Reklama

Kiedy przeprowadzaliśmy się z Danielem do naszego pierwszego wspólnego mieszkania, byłam szczęśliwa. Czułam, że zaczynamy nowy etap – dorosłe życie we dwoje. Miałam już dość kawalerskich klimatów i wizyt u rodziców. Chciałam w końcu budować związek na naszych zasadach, w naszej przestrzeni. Tyle że bardzo szybko okazało się, że to „nasze” mieszkanie wcale nie było takie nasze.

Rodzice Daniela – Teresa i Edward – mieli klucze. I zero oporów, żeby z nich korzystać. Wpadali bez zapowiedzi, często kilka razy w tygodniu. Raz przynieśli zakupy, innym razem coś do jedzenia. Zawsze mieli pretekst, dzięki któremu wchodzili, jakby wciąż mieszkali z nami. Jakby to wszystko było w porządku. A Daniel? Uważał, że przesadzam.

– Kochanie, to tylko moi rodzice – powtarzał. – Zawsze tak było.

Ja jednak nie czułam się jak partnerka. Raczej jak intruz w cudzej rodzinie. Nasza prywatność nie istniała. Nawet w weekendy nie mogliśmy się wyspać, bo o ósmej rano ktoś już krzątał się po kuchni. Z czasem zaczęłam mieć wrażenie, że nie mieszkam z Danielem, tylko... z jego mamą. I to nie tymczasowo.

To nie było normalne

– Justynka, zrobiłam ci pranie, bo znów długo leżało – powiedziała Teresa, wyjmując moje majtki z bębna pralki, jakby nic się nie stało.

Stałam w drzwiach łazienki w dresie, z kubkiem kawy i nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Sobota, ósma rano, a ja nawet nie zdążyłam przetrzeć oczu, zanim teściowa weszła do naszego mieszkania – oczywiście bez zapowiedzi – „bo trzeba jeszcze umyć okna, zanim spadnie deszcz”.

Nie prosiłam o to – odpowiedziałam chłodno. – Naprawdę, wolałabym, żeby mama nie robiła za mnie prania.

– Oj, nie przesadzaj – machnęła ręką. – Robię to z przyzwyczajenia, w końcu przez tyle lat prałam dla Daniela. To chyba nie problem, co?

Problemem było to, że nikt nie pytał mnie o zdanie. Daniel w tym czasie siedział na kanapie, zajęty grą na telefonie. Nic nie powiedział, nawet nie drgnął.

– Daniel – powiedziałam do niego spokojnie, ale już z lekkim napięciem w głosie – twoja mama właśnie wyjęła moje majtki z pralki. Może w końcu porozmawiamy o tym, że to nie jest hotel?

– O co ci chodzi znowu? – westchnął. – Przecież to tylko mama. Zrobiła pranie, umyje okna, a potem pójdzie. Tak jest nawet wygodniej. Co ci przeszkadza?

– Przeszkadza mi to, że nie mamy żadnej prywatności. Przychodzi kiedy chce, bez pytania. To nie jest normalne!

– Oj, Justynka... Ty to wszystko zawsze bierzesz tak serio...

Teresa w tym czasie przecierała okna w sypialni, jakby to faktycznie był jej obowiązek. Jakbyśmy byli dziećmi, a nie dorosłymi ludźmi we własnym mieszkaniu. Wieczorem nie wytrzymałam. Kiedy usiedliśmy do kolacji, po prostu wybuchłam.

– Albo porozmawiasz z matką i odda klucze, albo ja się wyprowadzam.

Daniel milczał. Jadł, jakby nic się nie stało.

Czułam, że coś się psuje

– Justyś, przecież nie robi nic złego. Trochę życzliwości nie zaszkodzi – powiedział Daniel, kiedy kolejny raz próbowałam z nim spokojnie porozmawiać.

Bez skutku. On nie rozumiał, a ja miałam dość. Czułam się jak intruz w jego rodzinie. Dlatego poszłam do Magdy.

– Słuchaj, to już nie jest życie. Czuję się, jakby to nie była moja przestrzeń. Jakbym wynajmowała pokój w domu jego matki – żaliłam się jej przy kawie. – Ona wie więcej o moim mieszkaniu niż ja.

– Justyna, to nie jest normalne. Nie powinna mieć kluczy. I nie powinna sobie po prostu wchodzić. To naruszenie twojej prywatności – stwierdziła stanowczo Magda, jakby czytała mi w myślach.

Pokiwałam głową. Wiedziałam to wszystko. Tyle że Daniel... on nie rozumiał.

– Prosiłam, żeby porozmawiał z matką. Powiedział, że nie ma sensu robić afery – westchnęłam.

– A oddał jej chociaż klucze?

– Skąd. Jeszcze się oburzył, że w ogóle o to proszę. Że niby nie mam zaufania do jego rodziców.

– Justyś – Magda nachyliła się do mnie – czy on w ogóle kiedykolwiek odciął pępowinę?

Nie odpowiedziałam, ale pytanie zostało i brzmiało mi w głowie przez kolejne dni. Bo faktycznie – Teresa gotowała mu obiady, robiła zakupy, przynosiła słoiki. Pytała, czy „mógłby cieplej się ubierać” i czy „był w toalecie, zanim wyszedł”. A Daniel? Chichotał jak nastolatek i mówił, że „mama to mama, nie ma co z nią walczyć”. Tyle że ja czułam, że już nie jestem jego partnerką. Raczej... współlokatorką. Może nawet kimś mniej istotnym. Bo kiedy ja mówiłam „zrób coś z tym”, on odpowiadał:

– Gdybyś się z nią lepiej dogadywała, nie byłoby problemu.

I wtedy już wiedziałam, że coś się psuje.

To już była przesada

Było cicho. Zbyt cicho, jak na mieszkanie, w którym właśnie przebywała Teresa. Usłyszałam szelest toreb w przedpokoju, ale potem... nic. Daniel też nic nie mówił. To mnie zaniepokoiło. Szłam już do kuchni, ale zatrzymałam się, gdy usłyszałam szept. Zatrzymałam się za drzwiami sypialni.

– Synku, nie oddawaj mi tych kluczy. Ty naprawdę wolisz słuchać jej niż swojej matki? – głos Teresy był cichy, ale pełen jadu. – Przecież ty tu jesteś u siebie.

– Mamo, nie teraz – powiedział Daniel zmęczonym tonem. – Ona i tak już się wścieka.

– Bo pozwalasz sobie wejść na głowę. Ona tylko czeka, aż nas rozdzieli. A przecież to mieszkanie i tak nie jest wasze. Jakbyśmy je kupili, to może i można by pogadać. Ale skoro wynajmujecie...

Zamarłam. Co to miało znaczyć?

– Jak sprzedamy nasz dom, to przecież moglibyśmy tu pomieszkać chwilowo. Pomoglibyśmy wam się ogarnąć finansowo. No wiesz... zawsze to mniej do płacenia – kontynuowała spokojnie Teresa.

Weszłam do pokoju bez pukania.

– Przepraszam bardzo – powiedziałam lodowatym tonem. – Czy ja dobrze słyszałam? Planujecie się do nas wprowadzić?

Teresa spojrzała na mnie jak na dziecko, które zbyt wcześnie usłyszało rozmowę dorosłych.

– Justynko, nie zrozumiałaś... To tylko taka luźna rozmowa – zaczęła się tłumaczyć.

– Naprawdę? Bo ja słyszałam, że sprzedajecie dom i planujecie się tu wprowadzić „chwilowo”. Cokolwiek to ma znaczyć.

Daniel siedział jak sparaliżowany. Nie odezwał się ani słowem.

– No powiedz coś! – rzuciłam w jego stronę. – To są twoje plany? Twojej rodziny? A ja? Gdzie ja jestem w tym wszystkim?

Cisza. I wtedy coś we mnie pękło.

Tego było już za wiele

– No nie wierzę! – krzyknęłam, zbierając swoje rzeczy z salonu. – To ja przez dwa lata znoszę te wizyty, wtrącanie się, brak granic, a wy sobie jeszcze planujecie wspólne zamieszkanie?! Może mi jeszcze przydzielicie pokój w piwnicy?!

Teresa teatralnie westchnęła i usiadła na fotelu.

– Justyna, kochanie, dlaczego ty się tak unosisz? Ja tylko chciałam pomóc. Wszyscy wiemy, że ty nie masz doświadczenia w prowadzeniu domu. Nie raz widziałam, jak Daniel sam gotował albo sprzątał. Nie obrażaj się, ale...

– Naprawdę?! – przerwałam jej, zanosząc się nerwowym śmiechem. – Gotował, bo miał ochotę. Sprzątał, bo był bałagan. Nie jestem służącą!

Daniel w końcu podniósł wzrok znad stołu.

– Justyna, może gdybyś była milsza dla mamy, to nie doszłoby do tego...

– Do czego? Do tego, że czuję się jak obca we własnym domu?! – wrzasnęłam. – Ty naprawdę tego nie widzisz?! Ona tu rządzi, a ty tylko siedzisz cicho i pozwalasz jej decydować o naszym życiu!

Nie odpowiedział. Teresa od razu wykorzystała ciszę.

– Zawsze miałaś problem z dostosowaniem się. Zresztą, ja to od początku widziałam, że to nie potrwa długo...

– Dość! – przerwałam. – Daniel, ja się pakuję. Nie mam siły. Skoro nie potrafisz wyznaczyć granic, to ja wyznaczę swoje.

Zamknęłam się w sypialni, wrzucając ubrania do torby. Ręce mi się trzęsły, ale nie z powodu lęku – z furii. I z poczucia, że przegrałam życie. Po godzinie byłam już u Magdy.

– I co? – zapytała, widząc moje spuchnięte oczy.

– Albo on coś zmieni, albo to koniec – odpowiedziałam szeptem. – Nie jestem już jego partnerką. Jestem przeszkodą dla jego matki.

Nie chciałam już tego słuchać

Zadzwonił dwa dni później.

– Możemy się spotkać? – zapytał, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby nie musiał wybierać między mną a mamusią.

Umówiliśmy się w parku, bo nie chciałam widzieć Teresy na progu. Przyszedł z podkulonym ogonem, z tą swoją miną zbitego psa, którą potrafił zrobić tylko wtedy, gdy naprawdę się bał.

– Justyś... Ja wiem, że przesadziła. Porozmawiam z nią. Odbiorę klucze. Obiecuję.

Patrzyłam na niego przez chwilę. Nie mówił nic nowego. Znów były obietnice, znów „porozmawiam”, znów „obiecuję”. Ile razy ja to już słyszałam?

– Daniel – zaczęłam cicho. – Tu nie chodzi tylko o klucze. Ani o jedno pranie, ani o te okna. Tu chodzi o ciebie. Ty zawsze jesteś po stronie mamy. A ja… Ja nawet nie jestem druga. Ja jestem gdzieś na końcu. Gdzieś między pościelą a słoikiem.

Zerknął na mnie zdezorientowany, jakby pierwszy raz słyszał te słowa.

– To nieprawda.

– Ale tak się czuję. I to wystarczy. Wiesz, co jest najgorsze? Że ja cię nadal kocham. Ale coraz trudniej jest mi siebie w tym wszystkim lubić.

Milczał. Jak zawsze, gdy stawał przed wyborem.

– Nie chcę żyć z kimś, kto nie potrafi powiedzieć „nie” własnej matce – dodałam. – Bo jeśli teraz tego nie umiesz, to nigdy się nie nauczysz.

Chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język. I dobrze. Nie chciałam już słuchać. Bo ja już wybrałam. Siebie.

Justyna, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama