Reklama

Niedzielne obiady u teściowej przez lata były dla mnie czymś w rodzaju egzaminu, do którego nikt mnie nie przygotował. Wierzyłam, że jeśli będę uprzejma i wytrwała, w końcu przestanę być „tą nową”. Zamiast tego z każdą wizytą czułam, jak coraz mniej mnie przy tym stole. Aż któregoś dnia po prostu przestałam się przy nim pojawiać.

Z początku wszystko znosiłam

Na początku naprawdę myślałam, że moja teściowa, Wiesława mnie polubi. Kiedy pierwszy raz zaprosiła nas na obiad po ślubie, stałam w jej kuchni z bukietem tulipanów i ciastem w rękach.

Nie trzeba było nic przynosić – powiedziała, zerkając na pudełko. – U nas w domu wszystko zawsze jest.

Uśmiechnęłam się, choć coś w jej tonie było chłodne. Przy stole siedzieli już siostra Pawła, Helena z mężem Tomaszem. Paweł ściskał moją dłoń pod blatem, jakby chciał dodać mi odwagi.

– Alicja świetnie gotuje – rzucił lekko.

Dopiero się uczy – odpowiedziała jego matka, nakładając rosół. – Wszystkiego trzeba się nauczyć.

Zabrzmiało to jak wyrok. Przez pierwsze miesiące brałam to za drobne złośliwości, które można zignorować. Kiedy przynosiłam sałatkę, słyszałam:

– Ciekawe połączenie. Ja bym zrobiła inaczej, ale młodzi lubią eksperymenty.

Gdy zaproponowałam pomoc w kuchni, odpowiadała:

– Usiądź, gości nie stawia się przy garnkach.

A potem przy stole dodawała:

– W moich czasach synowe same rwały się do pracy.

Helena milczała. Tomasz patrzył w talerz. Paweł jadł szybciej niż zwykle.

Najbardziej bolały mnie porównania.

– Pamiętasz, Paweł, jak twoja koleżanka z liceum piekła sernik? – zagaiła kiedyś teściowa. – Miała rękę do ciast.

Siedziałam wyprostowana, z sercem walącym jak oszalałe. Wmawiałam sobie, że to drobiazgi. Że nie warto robić z tego sprawy. Po powrocie do domu długo analizowałam każde zdanie.

– Może ja rzeczywiście przesadzam? – zapytałam Pawła któregoś wieczoru.

Mama ma specyficzne poczucie humoru – odparł. – Nie bierz wszystkiego do siebie.

Łatwo powiedzieć. To ja byłam oceniana. To moje potrawy, moje zachowanie, moje milczenie stawały się tematem rozmów.

Z czasem zaczęłam przygotowywać się do niedziel jak do występu. Sprawdzałam przepisy po kilka razy. Wstawałam wcześniej, żeby wszystko dopracować. A przy stole i tak słyszałam:

– Schabowy trochę suchy, ale może Paweł takie lubi – mówiła teściowa z pozorną troską.

Widziałam wtedy, jak mój mąż napina ramiona, lecz nie reaguje. Jakby bał się jednego słowa za dużo.

Pewnej niedzieli, gdy podałam domowy makowiec, teściowa wzięła kęs i odłożyła widelec.

Ja dodaję więcej bakalii. Ale każdy robi po swojemu.

Coś we mnie drgnęło.

– Jeśli nie smakuje, następnym razem nic nie przyniosę – powiedziałam spokojnie.

Przy stole zapadła cisza.

Nie obrażaj się od razu – odparła chłodno. – W rodzinie trzeba umieć przyjąć uwagę.

Rodzina. To słowo wisiało w powietrzu jak przestroga. Zrozumiałam wtedy, że nie chodzi o ciasto ani o schabowego. Chodzi o miejsce przy stole. A moje wciąż było jakby tymczasowe. Tego dnia wracaliśmy do domu w milczeniu. Patrzyłam przez okno i czułam, jak uśmiech, który nosiłam przez ostatnie lata, zaczyna mnie boleć bardziej niż wszystkie jej uwagi.

Czułam brak wsparcia

Przełom przyszedł szybciej, niż się spodziewałam. Tamtej niedzieli teściowa była wyjątkowo ożywiona. Opowiadała o znajomych, o sąsiadach, o tym, jak „kiedyś to było inaczej”. Siedziałam naprzeciwko niej i czułam, że coś wisi w powietrzu.

– Paweł zawsze był wybredny – zaczęła, nakładając mu ziemniaki. – Jako dziecko potrafił odsunąć talerz, jeśli coś mu nie smakowało. Na szczęście nauczyłam się, co lubi.

Spojrzała na mnie znacząco.

– Teraz już nie jestem wybredny – wtrącił Paweł.

– Człowiek przyzwyczaja się do różnych rzeczy – odpowiedziała z uśmiechem.

Helena chrząknęła cicho.

– Mamo, może zmieńmy temat – rzuciła nieśmiało.

– Dlaczego? Rozmawiamy normalnie – odparła.

Serce biło mi jak oszalałe. Wiedziałam, że jeśli teraz nic nie powiem, znów wrócę do domu z poczuciem, że pozwoliłam się upokorzyć.

– Jeśli masz jakieś uwagi do mojego gotowania, możesz powiedzieć je wprost – powiedziałam.

Teściowa odłożyła sztućce.

– Alicjo, nie dramatyzuj. Ja tylko dbam o syna. Każda matka chce, żeby jej dziecko było szczęśliwe.

– On jest szczęśliwy – odpowiedziałam, patrząc na Pawła.

On jednak spuścił wzrok i nic nie powiedział. Po obiedzie w samochodzie nie wytrzymałam.

– Dlaczego nic nie powiedziałeś? – zapytałam drżącym głosem.

– Nie chciałem robić sceny – odparł. – Mama już taka jest.

– A ja jaka jestem? – spojrzałam na niego. – Mam znosić wszystko w imię spokoju?

Milczał chwilę.

To tylko słowa.

– Dla ciebie tylko słowa. Dla mnie to upokorzenie.

Po raz pierwszy poczułam, że w naszym małżeństwie jest ktoś trzeci. Nie fizycznie, ale w decyzjach, w lojalności, w ciszy. Paweł był między nami rozdarty, ale to ja czułam się jak ta, która stoi na zewnątrz. Kolejne tygodnie przyniosły napięcie. W sobotę wieczorem zawsze wracał temat niedzieli.

– Jedziemy jutro do mamy? – pytał ostrożnie.

A jeśli powiem, że nie chcę?

– Będzie jej przykro.

– A mnie jak ma być?

Nie odpowiadał. Punktem zwrotnym był obiad, podczas którego teściowa westchnęła teatralnie:

– Czasem mam wrażenie, że odkąd Paweł się ożenił, straciłam syna.

Zamarłam. Tego było już za wiele. Nie wytrzymałam.

Nikt nikogo nie stracił – powiedziałam.

– Ty możesz tak uważać – odpowiedziała. – Ale matka czuje inaczej.

Spojrzałam na Pawła. Czekałam na jedno zdanie. Na „Mamo, przestań”. Na „Alicja jest moją żoną”. Na cokolwiek. Nie doczekałam się. Wstałam od stołu.

To mój ostatni niedzielny obiad tutaj – powiedziałam spokojnie. Naprawdę miałam zamiar się tego trzymać.

– Nie przesadzaj – rzuciła teściowa.

Wyszłam do przedpokoju. Ręce mi drżały, ale po raz pierwszy od lat czułam też coś innego – ulgę. W domu Paweł był wściekły.

Postawiłaś mnie w okropnej sytuacji – powiedział.

– Ja w niej jestem od pięciu lat.

To przecież moja matka.

– A ja jestem twoją żoną.

Te słowa zawisły między nami jak granica. Nic więcej nie powiedział.

To mnie obarczyli winą

Myślałam, że po tamtej niedzieli zapadnie cisza. Że każdy ochłonie i może w końcu coś się zmieni. Zmieniło się – ale nie tak, jak się spodziewałam. Telefon zadzwonił już następnego dnia.

No i co narobiłaś? – usłyszałam w słuchawce głos szwagierki.

– Słucham?

– Mama całą noc nie spała. Mówi, że ją upokorzyłaś przy wszystkich.

Poczułam, jak robi mi się zimno.

Ja ją upokorzyłam? – powtórzyłam. – A to, co słyszałam przez lata?

– Wiesz, jaka ona jest. Po co było robić scenę?

Scenę. Jedno zdanie wypowiedziane spokojnym tonem zostało nazwane sceną.

– Powiedziałam tylko, że nie będę przychodzić tam, gdzie czuję się źle.

– Rodzina to nie przedszkole, Alicja. Czasem trzeba zacisnąć zęby.

Rozłączyła się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Tego samego wieczoru Paweł wrócił późno. Wiedziałam, że był u matki.

Mama jest załamana – powiedział, zdejmując kurtkę. – Uważa, że ją odsunęłaś.

– To ona mnie odsuwała od lat.

– Ona tak tego nie widzi.

– A ty? – zapytałam cicho. – Ty jak to widzisz?

Usiadł ciężko na krześle.

– Widzę, że wszystko się sypie.

– Wszystko sypało się od dawna. Tylko udawaliśmy, że jest w porządku.

Przez kolejne tygodnie Paweł jeździł na niedzielne obiady sam. Wracał coraz bardziej milczący. Kiedy pytałam, jak było, odpowiadał krótko: „Normalnie”. Wiedziałam, że to oznaczało rozmowy o mnie. O mojej „wrażliwości”, o „braku szacunku”, o tym, że „zabrałam syna”.

Pewnego dnia spotkałam w sklepie kuzynkę Pawła.

– Słyszałam, że pokłóciłaś się z teściową – powiedziała z udawaną troską. – Szkoda, taka była z was zgrana rodzina.

Zrozumiałam wtedy, że historia została już opowiedziana. W tej wersji byłam tą trudną synową, która nie potrafi się dostosować. W domu atmosfera gęstniała. Z Pawłem mijaliśmy się jak współlokatorzy.

– Nie możesz po prostu wrócić i spróbować jeszcze raz? – zapytał któregoś wieczoru.

– A co się zmieniło?

– Może mama będzie ostrożniejsza.

– Ja nie chcę, żeby była ostrożniejsza. Chcę, żeby mnie szanowała.

Minęły miesiące. Święta spędziliśmy osobno – on u matki, ja u swoich rodziców. Kiedy wrócił, w jego oczach zobaczyłam coś nowego: zmęczenie.

– Mama powiedziała, że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś – oznajmił.

– A co, było tak dobrze? – zapytałam.

Zamilkł. Po raz pierwszy zobaczyłam, że on też zaczyna rozumieć. Niedzielne obiady nie były tylko tradycją, ale polem, na którym od lat toczyła się cicha walka.

Kilka tygodni później zadzwoniła Helena. Jej głos był inny niż zwykle.

Mama jest słaba – powiedziała cicho. – Chciałaby z tobą porozmawiać.

Serce zabiło mi szybciej. Wiedziałam, że ta rozmowa może wszystko zakończyć. Albo otworzyć coś, czego już nie da się zamknąć. Spojrzałam na Pawła.

– Pójdziesz ze mną? – zapytałam. Skinął głową.

Przyznała się, o co naprawdę chodziło

Dom teściowej pachniał tak samo jak zawsze – pieczonym ciastem i pastą do mebli. Wszystko było na swoim miejscu, jakby czas się zatrzymał. Tylko ona wyglądała inaczej. Mniejsza, jakby coś z niej uszło. Siedziała w fotelu przy oknie. Kiedy weszliśmy, podniosła wzrok.

Dobrze, że przyszliście – powiedziała cicho.

Paweł podszedł pierwszy, ujął jej dłoń. Stałam kilka kroków dalej, niepewna, czy mam prawo zbliżyć się bardziej.

– Chciałam z tobą porozmawiać, Alicja – odezwała się po chwili.

Usiadłam naprzeciwko. Przez moment milczałyśmy. To milczenie było inne niż wszystkie poprzednie – nie napięte, ale ciężkie.

– Wiem, że zrobiło się między nami źle – zaczęła. – Może nie wszystko mówiłam tak, jak powinnam.

Czekałam.

– Odkąd Paweł się ożenił, miałam wrażenie, że przestałam być potrzebna. Zawsze przychodził do mnie po radę. A potem... – urwała. – Zniknęłam z jego świata.

– Nie zniknęła mama – powiedziałam spokojnie. – On po prostu założył własną rodzinę.

Spojrzała na mnie z cieniem uśmiechu.

– Właśnie. Własną.

W jej oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegałam. Nie wyższość. Nie drwinę. Strach.

– Te komentarze… – zaczęła. – To nie chodziło o jedzenie.

Paweł patrzył na nas w napięciu.

Bałam się – powiedziała w końcu. – Że zabierzesz mi syna. Że przestanę być dla niego ważna.

Te słowa powinny przynieść ulgę. Powinny zamknąć ten rozdział. A jednak poczułam tylko zmęczenie.

– Ja nie chciałam nikogo zastępować – powiedziałam. – Chciałam być częścią rodziny. Ale nie kosztem siebie.

Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie bez wrogości. Po raz pierwszy bez roli teściowej i synowej. To nie było pojednanie jak z filmów. Nie padły wielkie słowa. Była szczerość, spóźniona o kilka lat.

Kiedy wychodziliśmy, Paweł zatrzymał mnie w przedpokoju.

Przepraszam – powiedział nagle.

Spojrzałam na niego zaskoczona.

– Za co?

Za to, że milczałem. Myślałem, że chronię spokój. A tak naprawdę chowałem się za nim.

Po raz pierwszy od dawna poczułam, że mówi szczerze.

Obiadki się skończyły

Wiesława odeszła kilka miesięcy później. Na ostatnim spotkaniu była spokojna. Nie wracała już do dawnych tematów. Czasu nie dało się cofnąć, ale przynajmniej zdążyłyśmy nazwać to, co przez lata było ukryte pod warstwą niedzielnych potraw. Rodzina jednak już nigdy nie była taka sama. Helena wciąż uważała, że można było „zrobić to inaczej”. Tomasz pozostał neutralny jak zawsze. A Paweł zaczął się zmieniać.

Po pogrzebie usiedliśmy w naszej kuchni. Cisza była inna niż kiedyś – nie pełna żalu, ale refleksji.

– Gdybym wtedy stanął po twojej stronie, może wszystko potoczyłoby się inaczej – powiedział.

– Może – odpowiedziałam. – Ale nie chodzi o przeszłość. Chodzi o to, co zrobimy teraz.

Zrozumieliśmy oboje, że największą raną nie były słowa wypowiedziane przy stole, lecz brak słów tam, gdzie były potrzebne. Milczenie, które miało chronić, w rzeczywistości oddalało nas od siebie. Nie wróciłam już do niedzielnych obiadów w gronie rodziny. Nie było do czego wracać. Odzyskałam coś ważniejszego – poczucie własnej wartości. A Paweł nauczył się, że lojalność wobec rodziny nie oznacza zgody na krzywdę najbliższej osoby.

Alicja, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama