Reklama

Nigdy nie przypuszczałam, że coś takiego może mnie spotkać. Kiedy teściowa zaproponowała, że zabierze nasze dzieci na ferie w góry, przyjęłam to z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony cieszyłam się, że dzieci będą miały atrakcje i czas spędzony z babcią, z drugiej znałam jej charakter i wiedziałam, że nigdy niczego nie robi bezinteresownie. Mąż przekonywał mnie, że przesadzam, więc zgodziłam się. Myślałam, że może tym razem się mylę. Niestety, kiedy dzieci wróciły, okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła. Teściowa wystawiła nam rachunek. I to niemały.

Zaproszenie, którego nie chciałam

– Zastanówcie się, czy nie chcielibyście trochę odpocząć – rzuciła teściowa przy niedzielnym obiedzie, mieszając w zupie z wyższością, jakby już i tak znała odpowiedź. – Ja mogłabym zabrać dzieci na ferie. W końcu coś im się od życia należy, prawda?

Mąż spojrzał na mnie z entuzjazmem, który mnie tylko zirytował.

– To byłoby super, mamo. Dzieciaki się ucieszą.

Zacisnęłam usta. Nie chciałam, żeby jechały z nią same. Była kapryśna, oschła, miała swoje dziwne zasady. Potrafiła rozpieszczać, ale tylko wtedy, kiedy jej pasowało. A kiedy nie pasowało – potrafiła być chłodna jak lód.

– A gdzie byście pojechali? – zapytałam z wymuszoną uprzejmością.

– W góry. Mam zarezerwowany domek. Trochę śniegu, kuligi, narty. Dzieci będą zachwycone.

Dzieci rzeczywiście były zachwycone. Podskakiwały z radości i już zaczęły się pakować w głowie. A ja? Miałam przeczucie, że coś tu śmierdzi. Nie ufałam jej, choć starałam się nie robić scen.

– Jeśli tylko chcesz – powiedziałam do męża później, gdy byliśmy sami – to zgódźmy się. Ale pamiętaj, że to twój pomysł.

– Oj, przestań. Będzie dobrze – odpowiedział z uśmiechem. Naiwniak.

Poczucie ulgi i ciszy

Kiedy odjechali, zapanowała w domu cisza, której nie słyszałam od lat. Żadnych kłótni o pilot, żadnych wrzasków, że ktoś komuś zabrał grę, zero rozlanej czekolady na podłodze. W pierwszej chwili poczułam pustkę. A potem ulgę.

Mamy cały tydzień tylko dla siebie – mruknął mąż, przytulając mnie w kuchni. – Może pojedziemy gdzieś na weekend?

– A może po prostu posiedzimy w ciszy i obejrzymy coś bez przerw na siku, kanapki i pytania o sens życia? – zażartowałam.

Było dobrze. Zbyt dobrze. Codziennie dzwoniliśmy do dzieci, widząc ich roześmiane buzie w kamerce. Teściowa wydawała się spokojna, wręcz zadowolona, co wydało mi się podejrzane. Kiedy mówiła: „Jest cudownie, naprawdę”, jej ton był aż nadto entuzjastyczny.

– Widzisz, mówiłem, że będzie super – przypomniał mąż, kiedy zamknął laptopa po jednej z rozmów.

Jeszcze się nie ciesz – rzuciłam z półuśmiechem.

Nie chciałam psuć nastroju, ale miałam wrażenie, że coś się kroi. Czułam to w żołądku, tak jak czuje się nadchodzącą burzę. I choć wmawiałam sobie, że może się mylę, że może pierwszy raz postanowiła po prostu zrobić coś z dobroci serca, to jednak nie potrafiłam się zrelaksować do końca.

Zaskakująca wiadomość

Dzieci wróciły w niedzielę wieczorem, uśmiechnięte, pełne opowieści o śnieżnych bitwach, nartach i kiełbasach z ogniska. Teściowa podprowadziła je pod drzwi, a potem weszła za nimi jak do siebie, z uśmiechem, który zwiastował jedno – że zaraz wydarzy się coś dziwnego.

– No to jesteśmy – powiedziała, zdejmując płaszcz i rozglądając się, jakby szukała miejsca, gdzie usiąść i zrobić scenę.

Usiedliśmy w salonie, dzieci zajęte były prezentowaniem pamiątek. Wtedy wyjęła kopertę i położyła ją na stole.

– To tylko drobiazg – rzuciła niedbale. – Rachunek za ferie. Wiecie, żebym nie musiała się zastanawiać, ile wyszło.

Spojrzałam na nią, potem na męża, potem znowu na nią. Myślałam, że żartuje.

– Przepraszam? – wycedziłam przez zęby.

– No przecież mówiłam, że to nie dla mnie, tylko dla dzieci. Ja to zrobiłam z dobrej woli, ale nie znoszę czuć się stratna. To chyba uczciwe, prawda?

Mąż pobladł. Ja zamarłam. Kwota była znaczna – noclegi, wyżywienie, atrakcje, nawet... nowy kombinezon narciarski dla naszej córki.

– Ty to na serio? – zapytał mąż cicho.

– Jak najbardziej – odparła z chłodnym uśmiechem. – Przecież nie jestem filantropką.

Rozmowa, której nie zapomnę

Po jej wyjściu zapanowała cisza. Dzieci były już w swoich pokojach, a my siedzieliśmy przy stole jak po trzęsieniu ziemi. Mąż w końcu się odezwał:

– Co to miało być? Przecież nic nie mówiła, że chce za to pieniądze.

– Mówiłam ci, że ona nigdy nic nie robi bezinteresownie – odparłam spokojnie, chociaż wszystko się we mnie gotowało. – Teraz masz. Rachunek jak za kolonie z biura podróży.

– Przecież to jakaś paranoja. Myślisz, że ona tak serio?

– Chcesz zadzwonić i zapytać?

Nie zadzwonił. Ja to zrobiłam.

– Mamo – powiedziałam, gdy odebrała – czy ty naprawdę oczekujesz, że zapłacimy ci za to, że zabrałaś wnuki na ferie?

– Nie oczekuję. Ja tego żądam – odpowiedziała z lodowatym spokojem. – Wy nie macie pojęcia, ile to kosztowało nerwów. I pieniędzy. Ja swoje zrobiłam. Teraz wasza kolej.

– Wiesz co? Zapłacę ci. Każdą złotówkę. Ale pamiętaj jedno. To był ostatni raz.

– A nie mówiłaś tak już kiedyś?

Wybuchnęłam śmiechem. To był gorzki śmiech. Wiedziała, że mnie złapała. I że mnie to boli.

– Do zobaczenia na świętach – rzuciła na koniec i rozłączyła się.

Mój plan doskonały

Zapłaciłam. Przelałam całą kwotę, do ostatniego grosza, nawet nie komentując. Wiedziałam, że właśnie tego chciała – naszej reakcji. Pokazać, że ma nad nami kontrolę, że może sięgnąć po coś, co my uważamy za rodzinne i zrobić z tego interes. Nie mogłam jej tego darować. Nie dla pieniędzy. Dla zasady.

Tydzień później dzieci przyniosły z przedszkola informację o konkursie na najciekawszą historię z ferii. Postanowiłam pomóc im spisać wspomnienia. Napisały o kuligu, o kiełbaskach, ale i o tym, jak babcia mówiła, że nie wolno niczego ruszać, że nie mogą głośno się śmiać, że jak się przewrócą, to mają nie płakać, bo jej wstyd. Zgłosiłam tekst do konkursu razem z rysunkiem: babcia z zaciśniętymi ustami, dzieci w kącie domku.

Tydzień później dostałam telefon od wychowawczyni.

– Pani Marto, czy ta historia… czy to prawdziwe?

– Oczywiście – odpowiedziałam bez zawahania. – Dzieci opisały, jak było.

Temat rozszedł się błyskawicznie po całej szkole. I okolicy. Teściowa została bohaterką opowieści, której wcale nie chciała. Teściowa się o tym dowiedziała i zadzwoniła do mnie z pretensjami.

– No przecież dzieci mają prawo do własnych wspomnień – powiedziałam.

Zemsta podana na zimno

Od tamtej pory nasza relacja stała się chłodna. Jeszcze bardziej niż wcześniej. Teściowa ograniczyła kontakty do minimum, a jeśli już się spotykaliśmy – na urodzinach dzieci, przy okazji świąt – nie mówiła zbyt wiele. Patrzyła na mnie z wyrzutem, jakby to ja ją zdradziła.

Nie żałuję. Zapłaciłam jej to, co chciała. Finansowo byłam stratna, emocjonalnie zraniona, ale odzyskałam coś cenniejszego – szacunek do samej siebie. Przez lata pozwalałam jej wchodzić nam w życie, kontrolować nasze decyzje, dyktować, co powinniśmy robić jako rodzice. Tym razem powiedziałam: dość.

Nie planowałam tej „zemsty”. Ona przyszła naturalnie. Dzieci napisały, jak było, bez ozdobników i dramatyzowania. To wystarczyło, by teściowa poczuła, że nie wszystko da się kupić. Że jej rachunek może i został opłacony, ale koszt emocjonalny tej całej sytuacji był znacznie wyższy niż sądziła.

Od tamtej pory nie zaoferowała już żadnej pomocy. I dobrze. Lepiej samemu mierzyć się z codziennością niż oddawać dzieci komuś, kto widzi w nich wyłącznie obowiązek i środek do kontroli. Teraz ferie organizujemy sami. Skromniej, ale z sercem. A teściowej? Nie życzę źle. Po prostu nie życzę sobie jej obecności w naszym życiu.

Marta, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama