Reklama

Spędziłam w kuchni trzy doby. Kotlety rozbijałam i panierowałam własnoręcznie, sos pieczeniowy redukowałam godzinami, a ciasta wyrastały pod moim czujnym okiem, jakbym pilnowała skarbu narodowego. Chciałam, żeby ten dzień był idealny nie tylko dla mojego synka, ale też dla całej rodziny.

Chciałam raz na zawsze zamknąć usta krytykom, a zwłaszcza jej. Kiedy jednak przy uroczystym obiedzie zapadła cisza, a moja teściowa z kwaśną miną wygłosiła swoje zdanie, coś we mnie pękło. To nie był już tylko spór o jedzenie. To była walka o moją godność, którą toczyłam w milczeniu od lat, a która tego popołudnia wybuchła z siłą wulkanu.

Chciałam zrobić wszystko sama

Decyzję o tym, że przyjęcie z okazji chrzcin naszego syna, Leona, odbędzie się w domu, podjęłam właściwie sama. Mój mąż, Paweł, od początku kręcił nosem, sugerując lokal, bylebym nie musiała stać przy garach.

– Kochanie, po co masz się męczyć? – pytał, gładząc mnie po plecach, gdy wieczorem przeglądałam przepisy. – Mamy trochę odłożonych pieniędzy, a ty i tak jesteś zmęczona przy małym. Zamówmy catering albo zróbmy to w restauracji.

Nie rozumiał. Dla niego to była kwestia logistyki i wygody. Dla mnie – egzamin. Od kiedy weszłam do tej rodziny, czułam się gorsza od jego matki, Barbary. Kobieta ta potrafiła wejść do mojego domu i przejechać palcem po listwie przypodłogowej, sprawdzając kurz, zanim w ogóle powiedziała „dzień dobry”. Na naszym ślubie głośno zastanawiała się, czy krój sukni na pewno pasuje do mojej figury.

Chciałam jej udowodnić, że jestem idealną panią domu. Że potrafię zająć się dzieckiem, utrzymać porządek i przygotować ucztę dla dwudziestu osób. To była moja ambicja i pułapka, którą sama na siebie zastawiłam.

– Nie, Paweł – odpowiedziałam stanowczo. – Zrobię to sama. Chcę, żeby było domowo, rodzinnie. Poza tym zbieramy na remont łazienki, każda złotówka się liczy.

Argument finansowy zamknął dyskusję, choć widziałam w oczach męża troskę. Paweł, dobry człowiek, stał w rozkroku między dwiema najważniejszymi kobietami w swoim życiu i zazwyczaj dla świętego spokoju wolał nie drażnić matki. Tym razem jednak miałam plan: wszystko miało być perfekcyjne.

Byłam zmęczona, ale zadowolona

Przygotowania ruszyły w czwartek. W naszym małym mieszkaniu unosił się zapach gotowanych warzyw, smażonego mięsa i drożdży. Moja mama, mieszkająca na drugim końcu Polski, wspierała mnie telefonicznie, bo zdrowie nie pozwalało jej na przyjazd.

– Pamiętaj, córeczko, nie musisz nikomu nic udowadniać – powtarzała, gdy ja siekałam trzeci kilogram sałatki jarzynowej. – Jesteś wspaniałą matką i żoną.

– Wiem, mamo. Ale wiesz, jaka jest Barbara. Jeśli zamówię catering, powie, że jestem leniwa i marnuję pieniądze jej syna. Jeśli zrobię sama i coś nie wyjdzie, powie, że jestem nieudolna. Musi być idealnie.

W sobotę wieczorem, dzień przed chrzcinami, ledwo stałam na nogach. Leoś ząbkował i marudził, a ja kończyłam dekorować tort. Byłam wykończona, ale patrząc na zastawiony stół – półmiski z wędlinami, pasztety, sałatki, marynaty – czułam dumę. Wszystko wyglądało jak z żurnala.

– Wygląda to niesamowicie – przyznał Paweł, całując mnie w czoło. – Ale martwię się o ciebie. Jesteś blada.

– Wyśpię się po chrzcinach – rzuciłam, choć przy ząbkującym niemowlaku była to mrzonka. Noc była krótka, wstawałam do małego mechanicznie, wciąż analizując listę zadań. Gdy wzeszło słońce, adrenalina wzięła górę nad zmęczeniem.

Myślałam, że najgorsze za mną

Ceremonia w kościele była piękna, mimo że Barbara musiała skomentować „zbyt skromny” becik Leosia. Zacisnęłam zęby, skupiając się na synku, który wyglądał jak aniołek, gdy ksiądz polewał jego główkę wodą.

Po powrocie goście rozsiedli się przy stole. Było ciasno, ale przytulnie. Czułam na sobie wzrok rodziny Pawła. Wiedziałam, że tutaj jedzenie to temat numer jeden – każde spotkanie to festiwal oceniania soczystości schabowego i stopnia doprawienia zupy. Wniosłam wazę z rosołem. Złocisty, klarowny, z domowym makaronem wałkowanym do północy. Rozlałam zupę do talerzy, a przy stole zapadła cisza przerywana brzękiem łyżek.

– Dobry – mruknął wujek Staszek, któremu rzadko co smakowało. – Naprawdę solidny rosół.

Uśmiechnęłam się z ulgą, zerkając na teściową. Jadła powoli, z miną, jakby przeżuwała cytrynę, ale milczała. Brak krytyki był u niej najwyższą formą pochwały. Poczucie pewności siebie wróciło. Najgorsze za mną.

Wniosłam dwa dania główne: kotlety schabowe z ziemniakami i rolady wołowe w sosie własnym, kluski śląskie oraz modrą kapustę. Klasyka, którą Barbara uwielbiała. Zapachniało kminkiem i boczkiem. Goście nakładali spore porcje, chwaląc wygląd dań. Paweł patrzył na mnie z dumą. Usiadłam w końcu do stołu, biorąc Leosia na kolana, by go nakarmić. Byłam pewna, że już po wszystkim. Wygrałam.

Teściowa wytrąciła mnie z równowagi

Rozmowy toczyły się swobodnie, wszyscy jedli ze smakiem. Nagle teściowa odłożyła widelec. Cichy dźwięk metalu o porcelanę przebił się przez gwar. Otarła usta serwetką, westchnęła i spojrzała prosto na mnie.

– Wiesz, Alicjo – zaczęła tonem ociekającym fałszywą troską i jadem. – Kotlety są trochę suchawe. A sos... no cóż, brakuje mu głębi.

W pokoju nagle zrobiło się cicho. Kuzynka Ania, wiedząc, ile pracy włożyłam w ten obiad, przestała przeżuwać.

– Mamo, co ty mówisz? – odezwał się Paweł, choć mało stanowczo. – Wszystko jest pyszne.

Barbara machnęła ręką, jakby odpędzała natrętną muchę.

– Pawełku, ty zawsze zjesz wszystko, co ci dadzą. Ale bądźmy szczerzy. Przy takiej okazji... – zawiesiła głos, szukając poparcia u gości, którzy wbili wzrok w talerze. – Catering byłby o wiele lepszy niż to, co ugotowała twoja żona. Przynajmniej mięso dałoby się normalnie pokroić, a nie szarpać. Szkoda, że poskąpiliście grosza na gościach.

Zamarłam. Krew odpłynęła mi z twarzy, by po chwili wrócić, barwiąc policzki na czerwono. Trzy dni katorgi. Nieprzespane noce. Ból pleców. Wszystko po to, by przy pełnym stole usłyszeć, że jestem skąpa i nie umiem gotować. Zawsze w takich chwilach milczałam dla dobra rodziny. Ale teraz zmęczenie i poczucie niesprawiedliwości wzięły górę. Odstawiłam butelkę Leosia i wstałam powoli.

– Słucham? – zapytałam dziwnie spokojnym głosem, choć w środku dygotałam.

– No mówię tylko, że catering byłby profesjonalny – powtórzyła Barbara, nieświadoma przekroczenia czerwonej linii. – Nie każdy ma talent kulinarny, moja droga. Nie ma się co obrażać, trzeba znać swoje miejsce.

Miałam dość jej plucia jadem

– Moje miejsce? – powtórzyłam, patrząc na Pawła. Siedział z otwartymi ustami, bezradny. Zrozumiałam, że nikt mnie nie obroni, jeśli sama tego nie zrobię.

– Barbara – powiedziałam głośno, pomijając wymaganą formę „Mamo”. – Spędziłam w kuchni siedemdziesiąt dwie godziny. Z małym dzieckiem przy piersi. Zrobiłam wszystko sama, od podstaw, żeby ugościć twoją rodzinę najlepiej, jak potrafię. To mięso, które rzekomo jest suche, wszyscy inni jedzą ze smakiem i biorą dokładki.

– Nie unoś się, dziecko – prychnęła. – Prawda w oczy kole?

– To nie jest prawda, to jest twoja złośliwość – przerwałam jej ostro. Goście wstrzymali oddech. – Od pięciu lat nie usłyszałam od ciebie ani jednego dobrego słowa. Wszystko jest źle. Zupa za słona, podłoga za brudna, ja zbyt wymalowana, potem znów za skromna. Mam tego dosyć.

Jak ty się do mnie odzywasz?! – Barbara poczerwieniała. – We własnym domu syna będziesz mnie obrażać? Paweł, słyszysz to?!

Paweł wstał, przerażony.

– Mamo, Alicja ma rację, bardzo się napracowała... – zaczął nieśmiało.

Ty też przeciwko mnie?! – krzyknęła, teatralnie łapiąc się za serce. – Ja tu tylko wyrażam opinię, chcę dla was dobrze, żebyście się nie kompromitowali przed ludźmi takim jedzeniem, a wy mnie atakujecie?

– Kompromitacją – weszłam jej w słowo, czując pulsującą adrenalinę – jest to, że siedzisz przy stole, jesz darmowy obiad, przygotowany z sercem przez matkę twojego wnuka, i plujesz jadem. Jeśli catering byłby lepszy, to proszę bardzo. Następnym razem zapraszam cię do restauracji. Ale rachunek zapłacisz sama. A teraz, jeśli ci nie smakuje, nikt cię nie zmusza do jedzenia. Talerz możesz odstawić.

Absolutna cisza. Słychać było tylko zegar. Barbara siedziała z otwartymi ustami – nikt nigdy tak jej nie odpowiedział. Zawsze wszyscy chodzili wokół niej na palcach. Wstała gwałtownie, przewracając krzesło.

–Moja noga więcej tu nie postanie! – krzyknęła. – Wychodzę! Paweł, jak zmądrzejesz i zmienisz żonę, to zadzwoń.

Wzięła torebkę i ruszyła do wyjścia. Paweł chciał ruszyć za nią, ale zatrzymałam go wzrokiem.

– Zostań – powiedziałam stanowczo. – To są chrzciny twojego syna. Twoje miejsce jest tutaj.

Paweł zatrzymał się w pół kroku. Spojrzał na matkę szarpiącą się z zamkiem płaszcza, a potem na mnie i na Leosia. Wrócił na swoje miejsce. Drzwi wejściowe trzasnęły z taką siłą, że tynk posypał się z framugi.

Nie dam się tak traktować

Atmosfera była gęsta. W końcu wujek Staszek odkaszlnął.

– No... to może napijemy się kompotu? – zapytał, próbując rozładować napięcie. – A roladki, Alu, naprawdę pyszne. Baśka zawsze miała trudny charakter, nie przejmuj się.

Powoli rozmowy wróciły. Ludzie zaczęli jeść, niektórzy uśmiechali się do mnie pokrzepiająco. Kuzynka Ania ścisnęła moją rękę pod stołem.

Dobrze zrobiłaś – szepnęła. – Ktoś musiał to w końcu powiedzieć.

Reszta przyjęcia minęła w dziwnej atmosferze ulgi zmieszanej z napięciem. Widziałam przygaszonego Pawła, wiedziałam, że będzie go to gryzło. Kiedy ostatni goście wyszli, a Leoś zasnął, usiedliśmy w kuchni pośród stosów naczyń.

– Jesteś na mnie zły? – zapytałam.

– Nie zły – westchnął Paweł. – Po prostu... to było straszne. Matka na pewno zrobi z siebie ofiarę przed całą rodziną.

– Nie wyrzuciłam jej. Sama wyszła. I nie pozwoliłam jej się obrażać. Paweł, zrozum, ja tak dłużej nie mogłam. Chciałam, żebyś był ze mnie dumny, a ona sprawiała, że czułam się jak śmieć.

Paweł podszedł i objął mnie mocno.

– Jestem z ciebie dumny – powiedział cicho. – Jesteś najdzielniejszą kobietą, jaką znam. I przepraszam, że sam tego nie powiedziałem. Powinienem był cię bronić dużo wcześniej.

Minęły trzy miesiące. Barbara próbowała nastawić rodzinę przeciwko mnie, opowiadając o „synowej z piekła rodem”, ale większość bliskich była świadkami zajścia i miała dość jej tyranii i bezczelnego zachowania. Nikt nie stanął po jej stronie.

Nasze relacje z teściową są teraz oficjalne. Nie odwiedza nas. Paweł jeździ do niej raz na dwa tygodnie z Leosiem, ale beze mnie. Mam spokój. Nie muszę szorować fug szczoteczką przed jej wizytą ani słuchać o przesolonej zupie. Tamta awantura oczyściła atmosferę – Paweł zrozumiał, że musi wybrać między humorami matki a szacunkiem do żony. Wybrał nas. Wczoraj mąż zapytał o imprezę urodzinową dla Leosia. Uśmiechnęłam się.

– Wiesz co? Zamówimy catering. Albo pizzę. Szkoda życia na stanie przy garach dla kogoś, kto tego nie doceni. Mamy ważniejsze rzeczy do roboty, na przykład bycie szczęśliwą rodziną.

Czasami trzeba uderzyć pięścią w stół, żeby w końcu zrobiło się cicho i spokojnie. Nawet jeśli ten stół jest zastawiony najlepszą porcelaną.

Alicja, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama