„Teściowa popsuła mi i mężowi dzień zakochanych. Wpadła na naszą walentynkową kolację jak na niedzielny obiad”
„Kiedy usłyszałam, że zamiast romantycznej kolacji we dwoje czeka nas wieczór z moją teściową, poczułam, jak cała magia ulatuje niczym powietrze z przebitego balonu. Byłam wściekła, rozczarowana i absolutnie pewna, że to będą najgorsze walentynki w moim życiu”.

- Redakcja
Kupiłam tę sukienkę miesiąc wcześniej, ukrywając ją głęboko w szafie, by Karol jej nie zauważył. To miał być nasz wieczór, odskocznia od codziennego pędu, pracy po godzinach i wiecznego zmęczenia, chwila tylko dla nas dwojga przy blasku świec. Kiedy usłyszałam, że zamiast romantycznej kolacji we dwoje czeka nas wieczór z moją teściową, poczułam, jak cała magia ulatuje niczym powietrze z przebitego balonu. Byłam wściekła, rozczarowana i absolutnie pewna, że to będą najgorsze walentynki w moim życiu. Nie wiedziałam jednak, że ten absurdalny, pełen narzekań wieczór nauczy mnie o miłości i bliskości więcej, niż jakikolwiek idealny scenariusz filmowy.
Liczyliśmy się tylko my
Dla wielu kobiet walentynki to komercyjne święto, pretekst do kupowania pluszowych misiów i czekoladek. Dla mnie i Karola to była jednak tradycja, świętość, której pilnowaliśmy od dziesięciu lat. Od czasu naszych pierwszych randek, jeszcze na studiach, zawsze spędzaliśmy ten wieczór w wyjątkowy sposób. Czasami było to wyjście do drogiej restauracji, innym razem maraton filmowy pod kocem, ale zasada była jedna: żadnych telefonów, żadnych gości, żadnych problemów świata zewnętrznego. Liczyliśmy się tylko my.
W tym roku miało być wyjątkowo uroczyście. Karol awansował, ja w końcu zamknęłam trudny projekt w firmie, więc czuliśmy, że zasłużyliśmy na odrobinę spokoju. Zaplanowałam kolację w domu, ale w stylu, którego nie powstydziłby się najlepszy szef kuchni. Od rana marynowałam polędwiczki, przygotowywałam mus czekoladowy i układałam playlistę z naszymi ulubionymi jazzowymi kawałkami. Mieszkanie lśniło, świece czekały na zapalenie, a ja czułam to przyjemne mrowienie w brzuchu, które towarzyszy oczekiwaniu na coś pięknego.
Kiedy Karol wrócił z pracy, jego mina od razu zdradziła, że coś jest nie tak. Nie wszedł do domu z uśmiechem, nie rzucił teczki w kąt. Stał w przedpokoju, nerwowo obracając obrączkę na palcu. Znałam ten gest. Robił to zawsze, gdy musiał mi przekazać wieści, które – delikatnie mówiąc – nie przypadną mi do gustu.
– Kochanie, musimy porozmawiać – zaczął, a ja od razu poczułam, jak moje serce zamiera.
– O co chodzi? Coś z pracą? – zapytałam, wycierając ręce w kuchenną ścierkę.
– Nie, chodzi o mamę – westchnął ciężko. – Dzwoniła przed chwilą. Mówi, że słabo się czuje i boi się zostać sama w domu.
Zacisnęłam usta. Moja teściowa, Grażyna, była kobietą o złotym sercu, ale też z tendencją do dramatyzowania. Jej dolegliwości miały dziwną właściwość nasilania się dokładnie wtedy, gdy my mieliśmy inne plany.
– Karol, proszę cię – jęknęłam, opierając się o blat. – Dzisiaj? Przecież wiesz, co dzisiaj jest. Może po prostu do niej zadzwoń, uspokój ją?
– Próbowałem. Ale ona naprawdę nas potrzebuje. Nie mogę jej tak zostawić, Martyna. Wiem, że to nasze święto, ale nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś się stało, a ja bym to zignorował.
Wiedziałam, co to oznacza. Koniec romantyzmu. Koniec ciszy. Koniec "nas".
– Więc jedziesz do niej? – zapytałam z rezygnacją, patrząc na starannie nakryty stół dla dwojga.
– Nie – powiedział szybko, jakby bał się mojej reakcji na to, co zaraz powie. – Pomyślałem, że przywiozę ją do nas. Nie chcę zostawiać cię samej w walentynki. Zjemy razem, posiedzimy. Będzie bezpieczniejsza u nas, pod okiem, a my... my jakoś to przetrwamy.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Walentynkowa kolacja z teściową? To brzmiało jak tytuł słabej komedii pomyłek. Ale widziałam też ból w jego oczach. Był rozdarty między miłością do żony a obowiązkiem wobec matki.
Symbol mojej porażki
Nie zrobiłam awantury. Choć w środku wszystko we mnie krzyczało, wiedziałam, że kłótnia w takim momencie tylko pogorszyłaby sprawę. Karol pojechał po matkę, a ja zostałam sama w kuchni, patrząc na stygnące polędwiczki. Zgasiłam połowę świec. Muzykę zmieniłam z romantycznego jazzu na neutralne radio. Z szafki wyciągnęłam trzeci talerz. Ten trzeci talerz wyglądał na stole jak intruz. Jak wyrzut sumienia. Jak symbol mojej porażki.
– Ojej, dzieci, przepraszam, że wam tak przeszkadzam – zaczęła teściowa od progu, głosem cierpiętnicy, zdejmując buty z wielkim wysiłkiem.
– Ale naprawdę, tak mi się zakręciło w głowie, że myślałam, iż to już koniec.
– Dobrze, że jesteś, mamo – powiedziałam, siląc się na uśmiech, choć mięśnie twarzy stawiały opór. – Najważniejsze, żebyś nie była sama.
– Przywiozłam wam kotlety domowej roboty, bo te twoje Martynka, to wybacz, ale nie nadają się do jedzenia.
Chciałam coś powiedzieć, ale ugryzłam się w język. Pomogliśmy jej usiąść na kanapie. Karol biegał wokół niej, poprawiał poduszki, pytał o samopoczucie. Ja stałam z boku, czując się jak kelnerka we własnym domu. Moja piękna sukienka, ta, którą kupiłam specjalnie na ten wieczór, wydawała się teraz groteskowa i nie na miejscu przy jej znoszonym swetrze i narzekaniach na przeciągi.
– Martyna, czy mogłabyś zamknąć lufcik w kuchni? – zapytała teściowa, owijając się szczelniej kocem. – Czuję taki chłód po nogach.
– Oczywiście – odparłam, idąc do kuchni, w której było gorąco jak w piecu od gotowania. Zamknęłam okno, czując, jak duszna atmosfera gęstnieje nie tylko dosłownie, ale i w przenośni.
Kobieta musi o siebie dbać
Kiedy zasiedliśmy do stołu, poczułam ostateczną klęskę moich planów. Świece, które zostawiłam zapalone, teraz wydawały się żałosne. Karol nalał nam soku do szklanek, a ja podałam jedzenie.
– O, jak ładnie to wygląda – powiedziała teściowa, patrząc podejrzliwie na polędwiczki w sosie borowikowym. – A co to jest to ciemne? Grzyby?
– Tak, borowiki – wyjaśniłam dumna, bo sos wyszedł mi idealnie.
– Oj, Martyna, ty wiesz, że ja po grzybach to nie śpię całą noc – skrzywiła się, odsuwając grzyby na brzeg talerza.
Karol posłał mi przepraszające spojrzenie ponad bukietem kwiatów, który stał na środku stołu.
– Mamo, Martyna bardzo się starała. To specjalna kolacja – powiedział łagodnie.
– Wiem, wiem, doceniam – machnęła ręką Grażyna, przeżuwając powoli. – Ale wy młodzi macie żołądki ze stali. Ja w waszym wieku też jadłam wszystko. Pamiętam, jak z twoim ojcem poszliśmy kiedyś na bigos do takiej restauracji na rynku...
I tak to się zaczęło. Zamiast szeptów o naszej przyszłości, wspomnień z wakacji czy planowania urlopu, słuchaliśmy monologu o bigosie, uciążliwej sąsiadce z parteru i o pogodzie.
Michał próbował zmieniać temat.
– Mamo, a słyszałaś, że Martyna dostała pochwałę od prezesa za ten duży projekt?
Teściowa spojrzała na mnie znad talerza.
– Gratuluję, dziecko. Ale ty się tak nie przepracowuj. Widzę, że masz cienie pod oczami. Kobieta musi o siebie dbać, bo jak nie, to żaden prezes nie pomoże. A twoja kuzynka, ta Krysia, to też tak pracowała, a teraz co? Cała w rozsypce.
Nie mogłam już dłużej tego słuchać, ale tylko westchnęłam.
Moje starania zostały zdeptane
Kryzys nadszedł przy deserze. Podałam mus czekoladowy z malinami. Był lekki, puszysty, idealny.
– Za słodkie – oceniła teściowa po pierwszej łyżeczce. – Cukier to zło, pamiętajcie. Ja bym wolała po prostu jabłko, albo kawałek ciasta drożdżowego, takiego domowego, nie te wasze pianki.
W tym momencie coś we mnie pękło. Nie chodziło o mus. Chodziło o całokształt. O to, że moje starania zostały zdeptane, że intymność została nam odebrana, że czułam się we własnym domu jak intruz, który próbuje otruć biedną staruszkę cukrem i grzybami.
– Pani Grażyno – zaczęłam, a mój głos zadrżał niebezpiecznie. – To są walentynki. Chcieliśmy spędzić miły wieczór. Czy naprawdę musimy rozmawiać o bigosie czy sąsiadkach?
W pokoju zapadła cisza. Karol udawał, że jest zajęty jedzeniem. Teściowa spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby dopiero teraz zauważyła, że jestem tam kimś więcej niż tylko obsługą kuchni.
– Ojej... – powiedziała cicho. – Masz rację. Przepraszam. Ja... ja po prostu rzadko mam do kogo usta otworzyć. Siedzę w tym pustym mieszkaniu, telewizor gada, a ja nie mam komu powiedzieć, co mnie martwi. Zapomniałam, że to wasz czas.
Nagle cała moja złość wyparowała, zastąpiona przez poczucie wstydu. Patrzyłam na starszą, samotną kobietę, dla której ta wizyta była najważniejszym wydarzeniem tygodnia, a ja martwiłam się o zepsuty nastrój przy świecach.
Życie nigdy nie jest idealne
– Przepraszam – powiedziałam miękko. – Nie chciałam być niemiła. Po prostu... zależało mi, żeby było idealnie.
Grażyna uśmiechnęła się smutno, ale w jej oczach pojawił się błysk, którego dawno nie widziałam.
– Idealnie? Dziecko, życie nigdy nie jest idealne. A już na pewno nie miłość. Wiecie, co mój mąż, a ojciec Karola, zrobił na nasze pierwsze walentynki po ślubie?
Karol spojrzał na nią z ciekawością. Tego nie słyszeliśmy.
– Co zrobił, mamo?
– Kupił mi kwiaty. Piękne, wielki bukiet czerwonych róż. Tylko że on był taki roztargniony... Zostawił je na dachu samochodu, jak otwierał drzwi, a potem ruszył. Zorientował się dopiero po dwóch kilometrach. Wrócił tam, ale po różach zostały tylko badyle rozjechane przez autobus. Przyjechał do domu z jednym, ocalałym pąkiem, brudnym od błota, i z płaczem mi go wręczył.
Zaczęliśmy chichotać. Wyobrażenie statecznego, poważnego teścia, którego znałam tylko ze zdjęć, biegającego po ulicy za różami, było komiczne.
– I co zrobiłaś? – zapytałam, czując, jak lód topnieje.
– Co miałam zrobić? Wzięłam ten brudny pączek, wstawiłam do słoika po ogórkach, bo wazonów jeszcze nie mieliśmy, i ugotowałam mu ziemniaki z kefirem, bo na nic innego nas nie było stać. I wiecie co? To były najpiękniejsze walentynki. Bo byliśmy razem i śmialiśmy się z tego do rozpuku.
– Tak tak, miłość to nie tylko świece i te wasze musy czekoladowe. To też rozjechane kwiaty, ziemniaki z kefirem i... i teściowa, która marudzi przy stole, psując nastrój – dodała.
Spojrzałam na nią zupełnie inaczej. Zobaczyłam kobietę, która też kiedyś była młoda, też kochała, też miała swoje plany, które życie weryfikowało.
To nie był wieczór twoich marzeń
Reszta wieczoru potoczyła się zupełnie inaczej, niż planowałam, ale też inaczej, niż się obawiałam. Przeszliśmy do salonu. Grażyna opowiadała nam anegdoty z czasów swojej młodości, historie o sąsiadach, które nagle stały się zabawne, a nie męczące. Okazało się, że ma świetne poczucie humoru, gdy tylko przestanie skupiać się na swoich dolegliwościach. Karol siedział między nami, zrelaksowany, szczęśliwy, że dwie najważniejsze kobiety w jego życiu wreszcie się dogadują. Około dwudziestej drugiej Grażyna zaczęła ziewać.
– Dobrze, dzieci, ja już pójdę się położyć. Pościelicie mi na kanapie?
Kiedy usnęła w salonie, my poszliśmy do sypialni.
– Przepraszam, że tak wyszło – szepnął Karol, przytulając mnie mocno. – Wiem, że to nie był wieczór twoich marzeń.
– Wiesz co? – odpowiedziałam, patrząc mu w oczy. – Może nie był taki, jak zaplanowałam. Ale był prawdziwy.
Zrozumiałam wtedy coś ważnego. Walentynki to święto miłości. A miłość to nie tylko romantyczne uniesienia we dwoje w hermetycznej bańce. Miłość to także troska o tych, którzy nas potrzebują. To cierpliwość do starszej osoby, która boi się samotności. To umiejętność śmiania się, gdy wszystko idzie nie tak. To akceptacja tego, że życie jest nieprzewidywalne, brudne i czasami męczące – jak ten jeden ocalały pąk róży z historii teściowej – ale wciąż piękne.
Martyna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa ma się za ekspertkę w sprawach damsko-męskich. Kiepsko jej idzie, skoro nie potrafi upilnować własnego męża”
- „Teściowa obwiniała mnie o rozpad małżeństwa, a ja nie miałam nic za uszami. Synuś nie pochwalił się, że ma pannę na boku?”
- „Teściowa zaprosiła wszystkich na tłusty czwartek, a o mnie zapomniała. Widocznie synowa to nie rodzina”

