„Teściowa przyjeżdża do mnie w gości z własną wałówką. Pluje moimi obiadami i wypomina, że nie znam przepisu na bigos”
„Teściowa twierdzi, że jestem złą gospodynią i najpewniej niedługo zagłodzę jej synka. Czego bym nie ugotowała, i tak jej nie dogodzę. Przywozi do nas całe siaty wypakowane słojami z tłustą wałówką, powtarzając, że Łukaszek musi jeść porządnie”.

- Redakcja
Z Łukaszem tworzymy zgrany duet. Poznaliśmy się sześć lat temu, od trzech jesteśmy małżeństwem. Na razie nie mamy dzieci. Oboje jesteśmy jeszcze przed trzydziestką i chcemy najpierw rozwinąć swoje kariery, nacieszyć się młodością i sobą, a dopiero później planować rodzinę. Zależy nam też, żeby przed narodzinami naszej pociechy kupić własne mieszkanie, a najlepiej domek pod miastem.
– Ten wynajem już mnie powoli zaczyna wyprowadzać z równowagi. Człowiek płaci za ciasną kawalerkę w bloku jak za przysłowiowe zboże i nic nie ma do gadania. Nie dość, że rzeczy w ogóle się nie mieszczą i trzeba z przymusu być minimalistą, to do tego jeszcze właścicielom wiecznie coś nie pasuje – narzekałam jakiś czas temu do męża.
– Patka, ja też mam dość tego życia na walizkach. Ale idzie nam coraz lepiej w pracy. Ja może niedługo dostanę awans na managera działu, twoja działalność też się rozwija. Powoli odkładamy oszczędności na wkład własny. Nie ma co oszczędzać każdego grosza, żeby szybciej wziąć kredyt albo rezygnować z marzeń i kupować tanią norę za ogromne pieniądze – tłumaczył mi Łukasz, a ja w głębi duszy przyznawałam mu rację.
Tworzymy naprawdę dobre małżeństwo
Owszem, narzekałam na to, że niemal trzy tysiące złotych co miesiąc trafia na konto właściciela mieszkania. Ale nie chciałam też brać kredytu, który byłby ponad nasze siły, czy rezygnować z fajnego stylu życia, jaki dotychczas prowadziliśmy, na rzecz restrykcyjnych oszczędności. Tak naprawdę żyjemy sobie całkiem wygodnie i jesteśmy razem szczęśliwi.
Mój mąż pracuje w dużej firmie w dziale handlowym. Ja z wykształcenia i pasji jestem dietetyczką. Nie pracowałam jednak na etacie. Od zawsze marzyło mi się coś swojego, dlatego powoli budowałam własną bazę klientów. Zarejestrowałam działalność i doradzałam ludziom, jak zmienić nawyki żywieniowe, żeby nie tylko pozbyć się nadprogramowych kilogramów i zyskać wymarzoną sylwetkę, ale przede wszystkim zadbać o kondycję i zdrowie. Kochałam to.
– Jesteśmy tym, co jemy – doskonale pamiętam słowa jednej z pań profesor na studiach, która powtarzała nam je niemal podczas każdych zajęć.
Nieco podśmiewaliśmy się z tej wiekowej pani, każącej wkuwać na pamięć tabele z wartościami kalorycznymi, zawartością białek, tłuszczów, węglowodanów, witamin i minerałów w popularnych produktach. Takie dane w końcu zawsze można sprawdzić. To już nie czasy, gdy po informacje trzeba było zaglądać do podręczników i encyklopedii dostępnych jedynie w specjalistycznych czytelniach. Kobieta była starej daty, ale o trzeba jej przyznać, że o zdrowym żywieniu naprawdę wiedziała wszystko. I mówiła o tym z prawdziwą pasją, którą potrafiła zarażać.
Znalazłam swój cel w życiu
To ona zaszczepiła u mnie aż takie zamiłowanie do dietetyki. Wcześniej nie wiedziałam, co tak naprawdę chcę robić w życiu. Teraz byłam naprawdę zadowolona ze swojego wyboru i, krok po kroku starałam się budować zawodową przyszłość. Nie przerażał mnie ani wciąż rosnący ZUS, ani podatki. I wcale nie miałam ochoty przechodzić gdzieś na etat.
– A nie lepiej byłoby podłapać porządną posadę w szpitalu, szkole czy fabryce produkującej żywność? Tam potrzebują dietetyków i nieźle im płacą. A praca w takim szpitalu, to też prestiż – co jakiś czas powtarzała moja matka, która niegdyś marzyła, że któreś z jej dzieci pójdzie na medycynę i zostanie szanowanym lekarzem.
– Tutaj pracuję na własny rachunek. Buduję markę i wiem, że w przyszłości przyniesie to profity – tłumaczyłam jej.
– Ale gdybyś była na etacie, pewnie dostalibyście już ten kredyt na własne mieszkanie i nie dorabiali obcych ludzi – zawsze przy takich okazjach wytaczała mocne działo.
– Moja działalność się rozwija i niedługo będzie nas stać na spełnianie marzeń – kończyłam dyskusje.
Matka, jak to matka, chciała dla mnie dobrze i nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że swoimi gadkami podcina mi skrzydła. Na szczęście byłam młoda, pełna entuzjazmu i wiary, że wszystko jest możliwe, a marzenia są po to, aby do nich dążyć. Nie pozwalałam, żeby mi wmówiła, że moja życiowa ścieżka nie ma sensu i koniecznie trzeba z niej zawrócić, żeby nie obudzić się w ślepym zaułku, z którego już nie będzie odwrotu.
Teściowa w ogóle mnie nie rozumie
Ale to nie matka była moim problemem. Na ogół potrafiłam się z nią dogadać i spacyfikować jej rady dawane w dobrej wierze. Prawdziwy problem miałam z teściową. Magdalena, tak wszyscy się do niej zwracali, bo nie cierpiała zdrobnień, była kobietą po sześćdziesiątce. Łukasza urodziła, gdy dobiegała już czterdziestki, dlatego dmuchała na niego i chuchała. Nie, mój mąż nie był jedynakiem. Miał starszą o piętnaście lat siostrę, Agnieszkę. Ona jednak tuż po maturze wyjechała za granicę, szybko wyszła za mąż i do domu wracała przeciętnie dwa razy do roku – na Boże Narodzenie i kilkudniowy urlop latem.
Siłą rzeczy teściowa całą miłość przelała na synka. A ta jej matczyna miłość wyrażała się głównie w podkarmianiu go pysznościami. Na zdjęciach z dzieciństwa mój Łukasz jest po prostu pulchny. Na pamiątkowych fotkach z podstawówki doskonale widać różnicę pomiędzy nim, a innymi dziećmi. Na tle maluchów wyglądał na co najmniej kilka lat starszego, bo od zawsze był wysoki i dobrze zbudowany.
Ponoć dopiero pod koniec liceum chłopak wziął się za siebie. Nie tylko miał dość docinków kolegów i koleżanek na temat jego tuszy, ale zwyczajnie czuł, że nie ma żadnej kondycji.
– Wiesz Patrycja, ja w klasie maturalnej czułem się mentalnie niczym staruszek. Nie miałem siły biegać na zajęciach WF-u, granie w siatkówkę było dla mnie niczym maraton. Ba, dostawałem nawet zadyszki podczas wchodzenia po schodach – kiedyś zebrało mu się na szczere wyznania.
– Ale teraz masz energii za trzech – próbowałam się uśmiechnąć, widząc, że wspomnienia ze szkolnych lat są dla niego naprawdę bolesne.
Łukasz się zawziął. Basen, regularne jeżdżenie na rowerze, spacery. Później siłownia i bieganie. W to ostatnie tak się wkręcił, że teraz należy do amatorskiego klubu i planuje wziąć udział w zawodach na trzydzieści kilometrów. Gdy go poznałam na studiach, schudł już dobre kilkadziesiąt kilogramów. W najgorszym możliwym okresie wskazówka na wadze ponoć przekroczyła sto trzydzieści kilogramów. Teraz waży niecałe osiemdziesiąt przy wzroście 182 cm i jest nie tylko zadowolony ze swojego wyglądu, ale przede wszystkim pełen energii.
Wszyscy cieszą się z jego sukcesu i podzielają konsekwencję w prowadzeniu zdrowego stylu życia. Wszyscy, oprócz jego matki. Ona uważa, że jej synek strasznie zmizerniał i najpewniej głoduje. Za sytuację tę obwinia nie kogo innego, tylko mnie. Chociaż na dietę Łukasz przeszedł na długo przed tym, zanim mnie poznał.
Mamusia twierdzi, że zagłodzę jej synka
W każdym razie kochająca mamusia twierdzi, że to wszystko moja sprawka. Skąd wiem? Bo jakiś czas temu przestała się krygować i zwyczajnie mi to powtarza. Podczas każdej wizyty u nas pokazuje swoje niezadowolenie. Ba, ona przyjeżdża do nas w gości ze swoją własną wałówką. Naprawdę, przywozi całe siatki słoików, pojemników i torebek wypakowanych jedzeniem.
Później z namaszczeniem wypakowuje to wszystko i ustawia na naszym kuchennym blacie. Domowe gołąbki, cielęce pulpety, góry pierogów z mięsem, pomidorowa z makaronem, zawiesiste sosy, pieczone żeberka, smażone wątróbki. Jakieś galarety na golonce, własnoręcznie pieczone boczki, swojskie kiełbasy i kaszanki zakupione u zaprzyjaźnionego rzeźnika, pączki z marmoladą i cukrem pudrem. A nawet słoiczki z domowym smalcem.
– Smalczyk z cebulką jest najlepszy. Pyszny do kanapek, a i do ogrzania pierogów się sprawdzi. Łukaszek zawsze uwielbiał moje pierożki smażone na tym smalczyku, z kawałkami boczku – gdy to mówi, jej oczy niemal się świecą. – Ale cóż, teraz tutaj panują inne rządy – kończy i patrzy na mnie z wyrzutem.
Na co dzień jestem wegetarianką. No może nie do końca, bo od czasu do czasu pozwalam sobie na fileta z kurczaka, domowy rosół czy kotleta schabowego. Ale mięso jem z umiarem, dlatego na naszym stole królują głównie potrawy z dużą ilością warzyw, roślin strączkowych, owoców, ryb. Jemy lekko, ale zdrowo. Staramy się urozmaicać naszą dietę.
Jako dietetyczka doskonale wiem, że ludzki organizm potrzebuje dobrze zbilansowanego jadłospisu, dlatego nie zapominam, żeby w obiadach przygotowywanych dla Łukasza znalazły się białka. Mój mąż je więcej mięsa ode mnie. Ale zdrowego i chudego mięsa, a nie samych tłuszczy i cukrów.
Teściowa twierdzi jednak, że jestem bardzo złą gospodynią i najpewniej niedługo zagłodzę jej synka. Wciąż wypomina mi, że nie znam przepisu na bigos.
– Domowy bigos z porządną wkładką z mięska, kiełbasy i boczku to podstawa. Do tego suszony grzybek, śliweczka, odrobina majeranku – powtarza z uporem maniaka.
Przy okazji ostatniej wizyty znowu naprzywoziła kilka dużych słoików tego swojego bigosiku i zaczęła wykład.
– Bigos to bigos, nie ma sobie równych – gderała – Już nawet w „Panu Tadeuszu” go gotowali. Pamiętasz? Podczas tego polowania. To staropolskie danie, które powinna potrafić przyrządzić każda porządna gospodyni.
Jej rady doprowadzają mnie do szału
No tak, czyli jej zdaniem ja nie jestem porządna? Jej gadki zaczynają mnie coraz bardziej denerwować. A niestety odwiedza nas coraz częściej, bo ma prywatne wizyty w gabinecie lekarskim w naszym mieście, robi kolejne badania i nocuje w naszym mieszkaniu, żeby zdążyć na poranne godziny.
Powoli tracę już cierpliwość do tego jej gadania o mizerności moich kulinarnych umiejętności. Bigosu robić nie umiem i nie potrzebuję, bo zwyczajnie go nie lubię. Nie uważam też, żeby ta tłusta kapusta z mnóstwem niezdrowych dodatków była zdrowa i potrzebna w naszym domowym jadłospisie. Tylko w jaki niby sposób mam to wytłumaczyć tej kobiecie? Tak się zafiksowała na tym temacie, że ostatnio zadzwoniła nawet do mojej matki poskarżyć, że nie doceniam jej starań i przywożonej wałówki.
– Po co ty Patka walczysz z tą Magdaleną? Weź ten jej bigos, schowaj do szafki, a gotuj tak, jak uważasz za stosowne – dała mi niby oczywistą radę, ale ja nie potrafię tak zrobić.
No litości, jako zawodowa dietetyczka chyba lepiej wiem od tej wiejskiej kobiety, co jest zdrowe. W końcu ona już miała szansę żywić Łukaszka i do czego doprowadziła przez lata? Gdyby nie wyprowadził się spod jej opiekuńczych skrzydeł i nie zawziął się, nie wiadomo, co byłoby teraz. Ile by ważył i jakie wyniki badań by miał. A ona będzie zawzięcie uczyć mnie gotowania? Czy rzeczywiście powinnam zacisnąć zęby i robić dobrą minę do złej gry?
Patrycja, 29 lat
Czytaj także:
„Chciałam od teściowej przepis na pączki na tłusty czwartek, ale mnie wyśmiała. Mam sobie na niego zasłużyć”
„Wysłałam dzieci na ferie do teściowej. Wbiła im do głowy, że grzeszą, bo nie chodzą do kościoła, a to nie wszystko”
„Całe życie żyłam w przekonaniu, że dla rodziny trzeba się poświęcać. W końcu się zbuntowałam i postawiłam na siebie”