„Teściowa wiedziała lepiej, jak powinnam remontować dom. Nie mogłam nawet zdecydować o kafelkach we własnej kuchni”
„Wróciłam dwa dni później, wykończona, ale ciekawość zwyciężyła. Pojechałam prosto na budowę. Weszłam do środka, zapaliłam roboczą lampę i zamarłam. Torba z laptopem wysunęła mi się z ręki. Ściana nad blatem była wykafelkowana. Ale nie moją butelkową zielenią”.

To miało być moje sanktuarium. Miejsce, w którym wreszcie poczuję się jak u siebie, z dala od wynajmowanych pokoi i tymczasowych rozwiązań. Kiedy odbierałam klucze, drżały mi ręce, a w głowie miałam już gotowy plan każdego pomieszczenia. Nie wiedziałam wtedy, że wraz z aktem notarialnym podpisałam niepisany pakt na utratę kontroli nad własnym życiem. Moje marzenia o minimalistycznej kuchni miały zderzyć się z bezwzględną wizją kobiety, która uważała, że jej gust jest jedynym słusznym wyznacznikiem elegancji.
Radość z nutą niepokoju
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Stałam na środku pustego salonu, wciągając w płuca zapach świeżego tynku, który pachniał wtedy jak wolność. Przez wielkie okno wpadało popołudniowe słońce, rysując na betonowej posadzce jasne pasy. Obok mnie stał Jacek, mój mąż. Byliśmy małżeństwem od trzech lat, a to mieszkanie miało być ukoronowaniem naszej ciężkiej pracy i niezliczonych nadgodzin.
– Jest idealne – szepnęłam, bojąc się, że głośniejsze słowo zburzy tę chwilę. – Widzisz tu tę sofę? A tam, pod ścianą, postawimy regał na książki.
Jacek uśmiechnął się, ale w jego oczach dostrzegłam cień niepewności. Wtedy zrzuciłam to na karb stresu związanego z kredytem. Byliśmy zadłużeni na trzydzieści lat, ale byliśmy u siebie. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Problem polegał na tym, że wkład własny nie pochodził wyłącznie z naszych oszczędności. Znaczną część dołożyła matka Jacka, Teresa. Wręczając nam kopertę, zapewniała ze słodkim uśmiechem, że to prezent od serca, by młodym było lżej. Byłam jej wdzięczna, nie przypuszczając, że ta darowizna ma ukryte oprocentowanie, którego walutą będzie moja decyzyjność.
Pierwsze sygnały pojawiły się błyskawicznie. Tydzień po odebraniu kluczy, gdy siedzieliśmy nad projektami z architektem, zadzwonił telefon Jacka. Przełączył na głośnomówiący.
– Mamo, właśnie wybieramy układ łazienki – powiedział, patrząc na mnie przepraszająco.
– Oj, synku, tylko pamiętajcie, żadnych pryszniców bez brodzika – głos Teresy wypełnił biuro. – To jest niepraktyczne, woda się leje po całej podłodze. Musi być wanna. I to taka solidna, żeliwna.
Spojrzałam na architekta, potem na Jacka.
– Mamo, my wolimy prysznic typu walk-in. Jest nowocześniejszy i optycznie powiększa przestrzeń – wtrąciłam się, starając się brzmieć uprzejmie.
– Dziecko, ty jeszcze nie wiesz, co to znaczy szorować fugi – zaśmiała się Teresa. – Posłuchajcie starszej, mądrzejszej głowy. Zrobicie, jak uważacie, ale ja bym na waszym miejscu nie wyrzucała pieniędzy w błoto.
Rozłączyliśmy się z niesmakiem. Ostatecznie postawiliśmy na swoim, ale Jacek przez cały wieczór był milczący. Czułam, że to dopiero początek batalii o granice naszej niezależności.
Pomoc stała się koszmarem
Remont ruszył. Musieliśmy łączyć pracę z nadzorowaniem ekipy, co w moim przypadku – przy zamykaniu kwartału – było karkołomne. Jacek również tonął w obowiązkach. Wtedy, niczym rycerz na koniu, wjechała Teresa. Zaoferowała, że jako emerytka będzie doglądać robotników.
– Przecież nie możecie brać urlopu co drugi dzień, żeby wpuścić hydraulika – argumentowała. – Ja tam podjadę, otworzę im, popilnuję, żeby nie pili kawy przez trzy godziny, a wy spokojnie pracujcie na spłatę raty.
Brzmiało to zbyt sensownie, by odmówić bez wyjścia na niewdzięczną synową. Jacek odetchnął z ulgą, a ja, mimo wewnętrznego oporu, wręczyłam jej zapasowy komplet kluczy.
Początkowo teściowa jedynie dzwoniła z raportami o postępach prac, skutecznie usypiając moją czujność. Jednak po dwóch tygodniach zaczęłam zauważać zmiany. Pewnego popołudnia wpadłam do mieszkania sprawdzić kolor w sypialni. Wybraliśmy chłodny, skandynawski błękit. Kiedy weszłam do pokoju, oniemiałam. Ściany były pomalowane na ciepły, brzoskwiniowy kolor, kojarzący się z przychodnią z lat dziewięćdziesiątych.
– Co tu się stało? – zapytałam szefa ekipy, pana Mietka.
– Pani teściowa powiedziała, że ten niebieski to taki trupi – wyjaśnił spokojnie, czyszcząc wałek. – Że w sypialni musi być przytulnie, bo się państwu miłość wystudzi. Kupiła nową farbę i kazała przemalować. Myślałem, że to z panią ustalone.
Krew uderzyła mi do głowy. Wybiegłam z mieszkania i wybrałam numer teściowej, bo Jacek nie odbierał.
– Mamo, dlaczego zmieniłaś kolor w sypialni? – zapytałam, starając się nie krzyczeć.
– Madziu, kochanie, nie denerwuj się – jej głos był protekcjonalny. – Ten błękit był okropny. Sypialnia ma nastrajać pozytywnie. Zrobiłam wam przysługę. Zobaczysz, jak wstawicie meble, podziękujesz mi.
– Ale to jest nasze mieszkanie! My tam będziemy spać, nie ty! – mój głos zadrżał.
– Ojej, jaka ty jesteś nerwowa. To pewnie przez tę pracę. Odpocznij, dziecko. Robię to dla waszego dobra. Przecież dołożyłam się do tego mieszkania, chcę, żeby wyglądało godnie.
„Dołożyłam się”. To był jej as w rękawie, zamykający mi usta przy każdej próbie protestu.
Starcie o serce domu
Po incydencie z sypialnią odbyłam z Jackiem poważną rozmowę. Zażądałam, by jego matka przestała podejmować decyzje estetyczne. On, jak zwykle, łagodził sytuację, tłumacząc, że mama chce dobrze i nie warto kruszyć kopii o farbę.
– Jacek, tu nie chodzi o farbę! – tłumaczyłam bezsilnie. – Tu chodzi o szacunek. Ona nas traktuje jak dzieci, które bawią się w dom.
Obiecał z nią porozmawiać. Nie wiem, czy to zrobił, ale Teresa na kilka dni się wycofała, by potem wrócić do roli nadzorcy. Miałam nadzieję, że granice zostały postawione, bo nadchodził najważniejszy etap: kuchnia.
Gotowanie to moja pasja, więc zaplanowałam każdy detal. Białe, matowe meble, drewniany blat i najważniejsze – kafelki. Piękna, ręcznie formowana ceramika w kolorze głębokiej, butelkowej zieleni. Czekałam na nie cztery tygodnie, płacąc majątek. Były spełnieniem moich marzeń.
W dniu montażu musiałam wyjechać w nagłą delegację. Zostawiłam panu Mietkowi dokładne instrukcje i rozrysowany układ, a pudełka z kaflami postawiłam w widocznym miejscu. Jacka poprosiłam o poranną kontrolę.
– Spokojnie, kochanie, dopilnuję tego – obiecał, całując mnie na pożegnanie.
Wyjechałam z ciężkim sercem, ale ufałam, że skoro materiał jest na miejscu, nic nie może pójść źle. Wróciłam dwa dni później, wykończona, ale ciekawość zwyciężyła. Pojechałam prosto na budowę. Weszłam do środka, zapaliłam roboczą lampę i zamarłam. Torba z laptopem wysunęła mi się z ręki.
Ściana nad blatem była wykafelkowana. Ale nie moją butelkową zielenią. Patrzyłam na rzędy beżowych, kropkowanych płytek z pseudo-rustykalnym wzorem dzbanków i owoców. Wyglądały jak z kuchni babci, tylko w gorszym wydaniu. Tani gres z marketu, położony krzywo, z szeroką, brązową fugą. Moje piękne, zielone kafelki stały w kącie, w nierozpakowanych kartonach.
Usiadłam na podłodze pośród pyłu i rozpłakałam się. Nie ze smutku, ale z czystej wściekłości. Czułam się zdradzona – nie tylko przez teściową, ale przede wszystkim przez męża.
Co ona sobie wyobraża?
Następnego ranka nie zrobiłam kawy. Nie odezwałam się do Jacka ani słowem.
– Co się stało? – zapytał zaspany.
– Jedź na budowę – powiedziałam chłodno. – Jedź i zobacz kuchnię.
– Ale o co chodzi? Dzwoniła mama, mówiła, że wszystko wyszło pięknie, że znalazła świetną okazję...
– Okazję? – przerwałam cicho, ale groźnie. – Ona nie miała szukać okazji. Miała dopilnować moich płytek. Tych, za które zapłaciliśmy trzy tysiące złotych.
– Madzia, uspokój się, pojadę i zobaczę.
Pojechaliśmy razem. Gdy Jacek wszedł do kuchni, zamilkł. Widziałam, jak przełyka ślinę. Wiedział, że jest źle.
– Dlaczego? – zapytałam, stojąc za nim.
W tym momencie w drzwiach stanęła Teresa z termosem i drożdżówkami.
– O, jesteście! – zawołała radośnie, ignorując gęste napięcie. – I jak wam się podoba? Znalazłam te płytki w promocji, ostatnie sztuki! Tamte zielone były takie ciemne, przytłoczyłyby pomieszczenie. A te są jasne, praktyczne, nie będzie widać tłuszczu. I zaoszczędziliście pieniądze! Te zielone możecie oddać albo sprzedać.
Patrzyłam na nią i po raz pierwszy widziałam kobietę, która karmi się kontrolą, a nie troską.
– Kto pozwolił ci zmienić mój projekt? – zapytałam, patrząc jej w oczy.
Teresa zamrugała, zaskoczona.
– Słucham? Co to za ton? Ja chciałam wam pomóc. Te twoje wymysły są nieżyciowe. Kiedy będziesz miała dzieci, docenisz praktyczne rozwiązania. A poza tym... – spojrzała na Jacka – chyba mam prawo do zdania, skoro sfinansowałam połowę tego lokalu.
– Nie – powiedziałam stanowczo. – Dałaś nam prezent. Prezent, który teraz okazuje się smyczą. Jacek, powiedz coś.
Spojrzałam na męża. Stał między mną a matką. To był moment prawdy.
– Mamo... – zaczął niepewnie. – Madzia ma rację. Te płytki są okropne. Nie uzgadniałaś tego z nami.
– Okropne? – Teresa teatralnie złapała się za serce. – Ja latam, załatwiam, pilnuję robotników, żebyście wy mogli robić kariery, a wy mi mówicie, że to jest okropne? Niewdzięcznicy!
– Wynoś się – powiedziałam.
Zapadła cisza.
– Co ty powiedziałaś? – syknęła teściowa.
– Powiedziałam, żebyś wyszła z mojego mieszkania. Oddaj klucze. Natychmiast.
– Jacku! Słyszysz, jak ona się do mnie odzywa? W moim własnym mieszkaniu?
– To nie jest twoje mieszkanie, mamo – głos Jacka nabrał niespotykanej mocy. – To jest nasze mieszkanie. Moje i Magdy. I Magda ma rację. Przekroczyłaś wszystkie granice. Proszę, oddaj klucze.
Teresa poczerwieniała. Rzuciła pęk kluczy na podłogę, pod nogi Jacka.
– Nie chcę was znać! – krzyknęła, odwracając się na pięcie. – Nie przychodźcie do mnie z płaczem, jak wam braknie pieniędzy!
Trzask drzwi odbił się echem po pustym korytarzu.
Wreszcie czuję się jak u siebie
Zostaliśmy sami z kafelkami w dzbanki. Jacek podniósł klucze i podszedł do mnie. Po raz pierwszy od dawna czułam, że naprawdę jest przy mnie.
– Przepraszam – powiedział. – Powinienem był zareagować wcześniej. Przy sypialni, przy łazience. Bałem się jej postawić.
– Wiem – westchnęłam, czując, jak opada adrenalina. – Ale co teraz zrobimy? To wszystko jest już przyklejone.
Jacek spojrzał na ścianę, potem na mnie i zawołał fachowca. Pan Mietek wychylił się z łazienki z nietęgą miną.
– Tak, panie Jacku?
– Proszę to skuć. Wszystko. Do gołej ściany.
– Ale szefie, to będzie kosztować. I gładź trzeba naprawiać, i klej skrobać...
– Nie szkodzi. Zapłacę podwójnie. Ma to zniknąć do jutra. A potem kładziemy te zielone. Dokładnie tak, jak chciała moja żona.
Dźwięk młota pneumatycznego kruszącego te wstrętne beżowe płytki dał mi satysfakcję większą niż jakikolwiek awans. To był odgłos odzyskiwania terytorium.
Remont przedłużył się o dwa tygodnie i kosztował nas dodatkowe tysiące, które pożyczyliśmy z banku, by nie brać ani grosza od Teresy. Ale kiedy weszłam do gotowej kuchni, wiedziałam, że było warto. Głęboka zieleń kafelek pięknie kontrastowała z bielą szafek. To była moja wizja, moja przestrzeń.
Relacje z teściową ochłodziły się drastycznie. Przez pół roku milczała. Dopiero w święta Bożego Narodzenia zadzwoniła z suchymi życzeniami. Zaprosiliśmy ją na obiad. Przyszła, rozejrzała się krytycznym wzrokiem, zatrzymała spojrzenie na kuchni i zacisnęła usta. Nie skomentowała wystroju, ale zrozumiała, że nie ma tu już władzy.
Tamta sytuacja zmieniła nas jako małżeństwo. Jacek zrozumiał, że jego lojalność musi leżeć po stronie żony, a ja nauczyłam się, że o swoje marzenia trzeba walczyć bezkompromisowo. Dziś, pijąc kawę w mojej idealnej, zielonej kuchni, wiem, że każdy skuty kafelek był wart tej lekcji. Czasem trzeba coś zburzyć, żeby zbudować coś trwałego – nie tylko na ścianie, ale i w relacji.
Magda, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Liczyłam, że w te walentynki mąż wreszcie mnie zauważy. Zamiast romantycznej kolacji, wybrał remont u kumpla”
- „W tłusty czwartek zamiast pączków najadłam się wstydu. Nigdy nie zapomnę tego, co zrobiła mi teściowa”
- „Perfumy od teściowej zepsuły mi humor i wieczór. Później odkryłam sekret, który odmienił mnie na zawsze”

