Reklama

Nie miałam wygórowanych oczekiwań wobec teściowej. Chciałam tylko, żeby traktowała mnie z szacunkiem – nie jako idealną synową, nie jak swoją córkę, ale jak człowieka. Tymczasem od dnia ślubu patrzyła na mnie jak na pomyłkę losu, którą jej syn zrobił z głupoty. Krytykowała mnie za wszystko – od obierania ziemniaków po sposób, w jaki wychowuję córkę. Próbowałam rozmawiać, ustępować, nawet ignorować. Nic nie działało. Aż któregoś dnia powiedziałam: „Skoro uważasz, że wszystko robię źle – zamieńmy się miejscami”. I ku mojemu zaskoczeniu... zgodziła się.

Niech zrobi to lepiej

– Tego się nie da jeść, znowu przesoliłaś ziemniaki – mruknęła teściowa, odkładając widelec z teatralnym westchnieniem.

Spojrzałam na talerze – mąż jadł, córka też. Może nie były idealne, ale na pewno nie niejadalne.

– Mamo, jeśli coś ci nie smakuje, mogę zrobić kanapkę – powiedziałam spokojnie.

– A może po prostu nauczysz się w końcu gotować? – odparła lodowato. – Mój syn w domu miał zawsze wszystko jak należy. Nie to, co teraz.

To był któryś raz z rzędu. Krytykowała mnie za jedzenie, za kurz pod szafką, za to, że Ola miała brudne kolana po placu zabaw. Mąż milczał. Jak zwykle.

– Wiesz co, mamo? Skoro jesteś taka doskonała, może po prostu zamieńmy się miejscami. Ty zajmiesz się domem, obiadem, dzieckiem, a ja odpocznę.

Zamilkła na chwilę, zaskoczona. A potem parsknęła:

– Proszę bardzo. Przynajmniej wreszcie ten dom będzie wyglądał jak dom.

– Świetnie – powiedziałam. – Zaczynasz od jutra. Budzik o 6:30, Ola nie lubi się ubierać, śniadanie ma być przed 7:00. I nie zapomnij, że masz dziś odkurzyć.

Uśmiechnęłam się. Teściowa nie wiedziała jeszcze, na co się pisze.

Pierwszy dzień rządów

Teściowa wstała o 7:15. Już wtedy wiedziałam, że polegnie. Ola siedziała na podłodze w piżamie, z rozczochraną grzywką i cicho popłakiwała.

– Gdzie twoja mama? – rzuciła teściowa.

– Mama śpi, dzisiaj ty jesteś szefową – odpowiedziała rezolutnie córka, pociągając nosem.

– No dobra… – mruknęła teściowa, najwyraźniej niepewna, od czego zacząć.

Z kuchni dobiegły odgłosy szurania garnkami. Po chwili zapach przypalonej jajecznicy rozszedł się po mieszkaniu.

– Ola, śniadanie! – zawołała. Dziewczynka przyszła, spojrzała na talerz i odsunęła krzesło.

– Nie lubię takich jajek, chcę z serkiem.

Jajka się nie marnuje! – warknęła teściowa, ale po minie widać było, że jej też nie smakuje.

Zerknęłam z sypialni. Potem przyszła kolej na pranie – wcisnęła za dużo proszku, wrzuciła białe skarpetki z czerwoną bluzą. Kiedy zobaczyła, że wszystko zrobiło się różowe, rzuciła tylko:

– Tkaniny teraz robią się coraz gorsze, wszystko farbuje.

Udawałam, że nie słyszę. Po południu była już spocona i rozdrażniona. A to dopiero początek.

Tajemnica z telefonu

Po trzech dniach wyglądała jak cień samej siebie. Włosy w nieładzie, bluzka ubrudzona śniadaniowym dżemem, a paznokieć u stopy – jak potem mi przyznała – złamała, potykając się o klocek.

Ty to naprawdę to wszystko ogarniasz sama? – zapytała cicho, kiedy Ola wreszcie zasnęła w swoim łóżku.

Wzruszyłam ramionami. Nie zamierzałam jej jeszcze ułatwiać. Właśnie wtedy zadzwonił jej telefon. Z kuchni dobiegł mnie jej nerwowy szept:

– Nie teraz, Zdzisiek. Nie, nie mogę. Nie, nie przyjadę. Mówiłam ci, że chwilowo mam sytuację w domu. Tak, ona. Tak, wiem, że miałam być w środę…

Zamarłam. Głos mi ścisnął gardło. Nie dlatego, że miała jakiegoś Zdziśka, ale dlatego, że nagle poczułam, jak wiele w tej kobiecie się kryje. Kim był ten mężczyzna? Co to znaczy „miała być”? Po chwili usłyszałam stukot filiżanki. Weszłam do kuchni. Teściowa siedziała przy stole, z lekko rozmazanym tuszem i nieobecnym wzrokiem.

– Wszystko w porządku?

Spojrzała na mnie jakby z ulgą. I wtedy po raz pierwszy od lat powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:

– Przepraszam, że byłam dla ciebie taką... zołzą. Nie miałam prawa.

Nie odpowiedziałam. Czułam, że to dopiero początek większej rozmowy.

Tego nie wiedziałam o teściowej

Wieczorem, gdy Ola już spała, zrobiłam nam herbatę i podałam ciasto. Teściowa milczała, gapiąc się w parę unoszącą się znad kubka. W końcu westchnęła.

– Miałam kiedyś plan, że po śmierci męża zacznę życie od nowa. Że ktoś mnie pokocha, może pojedziemy nad morze, może znowu poczuję się kobietą, a nie tylko matką i gospodynią…

Słuchałam, nie przerywając.

– I właśnie wtedy poznałam Zdziśka. Był do rany przyłóż, zabawny, czuły… przez chwilę czułam się znowu młoda. Ale potem wzięliście ślub. Nie umiałam pogodzić się z tym, że mój syn już nie potrzebuje mamy. Że ma nową rodzinę.

Zamilkła. Widocznie to było trudne.

– Wiesz, ja nie byłam złośliwa dlatego, że cię nie lubiłam. Byłam złośliwa, bo zazdrościłam. Że jesteś młoda. Że możesz zaczynać. Ja miałam wrażenie, że już tylko kończę.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo choć przez lata mnie raniła, pierwszy raz widziałam w niej kogoś więcej niż tylko zgryźliwą starszą panią.

– Dziękuję, że nie rzuciłaś tego wszystkiego w cholerę – dodała.

– Ja też miałam taką myśl… parę razy – uśmiechnęłam się lekko.

I napiłyśmy się herbaty jak dwie kobiety, nie jak wróg z wrogiem.

Nowy porządek w naszym domu

Od tamtego wieczoru coś się zmieniło. Nie od razu, bez fajerwerków, ale codziennie po trochu. Teściowa już nie komentowała, że Ola znów ma na sobie legginsy z plamką po zupie. Zamiast tego zapytała:

Może pomóc ci z praniem?

Czasem sama coś ugotowała, innym razem zaproponowała spacer z wnuczką, żebym mogła się przespać. A ja – co ciekawe – przestałam odbierać jej obecność jako inwigilację. Zaczęłam traktować ją jak wsparcie. Nawet jak partnerkę.

– Wiesz, że mogę cię nieźle nauczyć pierogów? – powiedziała pewnego dnia.

– A ty wiesz, że ja mam całkiem dobrą playlistę do sprzątania? – rzuciłam.

Zaśmiałyśmy się. Nowe zasady były proste: szczerość, pomoc, ale bez wchodzenia sobie na głowę. Ustaliłyśmy też coś ważnego – raz w tygodniu każda z nas ma „swój dzień”. Może wyjść, gdzie chce. Teściowa wróciła do Zdziśka. Nie pytałam, co ich łączy. Ważne, że wracała z tych spotkań uśmiechnięta.

A kiedy ja wychodziłam na kawę z przyjaciółką, zostawiając dom w jej rękach – wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Może nie perfekcyjnie. Ale dobrze. Zamiana ról nie była zemstą. Była lustrem. I chyba obie zobaczyłyśmy w nim coś, czego wcześniej nie widziałyśmy.

Już nie udajemy

Któregoś dnia siedziałyśmy razem na balkonie z herbatą, patrząc na plac zabaw. Ola śmiała się wniebogłosy, ścigając się z koleżanką. Teściowa spojrzała na mnie i powiedziała coś, co zostanie mi w głowie do końca życia:

– Gdybyś kiedyś została teściową… nie bądź taką jak ja.

Uśmiechnęłam się lekko. Już nie musiałam się bronić. Nie musiałam jej nic udowadniać. Ona przestała być „tą straszną babą”, a ja przestałam udawać idealną synową. Zrozumiałyśmy, że każda z nas miała swoje lęki. Ona – przed byciem niepotrzebną. Ja – przed byciem nieakceptowaną. Dopiero kiedy padły maski, coś się otworzyło. Relacja. Taka prawdziwa. Nie zbudowana na obowiązku, tylko na wyborze.

Od tamtej pory, kiedy znajomi narzekają na swoje teściowe, nie śmieję się już ironicznie. Bo wiem, że czasem wystarczy zamienić się miejscami. Dosłownie albo tylko w głowie. To nie była bajka z morałem. To było życie. I jak to w życiu – czasem trzeba się porządnie potłuc, żeby potem się jakoś poskładać. Już nie jesteśmy wrogami. Nie jesteśmy też przyjaciółkami. Jesteśmy kobietami, które się znają. I to wystarczy.

Zuzanna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama