Reklama

Od pięciu lat jestem żoną Michała. Mieszkamy w mieście, każde z nas ma pracę, staramy się o dziecko. Bezskutecznie. Co miesiąc ta sama nadzieja i to samo rozczarowanie. Michał mówi: „nie stresuj się”, a potem uciekamy do rutyny – pracy, seriali, niedzielnych obiadów u jego matki Danuty.

Danuta to kobieta konkretna, chłodna, zawsze idealnie uczesana. Nigdy mnie nie zaakceptowała. Nie mówi tego wprost, ale czuć to w jej spojrzeniach, w tonie głosu. Zawsze trochę za grzeczna. Zawsze z tym samym uśmiechem – takim, co mrozi krew.

Kulminacją jej wyższości są faworki na tłusty czwartek. Niby drobiazg, ale przy stole stają się symbolem. Wszyscy je chwalą. Ja też. A potem pytam o przepis.

Ten przepis zabiorę do grobu – mówi Danuta. I uśmiecha się zwycięsko.

I wtedy wiem, że nie chodzi o ciasto. Chodzi o mnie. O to, że w tej rodzinie zawsze będę kimś z zewnątrz.

Teściowa mną pomiatała

– Te twoje faworki to mistrzostwo świata. Naprawdę nie chcesz się podzielić przepisem? – zapytałam z uśmiechem, starając się brzmieć lekko, jakby to była luźna rozmowa, a nie kolejna próba wejścia w jej łaski.

Danuta spojrzała na mnie znad miski z sałatką, bez cienia uśmiechu.

– Nie każdemu trzeba wszystko dawać. Niektóre rzeczy zostają w rodzinie – powiedziała powoli, tonem, jakby rozmawiała z dzieckiem.

Zaległa cisza. Michał sięgnął po sztućce, udając, że nie słyszy. Teść zniknął gdzieś w kuchni. A ja? Uśmiechnęłam się sztucznie, jak idiotka.

– No jasne… Rozumiem – bąknęłam, popijając herbatę, która nagle zrobiła się za gorzka.

Nie rozumiała. I nie, nie chodziło o ciastka. Wiedziałam już, że chodzi o mnie. O to, że nie pasuję. Że nie jestem tą „właściwą” żoną dla jej syna. A przepis to tylko pretekst.

Siedziałam przy tym stole, z tymi ludźmi, od pięciu lat. Wnosiłam sałatki, sprzątałam po obiedzie, pytałam, jak minął dzień. A mimo to wciąż byłam obca. I chyba zawsze będę. W drodze do domu Michał zapytał:

– Jesteś cicha. Coś nie tak?

Chciałam wykrzyczeć, że tak, że jego matka traktuje mnie jak powietrze. Ale tylko wzruszyłam ramionami.

– Nic, po prostu się zmęczyłam – skłamałam.

Bo co innego miałam powiedzieć? Że jego matka mnie nienawidzi, a on nawet tego nie zauważa?

Mąż bronił matki

Wieczorem, kiedy Michał siedział na kanapie z laptopem na kolanach, usiadłam obok. Serce waliło mi jak głupie, chociaż przecież to mój mąż, mam prawo z nim rozmawiać.

– Michał… mogę cię o coś zapytać?

Oderwał wzrok od ekranu, ale nie zamknął go. Już wtedy powinnam wiedzieć, że nic z tego nie będzie.

– Jasne. Co jest?

– Dlaczego twoja mama mnie tak nie lubi?

Zamarł. W końcu zamknął laptopa i westchnął.

– Znowu zaczynasz?

– Znowu? Michał, ona właśnie powiedziała przy stole, że nie poda mi przepisu, bo nie jestem rodziną. I ty siedzisz jakby nigdy nic.

– Przestań. Ona jest specyficzna, wiesz o tym. Ale przecież nie robi ci nic złego.

– Serio? Codziennie, odkąd się poznaliście, czuję się tam jak piąte koło u wozu. Nie rozmawia ze mną, nie patrzy, komentuje wszystko z tym swoim uśmiechem. Ty tego nie widzisz?

Wzruszył ramionami.

Jesteś przewrażliwiona. Takie ma poczucie humoru.

– A może po prostu mnie nie lubi?

– Daj spokój, Justyna… Nie chcę teraz o tym gadać, miałem ciężki dzień.

I poszedł do sypialni, zostawiając mnie na kanapie z poczuciem, że jestem sama. Sama w naszym domu. Sama w naszej rodzinie.

Chciałam, by mnie doceniła

Na kolejny tłusty czwartek postanowiłam się przygotować. Tym razem ja miałam przywieźć faworki. Przez kilka tygodni testowałam przepisy z internetu. Jedne wychodziły za twarde, inne zbyt tłuste, ale w końcu znalazłam coś, co choć trochę przypominało te Danuty. Starannie je ułożyłam w pudełku, posypałam cukrem pudrem. Byłam z siebie dumna. Choć przez chwilę.

W domu teściów położyłam pudełko na stole.

Przyniosłam faworki – powiedziałam z lekkim uśmiechem. – Chciałam też coś przygotować.

Danuta uniosła brwi, otworzyła wieczko, wyjęła jednego faworka i ugryzła kawałek. Przez chwilę żuła w milczeniu, a potem rzuciła z przekąsem:

– No cóż… nie każdy ma rękę do ciasta. Ale próbuj, próbuj.

Zapadła cisza. Michał jak zwykle nie zareagował. Nikt nie powiedział ani słowa. Poczułam, jak robi mi się gorąco, a zaraz potem lodowato. Uśmiechnęłam się krzywo i wyszłam z kuchni. Przedpokój był pusty. Schyliłam się po buty, ale wtedy usłyszałam głosy z drugiego pokoju.

– Po prostu jej nie lubię – powiedziała Danuta do jakiejś ciotki. – A ten przepis to ostatnie, co mam po mojej matce. I na pewno nie dam go byle komu.

Stałam tam chwilę, jak idiotka, z butem w ręce. Wtedy coś we mnie pękło. Przestałam się starać.

Nie chcę już być „byle kim” w jej oczach. Nie potrzebuję jej aprobaty. Ale jeszcze jej pokażę. Jeszcze się zdziwi.

Byłam dumna z siebie

Złość potrafi być twórcza. Przez kolejne tygodnie nie mogłam spać. Budziłam się o piątej rano, parzyłam kawę i zagniatałam ciasto. Przerobiłam dziesiątki przepisów. Czytałam fora, oglądałam filmiki, rozkładałam składniki na części pierwsze. Wyszłam poza faworki Danuty – chciałam stworzyć coś lepszego.

Na początku wychodziły zbyt kruche, potem za tłuste. Ale stopniowo – z każdym błędem – zbliżałam się do czegoś swojego. W końcu, pewnego ranka, wyjąwszy je z oleju, posypałam pudrem i wzięłam do ust pierwszy, chrupiący kawałek. Zamarłam. To był ten moment. Lepsze niż jej.

Dałam spróbować sąsiadce z góry – starszej pani, która znała się na ciastach. Wzięła jednego, potem jeszcze dwa. W końcu powiedziała:

– Pani Justynko, to są najlepsze faworki, jakie jadłam.

Zrobiłam zdjęcie, dodałam przepis i wrzuciłam na bloga kulinarnego, który prowadziłam hobbystycznie. Poszło wiralowo. Ludzie pisali, że smak dzieciństwa, że cudowne, że idealne. Udostępnienia, komentarze, zachwyty.

I po raz pierwszy poczułam, że to nie o faworki chodziło. Chodziło o to, żeby odzyskać siebie. Nie być tą, co siedzi cicho przy stole i się uśmiecha. Tylko kimś, kto też coś znaczy. Dla siebie.

Nie będziemy się lubić

Na kolejny niedzielny obiad przyszłam z podniesioną głową. W pudełku niosłam moje idealne faworki. Michał nic nie powiedział, gdy zobaczył je na blacie w kuchni. Teściowa tylko rzuciła krótkie:

– A to co znowu?

– Moje – odpowiedziałam spokojnie. – Chciałam, żebyście spróbowali.

Po obiedzie ciocia Halina sięgnęła po jednego. Potem drugi. I nagle zaczęły znikać, jeden po drugim. Nawet teść, który zwykle się nie odzywa, powiedział:

– Dobre. Bardzo dobre. Inne, ale dobre.

Danuta nie ruszyła ani jednego. Siedziała sztywno, jakby połknęła kij. Widziałam, jak zaciska usta. Potem wyszła do kuchni, a ja poszłam za nią. Wzięłam głęboki oddech.

– Nie potrzebuję już twojego przepisu. Mam swój. I nie potrzebuję też twojego uznania.

Nie odpowiedziała od razu. Wytarła ręce w ściereczkę, odwróciła się i spojrzała na mnie tym swoim chłodnym wzrokiem.

– Wreszcie mówisz ludzkim głosem – powiedziała. – Może nie jesteś taka bezbarwna, jak myślałam.

Uśmiechnęła się, jakby to był komplement. A może tak właśnie wyglądał jej sposób okazywania szacunku. Nie odpowiedziałam. Nie musiałam. Po prostu odwróciłam się i wyszłam z kuchni, zostawiając ją samą z tymi pustymi talerzami.

W salonie Michał podniósł wzrok znad telefonu.

– Wszystko okej?

– Tak – powiedziałam. – Po prostu musiałam coś wyjaśnić.

Justyna, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama