Reklama

Odkąd weszłam do tej rodziny, wiedziałam, że nie będzie łatwo. Irena – moja teściowa – nigdy nie próbowała nawet udawać, że mnie lubi. A ja się starałam. Bo wiedziałam, że to ważne dla Tomka. Tylko że ile można dawać z siebie wszystko, a w zamian dostawać co najwyżej chłodne spojrzenie i kolejne przytyki o tym, jak to „w jej czasach” kobieta wiedziała, jak zadbać o dom i męża?

Zawsze chodziło o to, żeby pokazać, że jest lepsza. Gotowała lepiej, sprzątała lepiej, nawet pierogi lepiła z większą gracją. A ja, ta z miasta, pracująca, z wiecznie nieidealną fryzurą i przesiąkniętym stresem głosem, zawsze byłam „trochę nie taka”.

Dlatego na tłusty czwartek postanowiłam się przygotować. Naprawdę. Zrobiłam pączki z domową konfiturą z pigwy, którą przygotowałam sama, jesienią. Dwa dni roboty. Ciasto, smażenie, pakowanie. Teściowa zawsze robiła małe przyjęcie w ten dzień. Tomek rzucił tylko:

– Serio? Tyle zachodu?

Ale nie odpuściłam. Chciałam się pokazać. Nie dla niej – dla siebie. Żeby wreszcie ktoś w tej rodzinie powiedział: „Kasia, świetna robota”.

Nie wiedziałam jeszcze, że teściowa nie tylko to zauważy... ale zrobi wszystko, by zabłysnąć cudzym blaskiem. Nawet moimi pączkami.

Teściowa schowała moje pączki

Do domu teściowej przyjechaliśmy wcześniej, jak co roku. Zawsze pomagałam jej przy stole, choć nigdy tego nie doceniała. Pączki wniosłam do kuchni z taką dumą, że aż poczułam ciepło na policzkach. Postawiłam pudełko na blacie, zdjęłam płaszcz i poszłam do łazienki umyć ręce.

Nie było mnie może dziesięć minut. Gdy wróciłam do kuchni, coś mi nie pasowało. Pudełko zniknęło. Na jego miejscu – półmisek z innymi pączkami. Mniej kształtnymi, z nierówną lukrową polewą, zbyt przypieczonymi. Rozejrzałam się zdezorientowana. Otworzyłam szafkę, potem drugą. Pudełka nigdzie.

– Gdzie są moje pączki? – zapytałam cicho, jakby jeszcze nie wierząc, że to się dzieje naprawdę.

Irena stała przy kuchence, mieszała coś w garnku. Nawet nie spojrzała w moją stronę.

– Ach, pomyślałam, że lepiej będą się prezentować moje. Wiesz, nadzienie z róży to klasyka. Pigwa może nie każdemu podejść.

Zamarłam. Zabrzmiało to jakby... to było normalne. Jakby miała do tego prawo.

– Ale... – wykrztusiłam – moje były w pudełku.

– Włożyłam do spiżarki, nie przejmuj się. Zobaczymy, może jeszcze się przydadzą.

Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Serce waliło mi jak młot. W głowie dudniło jedno: Ona to zrobiła naprawdę. Bez wstydu, bez pytania. I nawet nie udaje, że to coś złego.

– Tomek... – wyszeptałam, ale on akurat pomagał w salonie, zadowolony, że wszystko idzie gładko.

Zostałam sama z tą złością, z tym upokorzeniem. Zacisnęłam zęby i uśmiechnęłam się sztucznie.

Sama się pomyliła

Goście zaczęli się schodzić około czternastej. Ciotki, wujkowie, kuzyni, sąsiedzi – wszyscy uśmiechnięci, z torbami prezentów i bukietami kwiatów. W kuchni Irena zarządzała jak generał. Ja podawałam talerze, nalewałam kompot, udawałam, że wszystko gra.

A pączki? Leżały już dumnie na paterze, tuż obok sernika i makowca. Te przypalone, z nadzieniem z róży – czyli, według Ireny, „jej”. Nikt nie zapytał, czy to ja je zrobiłam. Nikt nie zapytał, czy ktoś inny coś przyniósł. Jakby z góry założono, że wszystko, co na stole, wyszło spod ręki szefowej tej kuchni.

I wtedy, gdy już myślałam, że przełknę tę gorycz bez świadków, odezwała się ciotka Jadzia.

– Mmm... jakie dobre! – mruknęła z pełnymi ustami. – A to nadzienie… pigwa? – Zmarszczyła brwi z zaciekawieniem.

Zamarłam. Teściowa musiała się pomylić i zostawiła część moich pączków. Gdy się przyjrzałam, zauważyłam, że to może wcale nie była pomyłka. Ona udawała, że moje też wyszły spod jej ręki. Zamiast przytaknąć, zbyt szybko i nerwowo odpowiedziała:

– Nie, nie... różane.

– Dziwne – ciągnęła ciotka Jadzia. – Smakuje jak domowa pigwa. Sama kiedyś robiłam, to pamiętam. Sama robiłaś?

Widziałam, jak Irena się zacina. Na sekundę. Dłużej, niż wypada.

– Oczywiście – rzuciła, ale już bez tej pewności, która zwykle ją otaczała.

Wtedy wiedziałam. To były moje pączki. Poznałam po cieście, po tym lekkim błysku lukru. Po zapachu pigwy, który znałam na pamięć. Serce mi stanęło. A potem zaczęło walić jak oszalałe. W głowie tylko jedno: nie dam jej tego wygrać. Nie tym razem.

Nie zamierzałam milczeć

Zanim zdążyłam się powstrzymać, już słyszałam swój głos.

– Te z pigwą to moje pączki.

Cisza. Takiej ciszy nie było od początku imprezy. Jakby ktoś nagle ściszył świat. Wszyscy spojrzeli w moją stronę. Tomek, z widelecem w powietrzu. Irena – z ustami ułożonymi w idealne „o”. Tylko ciocia Jadzia uśmiechnęła się z satysfakcją, jakby tylko czekała, aż coś wybuchnie.

Kasiu, nie przesadzaj – powiedziała Irena, marszcząc brwi. – To tylko pączki.

– Nie. To coś, co robiłam dwa dni. Z nadzieniem, które sama smażyłam. A ty mi je zabrałaś i podałaś jako swoje. Bez słowa.

– Przestań robić sceny – szepnęła, podchodząc bliżej, jakby chciała wyciszyć sprawę.

Ale ja już nie zamierzałam się uciszać.

– Chciałam po prostu, żeby ktoś zauważył, że też coś potrafię. Że nie jestem tu tylko dodatkiem do twojego syna. Ale ty… – głos mi zadrżał – ty musiałaś zniszczyć nawet to.

– Może porozmawiamy o tym później? – rzucił Tomek cicho, zerkając niepewnie na gości.

Spojrzałam na niego. Znowu to samo. Milczenie. Unikanie. „Nie teraz”. A kiedy niby?

– Nie. Bo właśnie teraz się to dzieje. Nie będę dłużej milczeć.

Nikt nic nie powiedział. Wszyscy patrzyli. Jedni skrępowani, inni z zaciekawieniem. I tylko Irena próbowała jeszcze ratować twarz:

– Kasiu... to nie było zamierzone. Po prostu...

– Po prostu chciałaś, żeby to znowu wyglądało, jakby wszystko było twoje. Jakbyś była jedyną królową tej kuchni. Tyle że dzisiaj – upokorzyłaś mnie.

Zostawiłam wszystko i wyszłam. Nie trzaskałam drzwiami. Po prostu odeszłam. Na zewnątrz było zimno, ale nie czułam tego. Czułam tylko, że serce bije mi jak dzwon. I że coś właśnie się zmieniło. Na zawsze.

Byłam zła

Nie miałam pojęcia, gdzie iść, więc poszłam przed siebie. Wciąż w butach na obcasie, z płaszczem niedopiętym, z drżącymi dłońmi. W końcu usiadłam na ławce przy przystanku autobusowym. Tam, gdzie zawsze było pusto. Zadzwoniłam do Magdy – mojej przyjaciółki. Nie odebrała od razu. Gdy oddzwoniła, już ledwo mówiłam.

– Kasia? Co się stało?

– Zrobiłam aferę. Przy stole. Przy wszystkich. Powiedziałam, że to moje pączki.

– I dobrze zrobiłaś – odpowiedziała natychmiast. – W końcu się postawiłaś tej kobiecie.

– Ale Tomek... znowu się nie odezwał. Patrzył tylko, jakbym była problemem, nie jego żoną.

Przez chwilę po drugiej stronie było cicho.

– Wiesz, że on się nigdy nie postawi swojej matce, prawda?

Zacisnęłam palce na telefonie.

– Wiem – szepnęłam. – Ale chyba do dziś wierzyłam, że może chociaż raz... że powie: „Mamo, Kasia ma rację”.

Kochana, on się boi konfliktów. A ty? Ty się boisz, że jak przestaniesz być grzeczna, to już nikt cię nie będzie lubił?

Łzy same poleciały mi po policzkach. Bo wiedziała. Znała mnie za dobrze.

– Nie chcę więcej tam być. Nie chcę już udawać. Nie chcę stać przy ich stole i czuć się jak nic.

– Więc nie wracaj. Przyjedź do mnie. Zrobię ci herbatę i opowiesz wszystko. A potem zdecydujesz, co dalej.

Wzięłam głęboki oddech. Nie wiedziałam jeszcze, co dalej. Ale wiedziałam jedno – tego dnia coś się w tej rodzinie wreszcie zmieniło i postanowiłam być odważna do końca. Wróciłam do domu teściowej, ale nie odezwałam się już ani słowem.

Miałam pretensje do męża

Wróciliśmy do domu późnym wieczorem. Tomek prowadził w ciszy, jakby sam nie wiedział, co powiedzieć. Ja patrzyłam przez okno, próbując nie zacząć znowu płakać. Gdy zamknęły się za nami drzwi mieszkania, od razu zdjęłam buty i kurtkę, nie patrząc na niego.

– Kasia... – odezwał się cicho, jakby niepewnie.

– Chcesz coś powiedzieć? – zapytałam. – Bo ja chcę.

Stanął w korytarzu, bezbronny jak dziecko. Jakby sam nie wiedział, na co czeka.

Zawsze jej bronisz – powiedziałam, patrząc mu w oczy. – Zawsze ja mam być ta rozsądna, opanowana, do przełknięcia. Ale kiedy ona mnie upokarza, ty siedzisz cicho. Jakby to było normalne.

– To moja matka, Kasia...

– A ja jestem twoją żoną. Myślisz, że mnie to nie boli? Że nie widzę, jak się kulisz, kiedy ona mówi coś raniącego? Że nie czuję się wtedy sama?

Westchnął, podrapał się po głowie. Wciąż nie patrzył w moje oczy.

– Nie wszystko musi być wojną.

– Ale czasem trzeba stanąć po stronie prawdy. I wybrać. Bo jeśli zawsze będziesz stawał z boku – to znaczy, że nigdy nie jesteś po mojej stronie.

Tym razem spojrzał na mnie. Zmęczony. Zgaszony. Ale nic nie odpowiedział. A ja nie miałam już siły ciągnąć tej rozmowy. Poszłam do sypialni i zamknęłam za sobą drzwi. Oboje wiedzieliśmy, że chodziło o coś więcej niż pączki.

Katarzyna, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama