Reklama

Kiedy teściowa stanęła w moich drzwiach z dwiema wielkimi walizkami i swoim jamnikiem pod pachą, czułam, że moje misternie poukładane życie właśnie chwieje się w posadach. Twierdziła, że to tylko na chwilę, że awaria pieca w środku zimy to siła wyższa. Współczułam jej, naprawdę. Jednak kiedy dni zamieniały się w tygodnie, a hydraulik wciąż nie przychodził, zaczęłam dostrzegać rysy w jej idealnej historii. Prawda okazała się zupełnie inna, niż mogłabym przypuszczać w moich najgorszych scenariuszach.

Zima stulecia w naszym salonie

Wszystko zaczęło się w mroźny wtorkowy wieczór. Wróciłam z biura wykończona po walce o nowy kontrakt, marząc jedynie o gorącej kąpieli. Zamiast tego w przedpokoju potknęłam się o gigantyczną, staroświecką walizkę w kratę.

– Mamo? – Paweł wyjrzał z kuchni, trzymając w ręku telefon. Miał tę minę, którą przybierał zawsze, gdy czuł się bezradny wobec kobiet w swojej rodzinie. – Agata, dobrze, że jesteś. Mamie wysiadło ogrzewanie.

Teresa siedziała na kanapie, opatulona w wełniany koc, trzymając filiżankę mojej ulubionej herbaty – tej na specjalne okazje. Jej jamnik, Fafik, już zdążył zostawić sierść na welurowej tapicerce, którą czyściłam zaledwie dwa dni wcześniej.

– Dziecko kochane – zaczęła swoim melodyjnym, lekko cierpiętniczym głosem. – Wyobraź sobie, piec po prostu zgasł. Serwisant powiedział, że to pompa, że trzeba ściągać części z zagranicy. W domu jest teraz dwanaście stopni. Nie przeżyłabym tam nocy.

Oczywiście, że się zgodziłam. Co innego mogłam zrobić? Wyrzucić matkę męża na mróz? Paweł patrzył na mnie z wdzięcznością, a ja czułam, jak żelazna obręcz zaciska się wokół mojego żołądka. Nasze mieszkanie miało sześćdziesiąt metrów: sypialnia, salon z aneksem i mały pokój służący mi za gabinet.

– To tylko kilka dni, kochanie – szepnął mi do ucha Paweł, gdy ścieliliśmy teściowej łóżko w moim gabinecie. – Jak tylko przyjdzie ta część, mama wraca do siebie.

Wtedy jeszcze wierzyłam, że to kwestia dni. Nie wiedziałam, że to początek oblężenia.

Teściowa była ciężarem

Pierwsze dni upłynęły pod znakiem pasywnej agresji, w której Teresa była mistrzynią świata. Nie krytykowała mnie wprost; ona zadawała pytania.

– Agatko, czy ty na pewno dodajesz ziela angielskiego do rosołu? Taki ma dziwny posmak, pewnie to kwestia gustu, ale Pawełek zawsze wolał moją kuchnię, bardziej tradycyjną.

Albo:

– Nie wiedziałam, że teraz modne jest nieprasowanie ręczników. To takie wygodne, prawda? Oszczędność czasu. Ja bym tak nie potrafiła, czułabym się niechlujnie, ale podziwiam twoje luźne podejście.

Każdego dnia zastawałam w domu małe zmiany. A to sól stała w innej szafce, bo „tam jest bardziej pod ręką”. A to moje kremy w łazience były poukładane inaczej. Fafik spał na mojej poduszce, a Teresa z niewinnym uśmiechem tłumaczyła, że piesek bardzo tęskni za domem. Najgorsze było jednak to, że termin naprawy pieca ciągle się przesuwał.

– Dzwoniłam do serwisu – relacjonowała Teresa przy kolacji, nakładając Pawłowi dokładkę ziemniaków, choć prosiłam, żeby dbał o dietę.

– Powiedzieli, że przesyłka utknęła na granicy. Potem, że majster zachorował na grypę. Teraz podobno brakuje jakiegoś sterownika. To skandal, jak oni traktują starszych ludzi.

Paweł obiecywał, że sam tam zadzwoni, ale Teresa zawsze go powstrzymywała:

– Nie, synku, nie denerwuj się. Ja to załatwię. Ty masz tyle pracy. Nie chcę być ciężarem.

Ale była ciężarem. I to ogromnym. Moja praca cierpiała. Podczas ważnej prezentacji online Teresa weszła w kadr w szlafroku, pytając głośno o zapasowy papier toaletowy. Szef uniósł brwi, a ja spaliłam się ze wstydu.

Wiedziałam, że coś ukrywa

Minął miesiąc. Moja cierpliwość wisiała na włosku. Zaczęłam zauważać niespójności. Teresa rzadko wychodziła, ale kiedy to robiła, zawsze zabierała telefon i szła do łazienki, odkręcając wodę. Raz usłyszałam fragment rozmowy:

– Jeszcze nie teraz... Musisz poczekać... Tak, wiem, że to problem, ale obiecałeś...

Kiedy zapytałam, z kim rozmawiała, odpowiedziała bez mrugnięcia okiem:

– Z apteką, kochanie. Sprawdzałam dostępność moich leków.

Z apteką? Szeptem, przy odkręconej wodzie? Postanowiłam porozmawiać z Pawłem.

To trwa za długo – powiedziałam stanowczo. – Jutro dzwonię do tego serwisu. Jeśli nie mają części, kupimy nowy piec. Ale ona musi wrócić do siebie.

– Agata, ona jest samotna – Paweł westchnął ciężko. – Może po prostu nie chce tam wracać? Tata zmarł trzy lata temu, dom jest duży, pusty... Może ten piec to tylko pretekst?

– Jeśli tak jest, niech to powie. Ale ja czuję, że to coś więcej. Ona coś ukrywa, Paweł. Widzę, jak nerwowo reaguje na listonosza.

Mąż spojrzał na mnie jak na wariatkę, twierdząc, że przesadzam. Nie dałam za wygraną. Następnego dnia wzięłam urlop na żądanie. Poczekałam, aż Teresa wyjdzie na rzekomą wizytę w przychodni i pojechałam do jej domu.

Stanęłam jak wryta

Dom Teresy znajdował się na cichych przedmieściach. Spodziewałam się zastać zimne mury i zasunięte rolety. Zamiast tego, parkując dwie posesje dalej, zobaczyłam dym lecący z komina. Serce zaczęło mi bić szybciej. Jeśli piec był zepsuty, dlaczego ktoś palił w kominku? Podeszłam bliżej, kryjąc się za żywopłotem. Firanki były rozsunięte. W środku nie było nikogo z serwisu. Nie było też pustki.

Po salonie Teresy biegała dwójka małych dzieci. Kobieta w dresie odkurzała jej ukochany perski dywan, a na fotelu mojego nieżyjącego teścia siedział obcy mężczyzna, oglądając telewizję.

Stałam tam jak wryta. Kim są ci ludzie? Teresa wynajęła dom? Sprzedała go? Dlaczego nic nam nie powiedziała, gnieżdżąc się u nas w małym pokoju, zamiast czerpać zyski z wynajmu? Zrobiłam kilka zdjęć jako dowód i wycofałam się.

Wieczorem, gdy mąż wrócił z pracy, a Teresa brała kąpiel, pokazałam mu zdjęcia. Paweł zbladł.

– Kto to jest? Dlaczego oni tam są?

– Nie wiem – szepnęłam. – Ale twoja mama nie ma zepsutego pieca. Ona ma lokatorów. I okłamuje nas od miesiąca.

Jej życie legło w gruzach

Skonfrontowaliśmy się z nią przy kolacji. Atmosfera była gęsta. Teresa trajkotała o znajomej ze sklepu, ale widząc nasze miny, zamilkła.

– Coś się stało? Zupa wam nie smakuje?

Paweł wziął głęboki oddech.

– Mamo, Agata była dzisiaj pod twoim domem.

Teściowa znieruchomiała. Jej twarz stała się kredowobiała, ręce zaczęły drżeć. Trąciła szklankę z wodą, ale nikt się nie ruszył.

– Widziała ludzi w środku – kontynuował Paweł. – Kto to jest? I dlaczego powiedziałaś nam, że piec jest zepsuty?

Teściowa spuściła wzrok, nagle wyglądając na bardzo starą i zagubioną. Cała jej pewność siebie wyparowała.

– To... to taka znajoma rodzina – wyszeptała. – Wynajęli dom na rok.

– Wynajęli? – zdziwiłam się. – Ale dlaczego? Przecież masz emeryturę, oszczędności po tacie...

Teresa zaczęła płakać. To był cichy, bolesny płacz kogoś przypartego do muru.

– Nie mam oszczędności – wyznała, chowając twarz w dłoniach. – Wszystko straciłam.

Zapadła cisza. Okazało się, że pół roku wcześniej Teresa poznała przez internet kogoś, kto obiecywał jej złote góry. Zaufała mu. Zmanipulowana wizją zabezpieczenia przyszłości wnuków, zlikwidowała lokaty i przekazała wszystko.

Wstydziłam się – łkała. – Wstydziłam się powiedzieć, że dałam się oszukać jak naiwna staruszka. Bałam się, że Paweł będzie na mnie zły.

Co gorsza, zaciągnęła pożyczkę na bieżące rachunki. Gdy odsetki zaczęły rosnąć, jedynym ratunkiem było wynajęcie domu, by spłacać długi z czynszu.

– Nie miałam gdzie się podziać – patrzyła na mnie błagalnie. – Pomyślałam, że jeśli powiem o piecu, pozwolicie mi zostać. Że coś wymyślę... Nie chciałam wam przeszkadzać. Ja tylko nie chciałam być bezdomna.

Patrzyłam na nią i cała złość ze mnie uszła. Widziałam przerażoną kobietę, która została sama ze swoim błędem. Jej próby kontroli nad moim domem były desperacką walką o zachowanie godności, gdy jej własne życie legło w gruzach.

Naprawiłyśmy naszą relację

Tej nocy długo rozmawialiśmy. Przejrzeliśmy dokumenty, które trzymała w walizce. Sytuacja była trudna, ale nie beznadziejna. Wynajem pokrywał raty i dawał skromne środki na życie.

– Mamo – powiedziałam nad ranem. – Zostaniesz u nas, ale na naszych zasadach.

Teresa podniosła głowę zaskoczona.

– Naprawdę? Po tym, jak was okłamałam?

– Tak. Ale koniec z rządzeniem w mojej kuchni. Koniec z wchodzeniem mi w słowo podczas pracy. I żadnych tajemnic. Pomożemy ci to jakoś rozwiązać.

Teresa kiwnęła głową, roniąc łzę.

– Przepraszam cię, Agatko. Jesteś lepszą synową, niż na to zasłużyłam.

Minęło pół roku. Teresa nadal z nami mieszka. Wynajem jej domu pozwolił spłacić pożyczkę, a my szukamy większego mieszkania, być może domu z osobnym wejściem.

Kiedy ustaliłyśmy granice, życie pod jednym dachem stało się możliwe. Teresa zajęła się gotowaniem, co odciążyło mnie po pracy. Nadal czasem mnie denerwuje i przestawia filiżanki, ale teraz, gdy znam prawdę o jej strachu i wstydzie, patrzę na to inaczej.

A piec? Okazało się, że w jej domu naprawdę była drobna awaria, którą najemcy naprawili w dwa dni. Ironia losu. Ale dzięki temu „zepsutemu ogrzewaniu” naprawiłyśmy naszą relację, która wcześniej opierała się tylko na uprzejmych uśmiechach i cichej niechęci.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama