Reklama

Od początku małżeństwa powtarzałam sobie, że nie musimy się kochać, wystarczy, że będziemy się szanować. Z Bożeną nigdy nie było bliskości, ale była poprawność. Uśmiechy przy stole, uprzejme pytania o zdrowie, drobne uszczypliwości ukryte pod tonem troski. Kiedy ogłosiła, że w Wielkim Poście chce żyć w wyrzeczeniu, nie spodziewałam się, że to ja stanę się częścią jej postanowienia.

Teściowa mnie zaskoczyła

Któregoś marcowego poranka zadzwonił domofon.

– Lidziu, to ja. Mogę na chwilę? – usłyszałam w słuchawce.

Otworzyłam. Stała w grubym płaszczu, z zaciśniętymi dłońmi.

Wyłączyłam ogrzewanie – oznajmiła od progu. – Chcę poczuć, czym jest prawdziwe wyrzeczenie. W końcu jest Wielki Post, a dziś ludziom brakuje pokory.

– Wejdź, oczywiście – odpowiedziałam, robiąc jej miejsce w przedpokoju.

Zdjęła buty i niemal od razu podeszła do kaloryfera w salonie. Położyła na nim dłonie i przymknęła oczy.

– Ach, jakie macie ciepło… – westchnęła. – Człowiek dopiero w chłodzie rozumie, jak wielkim darem jest zwykłe ogrzewanie.

Emil podbiegł do niej z klockiem w ręce.

– Babciu, zbudowałem wieżę!

– Śliczna – uśmiechnęła się, po czym znów potarła ramiona. – U mnie w domu dziś naprawdę zimno.

Zaprosiłam ją na herbatę. Usiadła przy stole, rozejrzała się po kuchni.

– Co dziś gotujesz? – zapytała.

– Krupnik.

– Skromnie. Bardzo dobrze. Post nie jest czasem ucztowania.

Kiedy podałam jej talerz, skinęła głową.

– Tylko trochę, ja się ograniczam.

Po chwili sama przesunęła talerz bliżej mnie.

– Gdybyś mogła jeszcze chochelkę dolać… szkoda, żeby się zmarnowało.

Tego dnia została do popołudnia. Następnego przyszła znowu. Potem kolejnego.

– Tylko się ogrzeję i zaraz pójdę – powtarzała.

Zaczęłam gotować większe porcje

Niby przypadkiem, ale wiedziałam, że jeśli nie zaproponuję obiadu, będzie siedziała przy stole, patrząc na nasz talerz z miną osoby, która ćwiczy silną wolę.

– Dawniej kobiety potrafiły żyć oszczędniej – rzuciła któregoś dnia, przeglądając paragon leżący na blacie. – Te sery są drogie. Wystarczyłby tańszy.

Uśmiechnęłam się sztywno.

– Lubię ten.

– Wiem, wiem. Młodzi mają swoje przyzwyczajenia.

Coraz częściej podkręcałam ogrzewanie, zanim przychodziła. Słyszałam potem jej westchnienia ulgi.

U was to człowiek od razu odżywa.

A ja czułam, jak coś we mnie się kurczy. Z jednej strony było mi jej szkoda – siedemdziesięcioletnia kobieta w chłodnym domu. Z drugiej zaczęłam zauważać rachunki za gaz i zakupy. I swoje zmęczenie. Wieczorem, gdy zamykałam drzwi po jej wyjściu, miałam wrażenie, że z domu uchodzi nie tylko chłód, ale i moja cierpliwość. Wstydziłam się własnych myśli. Przecież to tylko kilka godzin dziennie. Tylko talerz zupy więcej. A jednak coraz częściej łapałam się na tym, że gdy słyszałam dzwonek, nie czułam radości. Czułam napięcie.

Mąż bronił matki

Wieczorami próbowałam wracać do tematu, kiedy Emil już spał, a w mieszkaniu panowała cisza.

– Szymon, twoja mama jest u nas codziennie – zaczęłam któregoś razu, opierając się o blat w kuchni. – To już nie są odwiedziny. To jak drugi dom.

Westchnął ciężko.

– Przesadzasz. To tylko Wielki Post. Za chwilę się skończy.

– Ale ona wyłączyła ogrzewanie z własnej woli. A my podkręcamy swoje, żeby jej było ciepło.

Spojrzał na mnie z wyrzutem.

– Czy ty słyszysz, jak to brzmi? Liczysz jej stopnie na termometrze?

Zabolało.

– Liczę to, że w naszym domu nie mam chwili prywatności – odpowiedziałam ciszej. – Gotuję, sprzątam, słucham komentarzy o tym, jak powinnam żyć oszczędniej.

Szymon usiadł przy stole i przetarł twarz dłonią.

– Mama całe życie była zasadnicza. Taka już jest. Nie zmienimy jej.

– Nie chcę jej zmieniać. Chcę tylko, żeby nie testowała naszych granic.

Przez chwilę milczał.

– Ona się poświęca – powiedział w końcu. – Marznie u siebie, żeby coś przeżyć głębiej. Może powinniśmy to uszanować.

Poczułam, jak narasta we mnie złość.

– A nasze życie? Nasze rachunki? Nasz spokój?

Nie odpowiedział. Wstał i wyszedł do łazienki. Rozmowa zawisła w powietrzu jak niedomknięte okno.

Nie chciałam słuchać rad teściowej

Bożena z każdym dniem była śmielsza. Pewnego popołudnia siedziała przy stole, gdy wyciągnęłam z lodówki jogurt dla Emila.

– Taki drogi kupujesz? – zapytała. – Wystarczyłby zwykły.

– Emil lubi ten – odpowiedziałam.

– Dzieci trzeba uczyć skromności – odparła spokojnie. – Wyrzeczenie hartuje charakter.

Emil spojrzał na mnie niepewnie.

– Mamo, ja mogę nie jeść – powiedział cicho.

Serce mi ścisnęło.

– Oczywiście, że możesz jeść – uśmiechnęłam się do niego. – To twój podwieczorek.

Bożena pokręciła głową.

– Widzisz, Szymon? – zwróciła się do syna, który właśnie wszedł do kuchni. – Dziecko powinno rozumieć wartość prostoty.

Szymon wzruszył ramionami.

– Mamo, daj spokój.

Tego wieczoru powiedziałam wprost:

– Jeśli to tak dalej będzie wyglądało, zacznę się buntować.

– Buntować? – powtórzył zaskoczony.

– Tak. Bo czuję się jak gość we własnym domu.

Szymon spojrzał na mnie inaczej niż dotąd. Może po raz pierwszy zobaczył, że to nie jest drobna niedogodność.

– Daj mi czas – powiedział w końcu. – Porozmawiam z nią.

Ale rozmowa nie nastąpiła. A wizyty trwały dalej.

Okłamała nas

Kilka dni później zaproponowałam, że odwiozę Bożenę do domu. Miała dwie torby z zakupami, więc uznałam, że to naturalne.

– Nie trzeba, poradzę sobie – powiedziała, ale bez przekonania.

W samochodzie mówiła o kazaniu, o pokorze i o tym, że ludzie zbyt łatwo wybierają wygodę.

– Trzeba się czasem sprawdzić – podsumowała.

Zaparkowałam pod jej domem. Pomogłam jej wnieść torby. Już w przedpokoju poczułam różnicę. Było ciepło. Zdjęłam kurtkę.

– Włączyłam na chwilę – powiedziała szybko, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. – Wilgoć zbiera się na ścianach. To niezdrowe.

Podeszłam do kaloryfera. Był gorący. Weszłam do kuchni. Na blacie stała blacha z ciastem. W powietrzu unosił się zapach świeżego wypieku.

– Piekłaś? – zapytałam.

– Dla siebie. Przecież nie będę żyła o samej herbacie – odpowiedziała chłodno.

Otworzyłam lodówkę, żeby włożyć zakupy. Była pełna. Wędliny, sery, jogurty.

– Myślałam, że wyłączyłaś ogrzewanie na cały czas i że prawie głodujesz – powiedziałam spokojnie.

Spojrzała na mnie uważnie.

– A co, kontrolujesz mnie?

– Nie. Tylko próbuję zrozumieć.

Zbliżyła się o krok.

Chciałam zobaczyć, czy mogę liczyć na rodzinę – powiedziała ciszej. – Czy drzwi są dla mnie otwarte.

– Są – odpowiedziałam. – Ale to nie powinien być test.

Jej twarz stężała.

– W twoim tonie słyszę wyrzut.

– Bo czuję się… – zawahałam się – wykorzystywana.

– Wykorzystywana? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Przez matkę twojego męża?

Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że dalsza rozmowa nic nie zmieni. W drodze do domu dłonie drżały mi na kierownicy. W głowie brzmiało jedno zdanie: „Chciałam zobaczyć, czy mogę liczyć na rodzinę”. Czyli to był sprawdzian. A ja miałam w nim milczeć.

Mąż nie mógł uwierzyć

Wieczorem powiedziałam wszystko Szymonowi.

– U niej jest ciepło – zaczęłam bez wstępu. – Kaloryfery grzeją normalnie.

Patrzył na mnie długo.

Jesteś pewna?

– Byłam tam. Czułam to.

Usiadł ciężko na kanapie.

– Może włączyła na chwilę.

– Szymon, ona piekła ciasto. Lodówka była pełna. To nie wyglądało na kogoś, kto żyje w skrajnym wyrzeczeniu.

Zacisnął usta.

– Nawet jeśli… Może chciała po prostu częściej być z nami.

– To mogła powiedzieć wprost.

Milczenie przeciągało się.

– Co chcesz zrobić? – zapytał w końcu.

– Powiedzieć jej, że wiem.

Spojrzał na mnie z niepokojem.

– To wywoła awanturę.

– Może musi ją wywołać.

Miałam dość tej farsy

W niedzielę zaprosiłam ją na obiad jak zwykle. Siedzieliśmy przy stole. Emil opowiadał o przedszkolnym przedstawieniu.

– Zupa dobra – powiedziała Bożena. – Choć mogłaby być mniej treściwa. W poście warto ograniczać.

Odłożyłam łyżkę.

– Mamo, czy twoje ogrzewanie jest włączone cały czas?

Szymon zesztywniał. Emil spojrzał na nas szeroko otwartymi oczami.

– Słucham? – zapytała lodowato.

– Byłam u ciebie. Było ciepło.

– Włączyłam na chwilę – odpowiedziała.

– A codziennie przychodzisz do nas się ogrzać.

Zapadła cisza.

– Chciałam sprawdzić, czy mogę liczyć na rodzinę – powtórzyła spokojniej. – Czy syn i synowa nie odmówią mi miejsca przy stole.

– Nigdy byśmy nie odmówili – odezwał się w końcu Szymon. – Ale to nie powinien być sprawdzian.

Bożena spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Czyli stajesz po jej stronie?

– Staję po stronie uczciwości – odpowiedział cicho.

Poczułam, jak napięcie w mojej klatce piersiowej powoli opada. Po raz pierwszy nie byłam sama.

– Nie chcę testów – powiedziałam spokojnie. – Chcę jasnych zasad. Nasz dom jest otwarty, ale nie możesz nami manipulować.

Wstała od stołu.

– Skoro tak o mnie myślicie, nie będę wam przeszkadzać.

Drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem.

Nie będziemy się lubić

Przez kolejne dni Bożena nie pojawiła się ani razu. Do Szymona pisała zdawkowe wiadomości, mnie pomijała. W domu było ciszej. Nie musiałam już gotować „na wszelki wypadek” ani podkręcać ogrzewania przed południem. A jednak długo nosiłam w sobie napięcie, jakbym wciąż czekała na dzwonek do drzwi. Któregoś wieczoru Szymon usiadł obok mnie na kanapie.

Powinienem był wcześniej zareagować – powiedział cicho. – Przyzwyczaiłem się, że mama zawsze stawia warunki. Nie zauważyłem, że ty cierpisz z tego powodu.

Po raz pierwszy poczułam, że naprawdę mnie widzi.

Na wielkanocnym śniadaniu spotkaliśmy się wszyscy. Było poprawnie, spokojnie, chłodno w tonie, choć ciepło w mieszkaniu. Bożena nie wspominała już o wyrzeczeniu ani o testach. Rozmawiała z Emilem, z Szymonem, do mnie zwracała się uprzejmie, ale z dystansem.

Zrozumiałam, że nie będzie między nami sympatii. W jej oczach to ja zakwestionowałam jej intencje. Ale ja odzyskałam coś ważniejszego – poczucie, że w swoim domu mam prawo wyznaczać granice.

Lidia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama