Reklama

Nie potrafiłam wskazać jednego momentu, w którym zaczęłam czuć, że w rodzinie męża jestem tylko dodatkiem. To raczej zbiór drobiazgów: spojrzeń, niedopowiedzeń, żartów, które miały być niewinne. Starałam się nie wyolbrzymiać, tłumaczyć innych i siebie. Tłusty czwartek zapowiadał się zwyczajnie. Bez telefonu, bez zaproszenia. Uznałam, że to nic nie znaczy. Jeszcze wtedy.

Po co się nakręcać

Paweł wspomniał o tym mimochodem, jakby mówił o pogodzie.

– Chyba mama coś szykuje na tłusty czwartek – rzucił, stojąc w drzwiach kuchni z nosem w ekranie.

Podniosłam wzrok znad blatu. Kroiłam warzywa na kolację.

– Coś szykuje? – powtórzyłam. – To znaczy co?

Wzruszył ramionami.

– No… jakieś rodzinne spotkanie przy kawie, pączkach i faworkach. Wujek wspomniał mi właśnie, jak wychodziłem ze sklepu. Ciotka Halina też ma być. Wojtek z Karoliną też się podobno wybierają.

– A dzwoniła już do ciebie w tej sprawie? – zapytałam spokojnie, choć poczułam lekkie ukłucie pod żebrami.

– Jeszcze nie, pewnie miała dużo na głowie. A swoją drogą przecież ty i tak nie przepadasz za takimi rodzinnymi spotkaniami.

– Ale mimo wszystko, byłoby miło, gdyby jednak nas zaprosiła.

– Pewnie jakiś spontaniczny pomysł.

Spontaniczny. Kolejne słowo, które miało wszystko wyjaśniać. Skinęłam głową, bo tak było łatwiej. Wróciłam do krojenia warzyw. Pomyślałam, że może rzeczywiście przesadzam. Że dorabiam znaczenia do zwykłego dnia. Przecież nikt nie powiedział wprost, że mnie nie chcą. A jednak przypomniałam sobie wszystkie sytuacje, w których mnie pomijano. Zawsze znajdowało się jakieś logiczne wytłumaczenie. Mijała godzina za godzinę, a teściowa nie dzwoniła, ani do mnie, ani do męża.

– Nie szkodzi – powiedziałam w końcu – I tak miałam jutro swoje sprawy.

Paweł uśmiechnął się z ulgą, jakby problem właśnie zniknął.

– No widzisz – rzucił. – Po co się nakręcać.

Tylko że ja już wtedy czułam, że to nie było nakręcanie. To było coś innego. Ciche pytanie, które coraz głośniej domagało się odpowiedzi: dlaczego tak łatwo przyszło im uznać, że mnie tam nie będzie.

Nie próbowałam sobie wmówić, że to przypadek

Następnego dnia przeglądałam z nudów media społecznościowe, czekając aż zagotuje się woda na herbatę. Kciuk przesuwał się mechanicznie, aż nagle zatrzymałam się. Profil teściowej. Nowe zdjęcie. Na początku zobaczyłam tylko stół. Zastawiony, jasny, pełen pączków ułożonych w równych rzędach. Potem twarze. Irena siedziała na środku, wyprostowana, z tym uśmiechem, który zawsze pojawiał się, gdy wszystko było dokładnie tak, jak chciała.

Obok niej Wojtek. Po drugiej stronie Karolina, lekko pochylona, jakby idealnie wpasowana w kadr. Gdzieś z tyłu wujek z ciotką Haliną, trzymającą kubek w dłoni. I... omal nie spadłam z krzesła... Paweł, mój mąż. Przeczytałam podpis pod zdjęciem. „Cała rodzina w komplecie”. Nie dowierzałam. Jeszcze raz przeczytałam te słowa, jakby mogły znaczyć coś innego. Może skrót myślowy. Może przesada. Może po prostu niefortunne sformułowanie. Ale zdjęcie nie kłamało.

Pomyślałam o tym, co mówił wczoraj Paweł. Że brak zaproszenia to nic wielkiego. Ekran zrobił się rozmazany. Odłożyłam telefon na blat, Woda w czajniku zaczęła gwizdać, zbyt głośno, zbyt natarczywie. Wyłączyłam ją, nie nalewając herbaty. Nie chodziło już o pączki ani o jeden dzień. Chodziło o to, że ktoś właśnie nazwał „całą rodziną” zestaw ludzi, w którym mnie nie było. Publicznie. Bez wahania. Usiadłam przy stole i przez chwilę patrzyłam na puste krzesło naprzeciwko. Pierwszy raz nie próbowałam sobie wmówić, że to przypadek.

To tylko zdjęcie

Paweł wrócił do domu później niż zwykle. Usłyszałam klucz w zamku i poczułam, jak coś we mnie się napina, choć siedziałam spokojnie na kanapie. Telefon leżał obok mnie, ekran wygaszony, ale wciąż miałam przed oczami tamto zdjęcie.

– Hej – rzucił, zdejmując kurtkę. – Co słychać?

– Gdzie byłeś?

– A wiesz, mama zadzwoniła do mnie, jak akurat wracałem z pracy, żeby wpaść do niej po drodze na pączki. Jeszcze ciepłe. Wiesz, głupio mi było odmówić. Już ci nie chciałem zawracać głowy.

Nie odpowiedziałam od razu. Wzięłam telefon do ręki i podałam mu bez słowa. Spojrzał na ekran, zmrużył oczy.

– O co chodzi?

– O to – powiedziałam cicho. – Zobacz podpis.

Przeczytał. Przez ułamek sekundy zobaczyłam w jego twarzy coś na kształt zakłopotania.

– No i? Wiesz jaka jest mama, najpierw coś zrobi, a potem pomyśli.

– Myśli na tyle, żeby wrzucić zdjęcie – odpowiedziałam. – I napisać, że to cała rodzina.

Oddał mi telefon i usiadł ciężko na fotelu.

– Edyta, serio będziemy robić z tego problem? To tylko zdjęcie.

– Nie. To nie jest tylko zdjęcie – poczułam, że głos zaczyna mi drżeć. – To jest dowód na to, że mnie tam nie było. I że nikogo to nie zdziwiło.

Paweł potarł twarz dłonią.

– Mama nie robi tego specjalnie. Ona już taka jest. Czasem nie pomyśli, czasem coś pominie. Wiesz, że nie warto się z nią kłócić.

– Nie mówię o kłótni – przerwałam mu. – Mówię o mnie. O tym, że mnie tam nie było. Że nikt nawet nie zapytał, czy przyjdę.

– Bo pewnie uznała, że i tak nie będziesz chciała – odpowiedział szybko. – Sama nieraz mówiłaś, że czujesz się u niej nieswojo.

– I to wystarczyło, żeby mnie skreślić? – zapytałam.

Zapadła cisza. Paweł wpatrywał się w podłogę, jakby odpowiedź mogła się tam pojawić sama.

– Nie rób z tego afery – powiedział w końcu. – Wiesz, jaka jest mama. Każdy konflikt ciągnie się miesiącami.

Zrozumiałam wtedy coś bardzo prostego i bardzo bolesnego. Dla niego problemem nie było to, że mnie zabrakło. Problemem było to, że ja o tym mówię.

– Czyli łatwiej było pominąć mnie niż ją urazić – powiedziałam spokojniej, niż się czułam.

Nie zaprzeczył. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak obcy ludzie, którzy nagle odkryli, że mówią różnymi językami. I pierwszy raz pomyślałam, że w tej rodzinie nie tylko teściowa widziała mnie jako kogoś dodatkowego.

Ile razy można być uprzejmą

Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam nieruchomo, licząc pęknięcia w suficie i wracając myślami do sytuacji, które wcześniej spychałam na margines. Weekendowe wyjazdy beze mnie, niedzielne obiady w ostatniej chwili, na które zapominała mnie zaprosić.

– Nie pisałam, bo pewnie byłaś zapracowana – rzucała z uśmiechem za każdym razem.

Przypomniałam sobie wszystkie rozmowy, w których ignorowano moje słowa. Kiedy próbowałam się włączyć, zapadała cisza albo temat nagle się zmieniał. Paweł zawsze mówił potem, że to przypadek. Były też te „dobre rady”. O pracy, o domu, o tym, jak powinnam organizować czas. Zawsze podane łagodnym tonem, w obecności innych, żebym nie mogła zareagować zbyt ostro. Jeśli milczałam, uznawano to za zgodę. Jeśli próbowałam coś powiedzieć, Paweł spoglądał na mnie, co było jak sygnał, żebym dała spokój.

Leżąc w ciemności, zrozumiałam, że tłusty czwartek nie był wyjątkiem. Był podsumowaniem. Jednym dniem, który zebrał wszystkie wcześniejsze drobiazgi w jedną, czytelną całość. Zadałam sobie pytanie, którego wcześniej unikałam: ile razy można być uprzejmą, zanim stanie się to rezygnacją z siebie. I czy miłość naprawdę polega na tym, żeby wciąż ustępować, byle nie było napięć. Po raz pierwszy nie szukałam już winy w sobie. I to było jednocześnie ulga i coś bardzo niepokojącego.

Nie wiedziałam jeszcze, co dalej

Zadzwoniłam do Ireny następnego dnia po południu. Długo patrzyłam na ekran, zanim nacisnęłam zieloną słuchawkę. Gdy odebrała, jej głos był pogodny, jakby nic się nie wydarzyło.

– Edytko, coś się stało?

– Widziałam zdjęcie z tłustego czwartku – powiedziałam wprost. – To z podpisem „cała rodzina w komplecie”.

Zapadła krótka pauza, dokładnie taka, w której waży się słowa.

– Ach, to… to tylko zdjęcie – odparła lekko. – A poza tym myślałam, że i tak nie przyjdziesz.

– Dlaczego? – zapytałam.

– No… zawsze mówiłaś, że nie lubisz takich spotkań. Nie chciałam robić zamieszania ani stawiać cię w niezręcznej sytuacji.

Zamieszania. To słowo wróciło jak echo.

– Irena, nikt mnie nie zapytał – powiedziałam spokojnie – wystarczyłby jeden telefon lub sms.

– Nie przesadzaj – westchnęła.

Wtedy zrozumiałam. Nie było tu nieporozumienia ani przypadku. Była decyzja, ubrana w troskę, wygodna dla wszystkich oprócz mnie.

– Dobrze – odpowiedziałam po chwili. – Chciałam to tylko wyjaśnić.

Rozłączyłam się, zanim zdążyła powiedzieć coś jeszcze. Siedziałam w ciszy i czułam, że coś się we mnie zamyka. Nie z gniewu. Z jasności. Nie wiedziałam jeszcze, co dalej z moim małżeństwem ani jak ustawić granice z rodziną Pawła. Wiedziałam jedno: nie każdą relację da się naprawić staraniem jednej osoby. A zdjęcie podpisane „cała rodzina razem” powiedziało mi prawdę, której nikt wcześniej nie miał odwagi wypowiedzieć na głos.

Edyta, 31 lat


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama