Reklama

Z Piotrem jesteśmy razem od dziesięciu lat. Dobre małżeństwo – stabilne, przewidywalne. Może nie szalone, ale pełne szacunku. Z teściową Marią, od zawsze miałam poprawny kontakt. Nigdy mnie nie obraziła, ale też nigdy nie dała się do siebie zbliżyć. Trzyma dystans – chłodny, uprzejmy, nienaruszalny.

Jest jedna rzecz, która niezmiennie mnie zachwyca. Faworki. Teściowa przynosi je nie tylko na tłusty czwartek, ale też na każde rodzinne święto – kruche, lekkie, rozsypujące się w ustach. Każdy się nimi zachwyca, a ja, jak zawsze, pytam o przepis. I jak zawsze słyszę to samo: „To taka stara receptura. I tak ci nie wyjdą, Joasiu.” Uśmiech, gest ręką i temat ucięty. Z początku mnie to bawiło. Potem irytowało. A teraz? Teraz zwyczajnie boli. Bo ile razy można być traktowaną jak jakiś intruz? Przecież jestem częścią tej rodziny. Czy nie?

Po ostatnim obiedzie stałam przy zlewie, Piotr ścierał blaty. Rzuciłam:

– Twoja mama znowu odmówiła.

– Znasz ją. Lubi mieć swoje sekrety – odparł beztrosko.

A ja poczułam to znajome ukłucie. Już nie chodziło o ciastka. Chciałam przynależeć. Ale może te faworki były znakiem, że nigdy naprawdę nie będę "jedną z nich".

Zdenerwowałam się

– Może dziś zdradzisz mi ten tajemniczy przepis? – zagadnęłam teściową, odkładając pusty talerz. – Bo naprawdę… te faworki są jak z innego świata.

Uśmiechnęła się, ale coś w jej spojrzeniu pękło.

– Oj, Joasiu… po co ci to? I tak nie wyjdą. Zresztą, kto by dziś jeszcze robił faworki od podstaw. Kup sobie gotowe – rzuciła z udawaną lekkością, po czym spojrzała na Piotra. – Piotruś, pomóż mi z tortownicą, kochanie.

I już. Temat ucichł. Jak zawsze. Zacisnęłam dłonie na serwetce, czułam, że się rumienię. Wszyscy przy stole zamilkli.

– Czy ja naprawdę jestem aż tak obca, że nie mogę dostać głupiego przepisu?! – powiedziałam głośno, zbyt głośno.

Maria spojrzała na mnie. Nie złością. Smutkiem. Spuściła wzrok i zaczęła zbierać talerze.

– Asiu… – Piotr szepnął ostrzegawczo.

– Nie, powiedzcie mi. Co w tym jest takiego tajnego? Czemu każdy może jeść, każdy może chwalić, ale ja – żona Piotra, członek tej rodziny – nie mogę poznać przepisu?

Basia próbowała rozładować atmosferę:

– Może mama po prostu nie pamięta dokładnie. Wiesz, starsze pokolenie robi wszystko „na oko”...

– Basiu, proszę cię – przerwałam. – Ona wie. Doskonale wie.

Maria milczała. Jej twarz była blada. Nawet nie spojrzała w moją stronę, tylko pospiesznie wyszła z kuchni. Zapanowała cisza. Taka ciężka, że nawet dzieci przestały rozmawiać. Patrzyłam za nią, a w głowie już buzowało. Coś jest nie tak. To nie była zwykła niechęć.

Pokłóciłam się z mężem

– No to może teraz mi powiesz, co tu się właściwie dzieje? – zapytałam, gdy tylko zamknęły się za ostatnimi gośćmi drzwi. Jeszcze nie zdążyłam zdjąć obrusa ze stołu, a już czułam, że zaraz wybuchnę.

– Asiu, proszę cię… nie zaczynaj znowu – Piotr westchnął, opierając się o framugę kuchni.

– Nie zaczynaj? Naprawdę?! Po tym, jak twoja matka po raz kolejny zrobiła ze mnie idiotkę przed całą rodziną?

– Przesadzasz. Nikt tak na to nie patrzył.

– A jak, według ciebie, ja mam na to patrzeć? Od dziesięciu lat jestem w tej rodzinie i nadal mam status obcej. Nie zasługuję nawet na przepis na ciastka.

– Joanna… – powiedział z tym tonem, który miał mnie niby uspokoić, a zawsze tylko podnosił mi ciśnienie. – To są tylko faworki.

– Nie, Piotr. To nie są „tylko faworki”. Chodzi o to, że coś ukrywacie. I mam dość tej zmowy milczenia.

Widziałam, jak jego twarz twardnieje. Nie był już spokojny.

– Nikt nic nie ukrywa. Po prostu mama taka jest. Zawsze miała swoje tajemnice. I nie, nie wiem, dlaczego nie chce ci dać tego przepisu.

– Kłamiesz – syknęłam. – Wiesz. Wiesz, tylko nie chcesz powiedzieć.

Piotr odwrócił się i podszedł do okna.

– Może… może to ma jakiś sentyment. Może coś ją to kosztowało. Nie wiem.

– Przestań – przerwałam. – Skoro chodzi o coś więcej niż mąkę i jajka, chcę wiedzieć. Mam prawo.

Wtedy odwrócił się gwałtownie.

– Masz prawo?! Do czego jeszcze chcesz mieć prawo, Joanna?! To tylko przepis! Nie możesz odpuścić?!

Zamarłam. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy.

– To nie o przepis chodzi – powiedziałam cicho. – Chodzi o to, że mnie po prostu nie lubi.

Odwróciłam się i wyszłam z kuchni. A Piotr nie zatrzymał mnie ani słowem.

Nic z tego nie rozumiałam

Tydzień później wszycy nocowaliśmy u teściowej. Około pierwszej w nocy usłyszałam stłumione głosy z kuchni. Schodząc po cichu po schodach, poczułam znajome napięcie w żołądku. Maria i Basia. Ich szepty niosły się cicho, ale wystarczająco wyraźnie.

– Ona nie przestanie pytać – powiedziała Basia. – Dzisiaj to już prawie wybuchła.

– Wiem – westchnęła Maria. – Ale nie mogę. Nie potrafię jej tego powiedzieć. To moja tajemnica.

Może gdyby wiedziała, zrozumiałaby. To tylko przepis, mamo…

– Nie, Basieńko. To nie tylko przepis. To wspomnienie tego, co zrobiłam.

Zapadła cisza, a ja zamarłam na schodach.

– Jak mam dać ten przepis dalej? Komukolwiek?

Basia nie odpowiedziała od razu. W końcu wyszeptała:

– Może właśnie dlatego powinnaś.

Wtedy się poruszyłam. Skrzypnęła podłoga. Obie kobiety zamilkły. Zeszłam jeszcze dwa stopnie niżej i stanęłam w progu kuchni.

– Już nie musicie się martwić. I tak wszystko słyszałam – powiedziałam cicho.

Maria spojrzała na mnie, z oczami pełnymi bólu i wstydu. Basia odwróciła wzrok.

– Chyba przyszedł czas, żebyś wszystko usłyszała ode mnie – powiedziała Maria, siadając ciężko przy stole.

Teściowa mi coś wyznała

Siedziałyśmy naprzeciw siebie przy kuchennym stole. Światło lampy było słabe, mleczne. Maria patrzyła w filiżankę, jakby w jej dnie miała odnaleźć odpowiedzi, których bała się wypowiedzieć. W końcu westchnęła.

– Miałam wtedy 26 lat. Twój teść… właściwie, mój ówczesny mąż… był człowiekiem dobrym, ale... nieobecnym. W pracy całe dnie, wieczorami z kolegami, weekendy z gazetą albo przy samochodzie. A ja… byłam sama.

Urwała na chwilę, jakby sprawdzała, czy nie powiem: „Nie chcę tego słuchać”. Ale ja tylko skinęłam głową.

Spotkałam kogoś. Nie planowałam tego. To był chłopak z osiedla. Dla niego zostawiłam wszystko. I siebie, i rodzinę. Tyle że… on też miał matkę. Wspaniałą kobietę. Prawdziwą damę. I to ona... dała mi ten przepis.

– Tak po prostu? – szepnęłam.

– Nie. Po długiej rozmowie. Uważała, że stworzę dom z jej synem. Wtedy podała mi zeszyt. Z tym przepisem. A ja… zamiast się odwdzięczyć, zdradziłam i jego, i ją. Odeszłam po roku.

Maria odchyliła się na krześle. W oczach miała łzy.

– A potem wróciłam do ojca Piotra, zaczęłam robić faworki. Te faworki. One były moją pokutą. Czymś, co przypominało mi, co straciłam, kogo zraniłam. Przysięgłam sobie, że nikomu tego przepisu nie dam.

Zamarłam. Czułam, jak gardło zaciska się od słów, których nie potrafiłam ułożyć.

– I dlatego… nie mogłam dać go tobie, Asiu.

– Ale przecież ja nie chciałam zabrać ci niczego – powiedziałam cicho.

Maria tylko spojrzała na mnie z cieniem smutku.

– Wiem. Ale czasem nasze lęki nie słuchają logiki.

A jednak się przełamała

Teściowa zadzwoniła do mnie zupełnie niespodziewanie, późnym wieczorem. Jej głos brzmiał inaczej niż zwykle – trochę jakby się czegoś obawiała, trochę jakby nie miała już siły trzymać tego w sobie.

Jesteś jutro wolna? – zapytała krótko.

– Tak… A o co chodzi? – spytałam, choć serce zabiło mi mocniej. Od razu wiedziałam, że to nie będzie zwykła rozmowa.

– Upiekłabym faworki. Pomogłabyś? – dodała po chwili, niemal szeptem.

Przez chwilę milczałam, zaskoczona. Przepis na jej faworki był czymś, o co tyle razy bezskutecznie prosiłam. Nigdy nie chciała się nim podzielić. A teraz – zapraszała mnie do siebie.

Przyszłam punktualnie, z bijącym sercem. Maria czekała już w kuchni. Na stole leżała mąka, żółtka, trochę masła i buteleczka spirytusu. Pachniało olejem i czymś znajomym, czego nie umiałam nazwać.

– Siadaj. Zobaczysz wszystko od początku do końca. – Bez uśmiechu, ale i bez dystansu. Zaczęła sypać mąkę, wbijać żółtka, mieszać składniki z wprawą, która mówiła więcej niż słowa.

– Wiesz, wiele osób myśli, że w tym jest jakaś tajemnica. Że musi być coś wyjątkowego – zaczęła spokojnie, zerkając na mnie z ukosa. – Ale tu chodzi tylko o cierpliwość. I o żal, który człowiek w siebie wbija przy każdym wałkowaniu.

Spojrzałam na nią zaskoczona.

– Żal?

Maria wzruszyła ramionami.

– Czasami tyle człowiek w sobie niesie, że musi to gdzieś upchnąć. Ja upycham w cieście. Dlatego zawsze wychodzą mi chrupiące.

Wałkowałyśmy razem, kroiłyśmy paski, przeplatałyśmy ciasto przez środek. Maria pokazywała mi każdy ruch, jakby wreszcie mogła oddać komuś swój ciężar. W końcu usiadłyśmy przy kuchennym stole, z talerzem jeszcze ciepłych faworków między nami.

– Teraz już wiesz wszystko.

Ugryzłam kawałek, czując, jak z moich oczu nagle płyną łzy. Maria patrzyła w okno, udając, że nie widzi.

– Dziękuję – wyszeptałam, bo na więcej nie było mnie stać.

– To tylko faworki, Joanno. A może aż faworki.

Joanna, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama