Reklama

Zawsze uważałam, że w każdej rodzinie role są przydzielone raz na zawsze. Ktoś jest tą rozsądną, ktoś milczącym obserwatorem, a ktoś inny głośno domaga się uwagi, jakby świat był sceną zarezerwowaną wyłącznie dla niego. W mojej rodzinie ten podział działał bez zarzutu przez długie lata i nikt nie miał odwagi go podważać. Ja też nie. Przynajmniej do czasu.

Miałam swoje życie, swoje rytuały i święty spokój, który ceniłam bardziej niż niejedną relację opartą na obowiązku. Kuchnia była moją twierdzą, a codzienność przewidywalna aż do bólu, co wcale mi nie przeszkadzało. Lubiłam wiedzieć, co mnie czeka następnego dnia i kto nie przekroczy pewnych granic. Nie spodziewałam się, że właśnie w tej uporządkowanej przestrzeni ktoś postanowi urządzić sobie emocjonalny azyl.

Czasami los ma osobliwe poczucie humoru. Wystarczy jedno nieplanowane spotkanie, jedno spojrzenie pełne pretensji i nagle role zaczynają się mieszać. A ja, choć zawsze stałam z boku, zostałam wciągnięta w cudze dramaty, których wcale nie zamawiałam.

Spojrzała na mnie z wyrzutem

Pierwszy raz pojawiła się w mojej kuchni w poniedziałek, zaraz po ósmej rano. Stałam przy zlewie, jeszcze w szlafroku, z kawą, która zdążyła wystygnąć, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam ją z walizką, w idealnie ułożonych włosach i z miną, jakby właśnie schodziła z okładki magazynu o sukcesie.

— Dzień dobry — powiedziała, rozglądając się po mieszkaniu bez zaproszenia. — Mam nadzieję, że masz wolny pokój.

Zanim zdążyłam zapytać, po co jej wolny pokój, już zdejmowała płaszcz i stawiała walizkę przy ścianie.

— Co ty tu robisz? — zapytałam w końcu, opierając się o futrynę.

— A jak myślisz? — westchnęła teatralnie. — Świat mi się zawalił.

Usiadła przy stole, jakby to było jej miejsce od lat. Przesunęła palcem po blacie, sprawdzając czystość.

— Kawy nie zaproponujesz? — rzuciła, unosząc brwi.

Postawiłam przed nią kubek, chociaż niczego jeszcze nie wyjaśniła.

— Możesz mówić konkretniej? — zapytałam. — Nie wszyscy lubią zagadki o poranku.

— On odszedł — powiedziała w końcu. — Po tylu latach. Wyobrażasz to sobie?

— Trudno mi sobie wyobrażać, skoro nie wiem, o kim mówisz — odpowiedziałam spokojnie.

Spojrzała na mnie z wyrzutem.

— Mój mąż. Ten, który bez mnie nie potrafił dobrać krawata.

Parsknęłam krótkim śmiechem, którego nie planowałam.

— I dlatego jesteś u mnie? — zapytałam. — Bo nie umiał dobrać krawata?

— Nie bądź złośliwa — syknęła. — Potrzebuję wsparcia. Rodziny.

Rodzina to pojęcie względne — odpowiedziałam, nalewając sobie świeżej kawy.

Patrzyła na mnie długo, po czym westchnęła ciężko.

— Zostanę tu kilka dni. Muszę dojść do siebie.

Nie zapytała. Oznajmiła. A ja już wtedy wiedziałam, że te „kilka dni” szybko zamieni się w coś znacznie dłuższego.

Zmroziła mnie spojrzeniem

Drugiego dnia obudził mnie zapach przypalonego tostu i dźwięk szafek trzaskających jak na pokaz. Weszłam do kuchni i zobaczyłam ją w mojej sukience, tej „po domu”, z włosami spiętymi w nonszalancki kok.

— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko — powiedziała, nawet na mnie nie patrząc. — Twoja kuchnia jest bardzo… ascetyczna.

— Lubię wiedzieć, gdzie co leży — odpowiedziałam, zerkając na blat zawalony okruchami. — Widzę, że ty też już wiesz.

— Trudno nie zauważyć — prychnęła. — Wszystko takie… skromne.

Usiadłam przy stole i obserwowałam, jak kroi chleb, jakby robiła mi przysługę.

— Długo planujesz tu zostać? — zapytałam bez owijania w bawełnę.

Zatrzymała się w pół ruchu.

Myślałam, że to oczywiste. Do czasu, aż stanę na nogi.

— Czyli kiedy? — dopytałam.

— Nie naciskaj — rzuciła ostro. — Teraz nie jest dobry moment na takie rozmowy.

— A na bałagan w mojej kuchni jest dobry? — Wskazałam głową na zlew.

Odwróciła się do mnie, wyraźnie urażona.

— Naprawdę nie możesz być choć trochę wyrozumiała? Straciłam wszystko.

— Wszystko? — Uniosłam brew. — Z tego, co wiem, masz dom, konto i zdrowe ego.

— Ty zawsze musisz tak mówić? — westchnęła. — Zero empatii.

— Empatia nie oznacza rezygnacji z własnych granic — odpowiedziałam spokojnie.

Usiadła naprzeciwko mnie, wbijając wzrok w tost.

— On odszedł z ekspedientką — powiedziała cicho. — Wyobrażasz to sobie?

— Wyobrażam — przyznałam. — I zastanawiam się, czy teraz ona będzie parzyć mu kawę tak jak ty.

Zmroziła mnie spojrzeniem.

— Nie jesteś zabawna.

— Nie próbuję być. — Wzruszyłam ramionami. — Próbuję zrozumieć, czemu to mój problem.

Milczała dłuższą chwilę, po czym wyszeptała:

— Bo nie mam dokąd pójść.

I wtedy po raz pierwszy poczułam, że to dopiero początek tej historii.

Zapadła cisza

Trzeciego dnia zastałam ją siedzącą przy stole z moim laptopem. Miała na nosie okulary do czytania, których nigdy wcześniej u niej nie widziałam, i minę osoby zajętej sprawami wagi państwowej.

— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko — rzuciła. — Musiałam sprawdzić kilka rzeczy.

— Kilka rzeczy zazwyczaj nie wymaga mojego hasła — odpowiedziałam, stawiając torbę na krześle.

Zatrzasnęła klapę komputera.

— Przesadzasz. Rodzina nie powinna się tak pilnować.

— Rodzina też nie powinna grzebać w cudzych plikach. — Uśmiechnęłam się chłodno.

Westchnęła i rozłożyła ręce.

— Szukałam mieszkań na wynajem. Tak na wszelki wypadek.

— Jak przez te trzy dni zdążyłaś przejść od „nie mam dokąd pójść” do „przeglądam oferty”? — zapytałam.

— Bo ja nie jestem typem kobiety, która długo siedzi i płacze. — Uniosła brodę. — Muszę działać.

— W mojej kuchni działasz aż nadto — mruknęłam.

Spojrzała na mnie ostro.

— Wiesz, że on nawet się nie tłumaczył? — powiedziała nagle. — Powiedział tylko, że chce być szczęśliwy.

— To bardzo modne zdanie — odparłam. — Krótkie i wygodne.

— A ona? — ciągnęła dalej. — Dwudziestoparoletnia, z tipsami i uśmiechem numer trzy. Myślisz, że on naprawdę z nią zostanie?

— Myślę, że to nie moja sprawa. — Wzruszyłam ramionami. — Ani twoja, jeśli chcesz iść dalej.

Parsknęła.

— Łatwo ci mówić. Ty zawsze byłaś tą rozsądną.

— A ty zawsze tą, która lubiła patrzeć z góry. — Spojrzałam jej prosto w oczy.

Zapadła cisza. Pierwsza od tych kilku dni.

— Nie przyszłam tu, żebyś mnie oceniałа — powiedziała ciszej.

— A ja nie zapraszałam cię, żebyś tu mieszkała — odpowiedziałam spokojnie.

Wstała gwałtownie.

— Czyli co? Wyrzucasz mnie?

— Jeszcze nie — odparłam. — Ale zaczynam się zastanawiać, kto tu naprawdę leczy złamane serce, a kto po prostu nie chce zejść z tronu.

Oparła łokcie o stół

Czwartego dnia przestałam udawać, że to sytuacja przejściowa. Ona rozpakowała walizkę, jakby meldowała się na dłużej, a ja zaczęłam liczyć w myślach, ile jeszcze wytrzymam bez wybuchu. Siedziała przy stole, obierając jabłko, i wyglądała zadziwiająco spokojnie jak na kobietę z rzekomo złamanym sercem.

— Dzwonił — oznajmiła nagle, jakby mówiła o prognozie pogody.

— Kto? — zapytałam, choć domyślałam się odpowiedzi.

— No kto. — Przewróciła oczami. — On.

— I? — Usiadłam naprzeciwko niej.

Pytał, jak się czuję — westchnęła. — Wyobrażasz to sobie? Jakby naprawdę go to obchodziło.

— Wyobrażam sobie, że chciał sprawdzić, czy nie wyrzuciłaś mu ubrań przez balkon — odparłam.

— Jesteś okropna — prychnęła. — Powiedziałam mu, że mieszkam u ciebie.

I jak zareagował? — zapytałam.

— Cisza. A potem tylko: „Dobrze, że masz rodzinę”.

Zaśmiałam się krótko.

— To brzmi jak eleganckie pozbycie się problemu.

— Ty nic nie rozumiesz — obruszyła się. — My mieliśmy życie. Standard. Pozycję.

— Standard właśnie zmienił adres — odpowiedziałam.

Wbiła we mnie spojrzenie.

— Zawsze mi zazdrościłaś.

— Tego, że lubiłaś mówić o sobie w trzeciej osobie? — Uniosłam brew. — Faktycznie.

— Byłam kimś — powiedziała z naciskiem.

— Nadal jesteś. — Wzruszyłam ramionami. — Tylko bez widowni.

Oparła łokcie o stół.

— Wiesz, że ona pracuje na kasie? — syknęła. — Na kasie!

— Każdy gdzieś pracuje — odpowiedziałam. — Ty teraz też. Nad sobą. Przynajmniej w teorii.

Zamilkła na chwilę, po czym powiedziała ciszej:

Nie mogę wrócić do domu. Wszystko tam jest jego.

— A moja kuchnia jest twoja? — zapytałam spokojnie.

Spojrzała na mnie uważnie.

— Przecież mnie nie zostawisz.

Nie odpowiedziałam od razu. Pierwszy raz to zdanie zabrzmiało jak pytanie, a nie rozkaz.

Po raz pierwszy się nie obraziła

Piątego dnia rano zastałam ją siedzącą na podłodze w kuchni. Plecami opierała się o szafkę, a wokół leżały porozrzucane dokumenty i stare zdjęcia. Wyglądała mniej królewsko, bardziej ludzko, co było dla mnie nowością.

Co ty robisz? — zapytałam, nalewając wodę do czajnika.

— Segreguję życie — odpowiedziała bez podnoszenia wzroku. — Wersja po katastrofie.

— Widzę, że katastrofa ma segregatory — skomentowałam.

Uniosła głowę i uśmiechnęła się krzywo.

— Śmiej się. Przynajmniej ty masz jeszcze porządek.

— Porządek to kwestia wyboru. — Usiadłam na krześle. — Czasem też rezygnacji.

— On napisał, że wpadnie po resztę rzeczy — powiedziała nagle. — Dzisiaj.

— Odważny — zauważyłam. — Zwłaszcza jeśli myśli, że zostanie tu na herbatę.

— Nie chcę go widzieć. — Głos jej zadrżał. — Nie tutaj. Nie przy tobie.

— To mój dom — przypomniałam spokojnie. — Nie scena do zamykania aktów.

Westchnęła i zebrała zdjęcia do jednej teczki.

— Myślałam, że jak tu przyjadę, to się rozsypię — przyznała. — A ja tylko… siedzę.

— Bo upadek z piedestału boli mniej, kiedy nikt nie bije braw — odpowiedziałam.

Popatrzyła na mnie długo.

— Ty zawsze mnie tak widziałaś?

— Widziałam cię dokładnie taką, jaka byłaś. — Wzruszyłam ramionami. — Reszta to dekoracje.

Wstała powoli.

— Wiesz, że on naprawdę myślał, że sobie poradzę? — zapytała. — Że jestem silna.

— Silna byłaś w mówieniu innym, jak mają żyć — odparłam. — Teraz masz okazję sprawdzić siebie.

Zamilkła, po czym skinęła głową.

— Poszukam mieszkania. Naprawdę — powiedziała cicho. — Już nie „na wszelki wypadek”.

— To dobrze — odpowiedziałam. — Moja kuchnia nie jest oddziałem rekonwalescencji.

Po raz pierwszy się nie obraziła.

Malwina, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama