„Teściowa zbeształa mojego syna, że w Wielkim Poście zjadł czekoladkę. Niech się potem nie dziwi, że dzieci się jej boją”
„Mój syn, który dzielił się kanapkami z kolegami w szkole i ratował dżdżownice z chodnika, leżał teraz w ciemności i martwił się, czy Bóg go kocha. Wszystko przez jedną kostkę czekolady i fanatyzm kobiety, która powinna go rozpieszczać”.

W domu mojej teściowej czas zawsze płynął inaczej. Wolniej, ciężej, jakby gęste powietrze przesycone zapachem starego drewna, pasty do podłogi i gotowanej kapusty stawiało opór każdemu ruchowi.
Była bogobojna
Od kiedy pamiętam, każda wizyta w tym domu wiązała się z koniecznością przestrzegania niepisanej, ale rygorystycznej etykiety. Dzieci miały być widoczne, ale niesłyszalne. Dorośli mieli potakiwać i chwalić obiady, nawet jeśli mięso było zbyt suche, a ziemniaki przesolone.
Mój mąż Witek w progu domu swojej matki zmieniał się nie do poznania. Z wesołego, wyluzowanego faceta, z którym wieczorami oglądałam komedie i żartowałam z szefostwa, stawał się spiętym chłopcem w ciele czterdziestolatka. Prostował plecy, ważył słowa i unikał mojego wzroku, jakby bał się, że jakakolwiek nić porozumienia między nami zostanie odebrana jako akt niesubordynacji wobec matki rodu.
Tego dnia atmosfera była jeszcze gęstsza niż zwykle. Wielki Post w domu teściowej był czasem wzmożonych restrykcji, kontroli i osądzania wszystkich dookoła. Już od progu usłyszeliśmy uwagi na temat naszego ubioru. Moja spódnica była rzekomo zbyt krótka, choć sięgała kolan, a buty Kubusia brudne, mimo że wytarł je o wycieraczkę z taką starannością, że aż mnie to rozczuliło.
Siedzieliśmy przy stole nakrytym śnieżnobiałym obrusem. Ciszę przerywało tylko brzękanie sztućców o porcelanę. Kubuś, mój siedmioletni syn, kręcił się na krześle. Widziałam, że się nudzi. W tym domu nie było zabawek, telewizor był zakryty serwetką, a rozmowy dorosłych dotyczyły głównie chorób sąsiadek i tego, kto w kościele nie uklęknął podczas podniesienia.
Miała swoje zasady
W pewnym momencie teściowa poszła do kuchni po kompot. Wykorzystując chwilę nieuwagi, Kubuś sięgnął do kieszeni swoich spodni. Wiedziałam, co tam ma. Rano, przed wyjściem, dałam mu małą czekoladkę. Umówiliśmy się, że zje ją po obiedzie, po cichu.
Kubuś odwinął sreberko. Uszom teściowej nie uszedł szelest papierka. Wróciła do pokoju w momencie, gdy Kubuś wkładał czekoladkę do buzi. Na jej twarzy nie zobaczyłam zaskoczenia. Zobaczyłam triumf inkwizytora, który właśnie przyłapał heretyka na gorącym uczynku. Odstawiła dzbanek z kompotem z takim impetem, że krople chlusnęły na idealnie biały obrus. Kubuś zamarł z czekoladą w ustach, a jego oczy rozszerzyły się ze strachu.
– Co ty masz w buzi? – zapytała.
– Czekoladkę… – wydukał mój syn, a po jego brodzie spłynęła strużka zabarwionej na brązowo śliny.
Teściowa podeszła do niego powoli.
– W Wielkim Poście? – oburzyła się. – W świętym czasie, kiedy Pan Jezus cierpiał za nasze grzechy, ty napychasz się słodyczami? Nie masz wstydu?
Wystraszyła go
Kubuś zaczął płakać. Próbował przełknąć to, co miał w ustach, ale strach ścisnął mu gardło.
– Babciu, ja tylko… – próbował się bronić.
– To jest brak szacunku dla Boga i dla tego domu. Twoi rodzice może ci pozwalają na takie bezbożne zachowanie, ale ja nie pozwolę, żeby pod moim dachem działy się takie rzeczy. Wypluj to.
Wstałam. Nogi miałam jak z waty. Podeszłam do syna, wyjęłam chusteczkę i wytarłam mu buzię. Przytuliłam go mocno do siebie.
– Wystarczy – powiedziałam. – To jest siedmioletnie dziecko, mamo. On nie rozumie teologicznych zawiłości postu w taki sposób, jak ty. Zjadł kawałek czekolady, nie popełnił zbrodni.
– To ty go tak wychowujesz – wycedziła z pogardą. – Na bezbożnika. Bez zasad, bez wyrzeczeń. Jak on ma wyrosnąć na porządnego człowieka, skoro nie potrafi sobie odmówić przyjemności nawet w obliczu Boga?
– Wiara to dla mnie miłość i wybaczenie, a nie tresura i straszenie piekłem – odpowiedziałam. – I nie życzę sobie, żebyś krzyczała na mojego syna.
– W moim domu będę robić, co zechcę – odparła hardo.
– W takim razie to będzie twoja ostatnia okazja do takich popisów – powiedziałam, biorąc torebkę. – wychodzimy.
Wypomniałam mu to
Mój mąż podniósł wzrok. Był przerażony, rozdarty między posłuszeństwem wobec matki, które wpajano mu przez czterdzieści lat, a lojalnością wobec żony i cierpiącego syna.
– Aneta, może usiądźmy… Mama nie chciała źle, po prostu… – zaczął niepewnie.
– Powiedziałam: wychodzimy – powtórzyłam twardo, biorąc Kubusia za rękę.
Wyszliśmy, nie żegnając się. Słyszałam jeszcze za plecami głos teściowej:
– Uciekajcie! Jak zawsze, gdy robi się trudno! Ale przed sądem ostatecznym nie uciekniecie!
Droga powrotna do domu przebiegała w grobowej ciszy. Patrzyłam na syna w lusterku wstecznym i czułam, jak wzbiera we mnie żal. Nie do teściowej – ona była, jaka była, starego drzewa się nie przesadza. Czułam żal do męża.
– Dlaczego nic nie powiedziałeś? – zapytałam.
– Wiesz, jaka ona jest – odpowiedział wymijająco. – Dla niej religia to wszystko. Po co dolewać oliwy do ognia?
– Po co? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Ona upokorzyła twoje dziecko. Kazała mu wypluć jedzenie. Nastraszyła go. Czy ty naprawdę nie widzisz, co się dzieje?
Bał się matki
– Przesadzasz – mruknął, choć w jego głosie nie było przekonania. – Ona też nas tak wychowywała. Jak zjadłem cukierka w adwencie, to musiałem klęczeć na grochu. I jakoś wyrosłem na ludzi. Chce dobrze, tylko ma stare metody.
Spojrzałam na niego i nagle wszystko stało się jasne. Zrozumiałam, dlaczego Witek zawsze malał w obecności matki. On wciąż był tym małym chłopcem klęczącym na grochu, przerażonym, że zrobił coś złego. Jego bierność nie wynikała z obojętności, ale z głęboko zakorzenionego lęku, którego nigdy nie przepracował. Teściowa nie była tylko surową babcią. Była architektem jego traumy, którą teraz próbowała przenieść na kolejne pokolenie.
– To, że ty byłeś tak traktowany, nie znaczy, że nasz syn też musi – powiedziałam stanowczo. – Nie pozwolę na to. Kubuś boi się własnej babci. Czy tego chcesz, żeby wnuczek omijał jej dom szerokim łukiem?
Witek milczał przez resztę drogi, ale widziałam, że bije się z myślami. To nie była łatwa walka. Walczył z cieniem matki, który padał na całe jego życie.
Byłam na nią wściekła
Wieczorem, kiedy kładłam Kubusia do łóżka, myślałam, że najgorsze już za nami. Czytaliśmy bajkę, przytulałam go, tłumaczyłam, że babcia miała gorszy dzień. Ale kiedy zgasiłam światło, usłyszałam cichy szept:
– Mamo?
– Tak, kochanie?
– Czy Bozia jest na mnie zła za tę czekoladę?
To pytanie uderzyło mnie mocniej niż jakakolwiek obelga teściowej. Mój niewinny, dobry syn, który dzielił się kanapkami z kolegami w szkole i ratował dżdżownice z chodnika po deszczu, leżał teraz w ciemności i martwił się, czy Bóg go kocha. Wszystko przez jedną kostkę czekolady i fanatyzm kobiety, która powinna go rozpieszczać. Usiadłam na brzegu łóżka i wzięłam go za rękę.
– Posłuchaj mnie uważnie, Bóg cię kocha. Czekolada nie ma tu nic do rzeczy. Bóg stworzył czekoladę, żeby sprawiała nam radość. Babcia czasami myli swoje zasady z tym, co jest naprawdę ważne. Ale ty nie zrobiłeś nic złego. Rozumiesz?
– Naprawdę? – w jego głosie była nadzieja.
– Przysięgam. A teraz śpij. Jesteś bezpieczny.
Kiedy zasnął, poszłam do salonu. Witek siedział na kanapie z głową w dłoniach. Opowiedziałam mu o pytaniu Kubusia. Widziałam, jak w jego oczach pojawiają się łzy. To był moment, w którym zrozumiał, że stare metody jego matki to nie wychowanie, to krzywda.
Postawił się
– Nie mogę pozwolić, żeby on czuł się tak jak ja wtedy – powiedział cicho. – Pamiętam ten strach. Bałem się zasnąć, bo myślałem, że pójdę do piekła za ukradzione ciastko.
– Musisz coś z tym zrobić – powiedziałam łagodnie. – Musisz stanąć po naszej stronie. Nie tylko w myślach, ale naprawdę.
Zbliżała się Wielkanoc. Zgodnie z tradycją, śniadanie wielkanocne zawsze odbywało się u teściowej. To był punkt obowiązkowy w kalendarzu, nienaruszalny jak konstytucja. Ale tym razem sytuacja była inna. Przez cały czas po incydencie z czekoladą teściowa nie zadzwoniła. Czekała, aż przyjdziemy z przeprosinami, ukorzymy się i przyznamy jej rację. Taki był schemat od lat. W Wielki Czwartek zadzwonił telefon. Odebrał Witek. Włączył tryb głośnomówiący, żebym słyszała.
– O której będziecie w niedzielę? – zapytała teściowa bez żadnego „dzień dobry”.
Mój mąż wziął głęboki oddech i spojrzał na mnie.
– Mamo, nie przyjedziemy w tym roku na śniadanie.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.
– Co ty wygadujesz? – zapytała w końcu. – To jakaś kpina? Wielkanoc jest u mnie. Zawsze była.
– Nie tym razem – kontynuował Witek. – Kubuś boi się do ciebie przyjechać. Pół nocy płakał, pytając, czy Bóg go nienawidzi. Nie narażę go na kolejny stres przy świątecznym stole.
Obraziła się
– To wina twojej żony! Nastawiła go przeciwko mnie! Wymyśla bzdury! – krzyknęła teściowa.
– Nie, mamo, to nie wina Anety. To wina tego, jak go potraktowałaś. To było okrutne. Pamiętam, jak robiłaś to samo mi. I nie pozwolę, żebyś robiła to mojemu synowi.
– Jesteś niewdzięczny! Tyle dla was robię! Chcę was zbawić, a wy…
– Zbawienie nie polega na strachu. Spędzimy święta w domu sami. Jeśli będziesz chciała porozmawiać normalnie, bez krzyków i kazań, zadzwoń po świętach. Ale oczekujemy przeprosin dla Kuby.
– Przeprosin?! Ja mam przepraszać dziecko?! – prychnęła z pogardą.
– Tak. Do widzenia.
Rozłączył się. Ręce mu się trzęsły, ale na twarzy malowała się ulga. Po raz pierwszy w życiu postawił granicę. Po raz pierwszy wybrał rodzinę, którą stworzył, a nie tę, z której wyszedł.
Niedziela Wielkanocna była inna niż wszystkie. Nie było pośpiechu, nie było stresu, że spóźnimy się minutę i usłyszymy kazanie. Nie było sztywnych ubrań, w których nie można oddychać. Wstaliśmy leniwie, zrobiliśmy śniadanie. Na stole, obok jajek i białej kiełbasy, postawiłam duży koszyk ze słodyczami, w tym czekoladowego zająca. Kubuś podszedł do stołu niepewnie.
Zostaliśmy sami
– Mamo, czy mogę…? – zapytał, wskazując na czekoladę.
– Dzisiaj jest święto radości, synku. Możesz zjeść, co chcesz – uśmiechnął się Witek, biorąc go na kolana. – I wiesz co? Babcia też kiedyś zrozumie, że radość jest ważniejsza niż zakazy. A jeśli nie zrozumie, to jej strata. My będziemy świętować po swojemu.
Spędziliśmy ten dzień na graniu w planszówki, spacerach i jedzeniu mazurka. Bez oceniania, bez krytyki, bez strachu. Czułam, że w naszym domu w końcu zapanował prawdziwy duch świąt – duch miłości i akceptacji.
Teściowa spędziła święta sama. Czy to smutne? Może, ale była to konsekwencja jej wyborów. Nie można budować relacji na lęku i oczekiwać, że ludzie będą chcieli w niej trwać. Dowiedziałam się później od szwagierki, że teściowa opowiadała całej rodzinie, jak to „wyrodna synowa” zabroniła synowi przyjechać do matki. Nie ruszyło mnie to. Wiedziałam, jaka jest prawda.
Najważniejsze było to, że mój syn przestał pytać, czy Bóg jest na niego zły. A mój mąż w końcu stał się ojcem, na jakiego Kubuś zasługiwał. Czekolada w Wielkim Poście okazała się gorzka w smaku dla relacji z teściową, ale słodka dla naszej małej rodziny. Uwolniła nas od przymusu bycia nieszczęśliwymi dla zachowania pozorów. I za to, paradoksalnie, powinnam być teściowej wdzięczna.
Aneta, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Oddałem synowi dostęp do mojego konta, bo mu ufałem. Teraz dostaję od niego kieszonkowe z własnej emerytury”
- „Każdy facet jest taki sam. Wolę obchodzić Dzień Singla, niż dawać się nabrać na walentynkowe bajery”
- „Myślałam, że mąż był w delegacji. Paragon z 14 lutego pokazał mi, co naprawdę robił w walentynki”

