos, który znałam aż za dobrze.

– No, nareszcie! Ile można stać na tym mrozie? Dzwonię i dzwonię, myślałam, że może śpicie, ale światło się pali!

W progu stała moja teściowa, Barbara. W jednej ręce dzierżyła siatkę z dyskontu, w drugiej garnek owinięty w ścierkę. Wmaszerowała do środka, taranując Pawła.

– Mamo? – Paweł był w szoku. – Co ty tu robisz?

– Jak to co? Odwiedzam syna i synową! – rzuciła, wieszając płaszcz tak zamaszyście, że zrzuciła moją torebkę. – Przecież wiem, że dzisiaj te całe walentynki. Pomyślałam sobie: biedne dzieci, pewnie zapracowane, Ewelinka na pewno nie miała czasu nic ugotować po pracy, więc przyniosłam wam bigos. Prawdziwy, na kapuście kiszonej, nie to co te sklepowe wynalazki.

Stałam jak wryta. Mój misterny plan, polędwica, świece – wszystko nagle wydało się śmieszne w obliczu garnka z bigosem.

– Mamo, ale my… – zaczął Paweł, ale Barbara mu przerwała.

– Oj, nie dziękuj, nie dziękuj. Matka zawsze zadba. O, Ewelinka! – Dopiero teraz na mnie spojrzała, taksując wzrokiem moją kreację. – Ładna sukienka. Taka… odważna. Nie za zimno ci w tym będzie? Wiesz, nerki trzeba szanować.

Zacisnęłam zęby.

– Dzień dobry, mamo – wydusiłam, starając się zachować kulturę. – Mamy już kolację. Właśnie siadaliśmy.

– To świetnie! – klasnęła w dłonie. – To ja się tylko ogrzeję, herbaty się napiję i spróbuję, co tam upichciłaś. Bigos zostawimy na jutro.

Ruszyła w stronę salonu. Zobaczyła nakryty stół, świece, przygaszone światło. Każdy zrozumiałby aluzję, że przeszkadza. Ale nie Barbara.

– O, jak ciemno – skomentowała i pstryknęła włącznik głównego oświetlenia. Romantyczny półmrok zniknął, zastąpiony przez ostre światło żyrandola. – No, teraz przynajmniej widać, co się je.

Romantyczna wizja legła w gruzach

Paweł spojrzał na mnie błagalnie. Był rozdarty – chciał spędzić wieczór ze mną, ale nigdy nie potrafił postawić się matce. Zawsze tłumaczył, że ona „chce dobrze”. Tylko dlaczego ja musiałam ponosić koszty jej samopoczucia? Usiedliśmy do stołu. Barbara zajęła moje miejsce, więc musiałam dostawić krzesło z kuchni i usiąść z boku.

– Co to jest? – zapytała, grzebiąc widelcem w moim arcydziele.

– Polędwica w cieście francuskim z musem grzybowym – odpowiedziałam dumnie, choć głos mi drżał.

– A, te nowoczesne wymysły. – Skrzywiła się. – Mięso to powinno być widać, a nie chować w bułce. No ale spróbuję, żeby ci przykro nie było.

Zaczęła jeść, głośno komentując.

– Troszkę za słone. Pawełku, wiesz, że masz wyższe ciśnienie, nie powinieneś jeść tyle soli.

– Mnie smakuje, mamo – powiedział cicho Paweł, jedząc bez apetytu.

– Bo ty zawsze byłeś wszystkożerny. Pamiętasz, jak w podstawówce zjadłeś plastelinę? – Zaśmiała się.

Czułam, jak krew uderza mi do głowy. To była farsa. Siedziałam w eleganckiej sukience, przy stole oświetlonym jak sala operacyjna, słuchając historii o problemach trawiennych sąsiadki. Próbowałam ratować sytuację.

– Mamo, może włączymy muzykę? Było tak przyjemnie…

– A po co? Żeby nas głowa rozbolała? Cisza jest najlepsza, można porozmawiać. A właśnie, Ewelinko, kiedy wy w końcu pomyślicie o powiększeniu rodziny? Zegar tyka. Moja koleżanka Zosia ma już trójkę wnuków, a ja co? Tylko kotem mam się chwalić?

To był cios poniżej pasa. Barbara wiedziała, że staramy się od roku bezskutecznie i że to dla mnie bolesny temat. Spojrzałam na Pawła, oczekując reakcji. Że powie: „Mamo, dość”. Ale on tylko spuścił wzrok.

– Mamo, nie teraz – mruknął.

– A kiedy? – oburzyła się. – Jak będziecie po czterdziestce? Ewelina, może to przez te twoje diety. Jesteś taka chuda, biodra masz wąskie…

Tego było za wiele. Wstałam gwałtownie.

– Przepraszam – powiedziałam, czując łzy pod powiekami. – Muszę wyjść do toalety.

Wybiegłam z salonu, wpadłam do łazienki i przekręciłam zamek. Oparłam się o chłodne kafelki i osunęłam na podłogę.

Nieważna we własnym domu

Siedziałam na dywaniku w mojej czerwonej sukience, czując się upokorzona i samotna. Przez drzwi słyszałam ich głosy. Barbara wcale nie ściszyła tonu.

– No i co się obraziła? O co jej chodzi? Słowa prawdy nie można powiedzieć? Jakaś taka histeryczna się zrobiła ostatnio. Może to hormony?

– Mamo, przestań… – głos Pawła był słaby.

– Co przestań? Ja ci tylko dobrze radzę. Widzę, że ty też jakiś przygaszony jesteś. Pewnie cię zamęcza tymi swoimi humorami. Zjedz trochę bigosu, to ci siły wrócą.

Zatykałam uszy. Nie chodziło tylko o zepsutą kolację, ale o to, że w hierarchii ważności męża byłam na drugim miejscu. Jego matka mogła wejść z butami w nasze życie, a on nie stawiał granic. Siedziałam tam chyba z godzinę. W końcu usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. Barbara wyszła. Paweł zapukał do łazienki.

– Ewelina? Kochanie? Wyszła już. Wyjdź, proszę.

– Idź spać – odpowiedziałam chłodno. – Nie chcę z tobą rozmawiać.

– Ewelina, nie przesadzaj. Wiesz, jaka ona jest. Chciała dobrze. Przyniosła jedzenie…

– Chciała dobrze? – krzyknęłam przez drzwi. – Zniszczyła nasz wieczór! Obraziła mnie! A ty siedziałeś cicho jak mysz pod miotłą!

– Nie chciałem robić awantury przy kolacji!

– Więc wolałeś, żebym ja płakała w łazience? Idź sobie, Paweł. Po prostu idź.

Usłyszałam jego kroki oddalające się w stronę sypialni. Gdy w końcu wyszłam, w domu panowała cisza. Paweł leżał w łóżku tyłem do drzwi. Położyłam się na samym brzegu materaca, jak najdalej od niego. Myślałam o rozwodzie. O tym, że nie dam rady tak żyć, ciągle w trójkę: ja, on i cień jego matki.

Słowa, na które czekałam latami

Obudziły mnie wibracje telefonu Pawła. Zegar wskazywał pierwszą w nocy. Paweł spojrzał na ekran, usiadł gwałtownie, po czym wstał i wyszedł z sypialni. Wstałam cicho i podeszłam do uchylonych drzwi. Paweł był w salonie. Jego głos brzmiał twardo i zdecydowanie.

– Nie, mamo. Nie śpię. I nie, nie przeproszę cię za to, że zrobiła scenę – mówił do słuchawki.

Wstrzymałam oddech. Dzwonił do Barbary?

Posłuchaj mnie uważnie, bo powiem to tylko raz – kontynuował ze stalą w głosie. – Ewelina jest moją żoną. Jest najważniejszą osobą w moim życiu. Dzisiaj zniszczyłaś coś bardzo ważnego dla nas. Wparowałaś bez zaproszenia, krytykowałaś wszystko, co ona przygotowała, i raniłaś ją swoimi uwagami o dzieciach. To było okrutne.

Zamilkł, słuchając odpowiedzi.

– Nie interesuje mnie, że chciałaś dobrze – przerwał jej ostro. – Od tej pory obowiązują nowe zasady. Nie przychodzisz bez zapowiedzi. Nigdy. Jeśli zadzwonisz do drzwi bez uprzedzenia, nie otworzę. I jeśli jeszcze raz usłyszę choć jedno złe słowo o Ewelinie, o jej gotowaniu, wyglądzie czy o tym, kiedy będziemy mieć dzieci, to nasza relacja bardzo się ochłodzi. Rozumiesz?

Moje serce waliło jak oszalałe. Nigdy nie słyszałam, żeby tak do niej mówił.

– Nie, mamo. Nie jestem niewdzięczny. Jestem dorosły. I bronię swojej rodziny. A moją rodziną jest przede wszystkim Ewelina. Kocham cię, ale nie pozwolę ci niszczyć mojego małżeństwa. Dobranoc.

Rozłączył się. Stałam w ciemnym korytarzu, a po policzkach płynęły mi łzy ulgi. Paweł odwrócił się i mnie zobaczył.

– Słyszałaś? – zapytał cicho.

– Słyszałam – szepnęłam.

Podeszłam do niego. Wyglądał na wyczerpanego, ale w jego oczach widziałam spokój.

Przepraszam, że nie powiedziałem tego przy stole – zaczął, biorąc mnie za ręce. – Byłem tchórzem. Zaskoczyła mnie. Ale kiedy zobaczyłem, jak płaczesz, i potem, jak leżałaś tak daleko ode mnie… Zrozumiałem, że mogę cię stracić. Zadzwoniła teraz, żeby się poskarżyć, że nie podziękowałaś za bigos. I coś we mnie pękło.

– Dziękuję – powiedziałam, wtulając się w niego. – Tylko o to mi chodziło. Żebyś był po mojej stronie.

Najdziwniejsze walentynki

Wróciliśmy do sypialni, ale sen odszedł. Leżeliśmy przytuleni, rozmawiając do świtu. Paweł opowiedział o swoim lęku przed odrzuceniem przez matkę, a ja o poczuciu bycia niewystarczającą. Ta jedna, koszmarna kolacja sprawiła, że otworzyliśmy się przed sobą bardziej niż przez ostatnie lata.

Jedzenie wystygło, nastrój prysł, a teściowa pewnie się obraziła. Jednak to, co odzyskaliśmy tej nocy, było warte więcej niż idealna kolacja. Rano zjedliśmy zimną polędwicę, a bigos Barbary wylądował w zamrażarce. Patrząc na Pawła, pomyślałam, że to był prawdziwy prezent walentynkowy – pewność, że nie będę stała na polu bitwy sama.

Tamtej nocy odzyskałam męża. A teściowa? Cóż, dostała lekcję, której długo nie zapomni. I choć zepsuła kolację, paradoksalnie uratowała nasze małżeństwo.

Ewelina, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama