„Teściowa pluła moimi obiadami, dopóki nie spróbowała dania z przepisu babci Jasi. Pierwszy raz odebrało jej mowę”
„Teściowa nabrała na widelec kawałek mięsa i zanurzyła go w gęstym, aromatycznym sosie. Włożyła do ust i… nagle zamarła. Przez kilka sekund nie powiedziała ani słowa, tylko przeżuwała powoli”.

- redakcja
Gotowanie nigdy nie było moją mocną stroną, ale starałam się, jak mogłam. Kiedy wyszłam za Piotra, szybko nauczyłam się podstaw i z czasem zaczęłam nawet czerpać z tego przyjemność. Problem w tym, że moja teściowa uważała inaczej. Każdy mój obiad był dla niej niewystarczająco dobry. Krytykowała wszystko – przyprawy, konsystencję sosu, stopień wysmażenia mięsa. Za każdym razem znajdowała coś, do czego mogła się przyczepić. Nieważne, jak bardzo się starałam.
Była naszym częstym gościem
Teściowa przyjeżdżała do nas regularnie. Odkąd tylko się pobraliśmy, co najmniej raz w miesiącu wpadała na weekend i… cóż, miała swoje rytuały. Jednym z nich było ocenianie moich umiejętności kulinarnych.
– Wiesz, Paulinko, kiedyś kobieta, która nie umiała gotować, nie miała co szukać męża – mówiła często, kręcąc głową nad moimi obiadami.
Piotr zawsze starał się mnie bronić.
– Mamo, przestań, Paulina gotuje świetnie!
– No tak, tak… – odpowiadała teściowa z wymuszonym uśmiechem. – Ale może następnym razem spróbujesz dodać mniej soli? Albo więcej czosnku? A może mięso mogłoby być bardziej kruche?
Każdy posiłek kończył się tym samym – krytyką. Wydawało się, że nic jej nie zadowoli. Pewnego dnia, po wyjątkowo złośliwych komentarzach, postanowiłam, że następnym razem podam jej coś tak dobrego, że nie będzie mogła się do niczego przyczepić. Problem w tym, że nie wiedziałam, co to mogłoby być. Nie miałam jeszcze pojęcia, że odpowiedź znajdzie się w starej książce kucharskiej mojej babci Jasi.
Czułam się upokorzona
Nie chciałam tego przyznać, ale słowa teściowej bolały mnie coraz bardziej. Gotowałam najlepiej, jak potrafiłam, a ona i tak znajdowała coś, co jej nie pasowało. Piotr starał się mnie pocieszać, ale co on mógł zrobić? Wiedziałam, że jeśli nic się nie zmieni, każda wizyta jego matki będzie dla mnie koszmarem.
Kilka dni później sprzątałam szafkę w kuchni i natknęłam się na starą książkę kucharską. Była bardzo zniszczona, kartki pożółkłe, okładka podarta na rogach. Rozpoznałam ją od razu – należała do mojej babci Jasi. Kiedy byłam dzieckiem, zawsze gotowała najlepsze obiady. Pachniało u niej ciepłem i domem.
Przekartkowałam zeszyt, a moje oczy zatrzymały się na jednej z potraw. „Gulasz babci Jasi” – widniało dużymi literami. Pamiętałam ten smak! Delikatne, rozpływające się w ustach mięso, idealnie doprawiony sos, podawany z kluskami, które babcia zawsze robiła ręcznie.
Wtedy mnie olśniło. Jeśli coś miało przekonać moją teściową, to właśnie to! Babcia Jasia gotowała tak, że nikt nigdy nie śmiał jej skrytykować. Jeśli zastosuję się do przepisu krok po kroku, teściowa nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko przyznać, że to najlepszy obiad, jaki jadła. Czułam, że to moja jedyna szansa na to, by w końcu ją pokonać. Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo się zdziwi.
Potraktowałam to jak wyzwanie
Zaczęłam od dokładnego przeczytania przepisu. Babcia Jasia zawsze powtarzała, że kluczem do idealnego gulaszu jest cierpliwość. Mięso musi dusić się powoli, chłonąć smaki przypraw i bulionu. Żadnego pośpiechu, żadnych półśrodków. Postanowiłam trzymać się każdego punktu.
Dzień przed przyjazdem teściowej kupiłam najlepszą wołowinę, świeże warzywa i przyprawy. W sobotni poranek zamknęłam się w kuchni i zaczęłam gotować. Mięso obsmażyłam na mocno rozgrzanym smalcu – babcia zawsze mówiła, że to podstawa smaku. Cebulę karmelizowałam powoli, aż stała się złocista i słodka. Dodałam paprykę, czosnek, kminek i majeranek. Gdy wszystko zaczęło pachnieć obłędnie, zalałam całość domowym bulionem i zostawiłam na małym ogniu.
Co chwilę zaglądałam do garnka, mieszając delikatnie. Sos gęstniał, mięso stawało się coraz bardziej kruche. Przygotowałam też kluski – ręcznie, tak jak babcia. Każdą formowałam starannie, dokładnie tak, jak robiłam to z nią w dzieciństwie.
Kiedy teściowa weszła do mieszkania, zapach gulaszu unosił się w powietrzu. Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.
– Co tu tak pachnie? – zapytała, marszcząc brwi.
– Obiad – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko we mnie buzowało.
Nie mogłam się doczekać, aż spróbuje. Czułam, że to będzie moment, którego nie zapomnę.
Pora na ocenę
Nakryłam stół starannie, jakby to była uroczysta kolacja. Piotr usiadł obok mnie, a teściowa naprzeciwko. Kiedy nałożyłam jej porcję gulaszu z kluskami, spojrzała na talerz z typowym dla siebie sceptycyzmem.
– Gulasz? – mruknęła. – Mam nadzieję, że mięso nie jest suche.
– Spróbuj i sama oceń – uśmiechnęłam się niewinnie.
Teściowa nabrała na widelec kawałek mięsa i zanurzyła go w gęstym, aromatycznym sosie. Włożyła do ust i… nagle zamarła. Przez kilka sekund nie powiedziała ani słowa, tylko przeżuwała powoli. Spojrzałam na Piotra. Patrzył na swoją matkę z uniesionymi brwiami, najwyraźniej również zaskoczony jej reakcją.
– No i jak? – zapytałam, starając się brzmieć neutralnie, choć w środku triumfowałam.
Teściowa odłożyła widelec. Przełknęła. Wzięła kolejny kęs. Potem jeszcze jeden. W końcu spojrzała na mnie i po raz pierwszy od początku naszego małżeństwa wyglądała na… zmieszaną.
– Skąd masz ten przepis? – zapytała cicho.
– To przepis mojej babci Jasi – odpowiedziałam.
– Jasi? – powtórzyła, a w jej oczach pojawił się błysk zaskoczenia. – Moja mama miała przyjaciółkę Jasię, która gotowała dokładnie tak samo…
Nie wierzyłam własnym uszom. Czy to możliwe, że babcia Jasia i matka mojej teściowej znały się? Piotr spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko. Wiedzieliśmy jedno – teściowa po raz pierwszy w życiu nie miała nic do powiedzenia.
Odebrało jej mowę
Teściowa wpatrywała się w swój talerz, jakby właśnie zobaczyła ducha. Wzięła jeszcze jedną porcję i znów zamilkła. Piotr nie mógł dłużej powstrzymać uśmiechu.
– Mamo, chyba ci smakuje – powiedział, udając niewinność.
Podniosła wzrok i przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko przytaknęła.
– Jest… bardzo dobry – powiedziała powoli, jakby każde słowo ważyło tonę.
To był moment, na który czekałam. Pierwszy raz nie miała ani jednej krytycznej uwagi, żadnego komentarza o przyprawach czy konsystencji sosu. Właściwie wyglądała, jakby była lekko zdenerwowana faktem, że nie mogła niczego skrytykować.
– A jednak da się zrobić coś, co ci smakuje – powiedziałam, próbując ukryć triumfalny ton.
Teściowa odłożyła widelec i westchnęła. Spojrzeliśmy na siebie z Piotrem i oboje ledwo powstrzymaliśmy śmiech. To był ten dzień. Dzień, w którym po raz pierwszy w życiu teściowej zabrakło słów. I smakowało jej każde danie, jakie podałam.
Ten obiad wszystko zmienił
Po kolacji teściowa siedziała przy stole dłużej niż zwykle. Zamiast jak zwykle skrytykować mój obiad i szybko przejść do „pouczania” nas na inne tematy, wyglądała na… zamyśloną.
– Wiesz, Paulina – zaczęła, obracając widelec w dłoniach – jeśli ten przepis rzeczywiście pochodzi od Jasi, to muszę przyznać, że gotujesz dobrze.
To było najbliższe komplementowi, jakie kiedykolwiek od niej usłyszałam.
– Dziękuję – uśmiechnęłam się.
Piotr patrzył na nią z rozbawieniem.
– Czyli to oznacza, że jednak potrafi gotować? – zapytał z udawaną niewinnością.
Teściowa spojrzała na niego ostro, ale zamiast jak zwykle rzucić zgryźliwy komentarz, tylko westchnęła.
– Chyba będę musiała to przyznać – powiedziała powoli.
Nie wierzyłam własnym uszom. Przez tyle lat żadne moje danie jej nie smakowało, a teraz, dzięki przepisowi babci Jasi, w końcu zyskałam jej aprobatę. Kiedy wychodziła następnego dnia, zatrzymała się przy drzwiach.
– Paulina… – zaczęła, jakby wahała się, czy rzeczywiście chce to powiedzieć.
– Może następnym razem nauczysz mnie, jak robić te kluski? Nigdy mi nie wychodziły.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
– Oczywiście, mamo – odpowiedziałam, a Piotr niemal zakrztusił się kawą, słysząc, jak nazwałam ją „mamą”.
Zamknęłam drzwi i spojrzałam na niego z triumfem.
– A jednak można ją pokonać – powiedziałam z dumą.
– Nie tylko pokonać – zaśmiał się Piotr. – Ty ją oswoiłaś!
I chyba miał rację.
Paulina, 28 lat
Czytaj także:
„Tegoroczna wiosna rozkwitła nie tylko krokusami i bratkami. Ta miłość uleciała mi jednak szybciej niż zapach perfum”
„Teść zaprosił mnie na męski wieczór. Nie spodziewałem się, że w ten sposób będzie chciał przetestować moją moralność”
„Przez przystojnego przyjaciela męża przeżywam katusze zamężnej kobiety. Może nikt się nie dowie, jeśli raz się skuszę?”