„Teściowa uznała, że moja zupa to sama woda po makaronie. Gdy mąż poprosił o dokładkę, jej mina była bezcenna”
„W tamtej chwili zrozumiałam, że ta cała historia nigdy nie była tylko o rosole. Chodziło o miejsce przy stole. O to, kto jest gospodynią, kto podejmuje decyzje, kto czuje się ważny”.

- Redakcja
Od początku wiedziałam, że nie będę idealną synową. Danuta, mama mojego męża, słynęła w rodzinie z perfekcyjnych obiadów i opinii, które wygłaszała bez wahania. Ja dopiero uczyłam się gotować „na poważnie”. Tamtej niedzieli wprosiła się do nas na rosół. A ja po raz pierwszy gotowałam go sama.
Zrobiło mi się przykro
Od rana krzątałam się po kuchni jak w amoku. Przecierałam blat dwa razy i co chwilę podnosiłam pokrywkę, żeby sprawdzić, czy zupa „wygląda” wystarczająco dobrze.
– Spokojnie, Lena – powiedział Michał, zaglądając do garnka. – Pachnie jak u babci.
– U której? – rzuciłam odruchowo.
– U mojej – uśmiechnął się niewinnie.
Westchnęłam. To nie była odpowiedź, która mnie uspokajała. O trzynastej zadzwonił dzwonek. Teściowa weszła do mieszkania w jasnym płaszczu, z torbą pełną własnego ciasta.
– Dzień dobry, kochani – powiedziała przeciągle, omiatając wzrokiem przedpokój. – Ale tu dziwnie pachnie…
Zignorowałam to. Zaprosiłam ją do stołu. Nalałam rosół do talerzy, starając się, by makaron wyglądał jak z reklamy. Teściowa wzięła łyżkę, zamieszała powoli i uniosła brwi.
– Leno… – zaczęła łagodnie. – Ty chyba zapomniałaś, że rosół to nie woda po makaronie?
Poczułam, jak policzki robią mi się gorące.
– Gotował się trzy godziny – odpowiedziałam cicho.
– Trzy godziny? – powtórzyła. – To ciekawe. Może za dużo wody, a za mało… konkretu.
Michał spojrzał na mnie ostrzegawczo, jakby bał się, że zaraz wybuchnę. A ja siedziałam sztywno, ściskając łyżkę. Spróbował pierwszy.
– Jest bardzo dobry – powiedział spokojnie.
– Michał, proszę cię – westchnęła jego mama. – Ty zawsze byłeś mało wymagający.
Zrobiło mi się przykro.
– Jeśli jest za słony albo za mało wyrazisty, mogę coś dodać – zaproponowałam.
– Och, nie trzeba – odpowiedziała szybko. – Ja po prostu przywykłam do innego standardu.
Wtedy Michał bez słowa sięgnął po swoją miskę i opróżnił ją do końca. Potem odstawił łyżkę.
– Mogę prosić o dokładkę?
Zapadła cisza. Nawet zegar w kuchni jakby zwolnił.
– Oczywiście – powiedziałam, starając się nie uśmiechać zbyt szeroko.
Nalałam mu drugą porcję. Teściowa patrzyła na niego z niedowierzaniem.
– Naprawdę ci smakuje? – zapytała.
– Bardzo – odpowiedział. – I wiesz co? Smakuje jak nasz dom.
Teściowa odchrząknęła.
– No cóż… – zaczęła, mieszając rosół. – Może faktycznie jest… smaczny.
Widziałam, że walczy sama ze sobą. W końcu wzięła kolejną łyżkę. Potem jeszcze jedną.
– Makaron ugotowany w punkt – mruknęła.
To był jej odpowiednik owacji na stojąco. Siedziałam przy stole i czułam, jak napięcie powoli ze mnie schodzi. Nie chodziło już o rosół. Chodziło o to, że Michał powiedział „nasz dom” i nie zawahał się ani chwili. Po obiedzie, gdy sprzątałam talerze, teściowa podeszła do mnie do kuchni.
– Każda z nas kiedyś zaczynała. Ja też nie od razu gotowałam idealnie.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
– Wiem, że się starasz – dodała. – Tylko czasem trudno mi oddać pałeczkę.
To zdanie brzmiało szczerze.
Serce zabiło mi szybciej
Po tamtej niedzieli coś między nami się zmieniło, choć żadna z nas nie nazwała tego wprost. Teściowa zaczęła wpadać częściej. Zawsze z uśmiechem i jakimś „drobiazgiem” w torbie. A to surówka, a to kompot, a to słoik ogórków.
– Zrobiłam trochę więcej, to przyniosłam – mówiła mimochodem. – Młodzi często nie mają czasu.
Za każdym razem dziękowałam, choć w środku czułam ukłucie. To już nie była otwarta krytyka, raczej cicha rywalizacja. Ona – doświadczona, pewna siebie. Ja – starająca się udowodnić, że potrafię zadbać o własny dom. Pewnego popołudnia zaproponowałam, że upiekę ciasto na rodzinne spotkanie u jej siostry.
– Może ja zrobię sernik? – zapytałam przy herbacie.
Teściowa uniosła brwi.
– Sernik? To ambitnie.
– Lubię piec – odpowiedziałam, choć serce zabiło mi szybciej.
– W takim razie trzymam kciuki – odparła z delikatnym uśmiechem, który trudno było odczytać.
Przez dwa dni testowałam przepis. Za pierwszym razem opadł. Za drugim był zbyt wilgotny. Michał jadł kolejne kawałki i powtarzał:
– Jest naprawdę dobry.
– Nie mów tak, tylko dlatego, że jestem twoją żoną – odpowiadałam.
– Mówię, bo tak jest.
W dniu spotkania włożyłam sernik do pojemnika i przez całą drogę trzymałam go ostrożnie. W domu ciotki już pachniało kawą i pieczenią. Teściowa już stała przy stole, krojąc swój makowiec.
– O, przyniosłaś – powiedziała, gdy zobaczyła moje pudełko. – Postaw obok.
Kiedy przyszła pora na deser, wszyscy zasiedli przy stole. Ciotka pierwsza sięgnęła po mój sernik.
– Kto robił? – zapytała.
– Lena – odpowiedziała teściowa, zanim zdążyłam otworzyć usta.
Ciotka spróbowała i na chwilę zamilkła. Potem uśmiechnęła się szeroko.
– Pyszny. Lekki, nie za słodki.
Kolejne osoby sięgały po moje ciasto. Słyszałam ciche pomruki aprobaty. Teściowa nałożyła sobie kawałek. Jadła powoli, skupiona.
– I jak? – zapytał ktoś z końca stołu.
Teściowa odłożyła widelczyk.
– Bardzo dobry – powiedziała wyraźnie. – Ma swój charakter.
Spojrzała na mnie. W jej oczach nie było już pobłażania.
– Dziękuję – odpowiedziałam, czując, jak drżą mi dłonie.
Kiedy wracaliśmy do domu, Michał ścisnął moją rękę.
– Widzisz? Nie musisz z nią rywalizować.
– Ja nie chcę rywalizować – westchnęłam. – Chcę, żeby traktowała mnie poważnie.
Tydzień później teściowa zaprosiła mnie do siebie. Bez Michała.
– Pokażę ci mój przepis na rosół – oznajmiła, gdy tylko weszłam do kuchni. – Ale pod jednym warunkiem.
– Jakim? – zapytałam ostrożnie.
– Następnym razem ugotujemy razem u ciebie.
Patrzyłam na nią chwilę, próbując zrozumieć, czy to kolejna próba kontroli, czy coś innego.
– Zgoda – odpowiedziałam w końcu.
A potem opowiedziała mi o pierwszych latach małżeństwa, o tym, jak sama musiała zmagać się z uwagami swojej teściowej.
– Myślisz, że było łatwo? – zapytała, wrzucając do garnka marchewkę. – Też słyszałam, że mój rosół to sama woda.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
– Naprawdę?
– Naprawdę. I obiecałam sobie, że kiedyś będę lepszą teściową. Może za bardzo wzięłam to sobie do serca.
W jej głosie było coś miękkiego. Coś, czego wcześniej nie słyszałam. Kiedy tydzień później gotowałyśmy u mnie, Michał wszedł do kuchni i roześmiał się na widok nas obu przy jednym garnku.
– Dwie mistrzynie rosołu – zażartował.
– Nie przesadzaj – odparła Danuta. – Jedna dopiero się rozkręca.
Spojrzała na mnie i puściła do mnie oko.
Oczy miałam pełne łez
Kilka miesięcy później zaprosiliśmy rodzinę na nasze pierwsze większe przyjęcie z okazji rocznicy ślubu. Tym razem nie było mowy o improwizacji. Menu ustaliłam wcześnie. I choć teściowa oferowała pomoc, postanowiłam, że to będzie mój sprawdzian.
– Na pewno dasz radę? – zapytała przez telefon.
– Dam – odpowiedziałam spokojnie. – Ale wpadnij wcześniej na kawę.
Teściowa przyszła godzinę przed gośćmi. Rozejrzała się po kuchni, gdzie stały już gotowe sałatki i pachniało pieczonym kurczakiem.
– Widzę, że wszystko pod kontrolą – zauważyła.
– Staram się – uśmiechnęłam się.
Zajrzała do garnka z zupą. Tym razem to była kremowa zupa z pieczonych warzyw, gęsta i aromatyczna.
– Pachnie konkretnie – powiedziała i spojrzała na mnie z cieniem rozbawienia.
– Tym razem nie ryzykuję „wody po makaronie” – odpowiedziałam lekko.
Zaśmiała się cicho. To był inny śmiech niż kiedyś – bez nuty wyższości. Gdy goście zasiedli przy stole, czułam w brzuchu znajome napięcie. Nalewałam zupę z pewną ręką, choć w środku wszystko drżało.
– To jest znakomite – odezwała się ciotka już po pierwszej łyżce.
–Poproszę przepis – dodał kuzyn Michała.
Patrzyłam ukradkiem na teściową. Jadła powoli, skupiona, dokładnie tak jak wtedy przy serniku. W końcu odłożyła łyżkę i wstała.
– Chciałabym coś powiedzieć – zaczęła, a przy stole zapadła cisza. – Kiedy Michał się ożenił, myślałam, że nikt nie zadba o niego tak jak ja. To chyba naturalne dla matki.
Spojrzała na syna, potem na mnie.
– Myliłam się. Lena nie tylko dba o niego. Ona stworzyła z nim dom. A jej zupa… – uśmiechnęła się – ma smak, którego nie da się nauczyć z przepisu.
Czułam, jak oczy robią mi się wilgotne. Nie spodziewałam się publicznego wyznania.
– Dziękuję – powiedziałam cicho.
Po kolacji, gdy większość gości przeniosła się do salonu, teściowa podeszła do mnie do kuchni. Pomagała mi zbierać talerze, choć wcześniej rzadko to robiła.
– Wiesz – zaczęła, wycierając ręce w ściereczkę – czasem trudno pogodzić się z tym, że nasze dzieci już nas nie potrzebują tak jak kiedyś.
– Ale nadal was potrzebują – odpowiedziałam. – Tylko inaczej.
Spojrzała na mnie uważnie.
– Dziękuję, że dałaś mi czas – powiedziała.
W tamtej chwili zrozumiałam, że ta cała historia nigdy nie była tylko o rosole. Chodziło o miejsce przy stole. O to, kto jest gospodynią, kto podejmuje decyzje, kto czuje się ważny. Kiedy Michał późnym wieczorem objął mnie w kuchni, gdzie pachniało jeszcze przyprawami, szepnął:
– Jestem z ciebie dumny.
– Ja z ciebie też – odpowiedziałam. – Za tę dokładkę wtedy.
Uśmiechnął się. Od tamtej pory teściowa wciąż przynosi swoje ogórki i makowiec. Jednak już nie po to, by coś udowodnić. Raczej po to, by dzielić się tym, co umie najlepiej. A ja nauczyłam się, że pewność siebie w kuchni zaczyna się nie od przypraw, tylko od wiary, że ma się prawo do własnego smaku.
Lena, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przypadkiem odkryłem tajemnicę ojca. Nie rozumiałem, jak mógł przez tyle lat okłamywać mamę dzień w dzień”
- „Wyjazd do Zakopanego miał tchnąć świeżość w nasze życie. Romans z byłym nie był na mojej liście”
- „W sanatorium leżałam w borowinach i cudzych ramionach. Dałam się oszukać i na stare lata zostanę samotną matką”

