„Teściowa oczernia mnie przed dziećmi, udając wrażliwą babcię. Nie musimy się tolerować, ale na to już nie pozwolę”
„W relacji z teściową nigdy nie było łatwo, ale starałam się dla dobra rodziny. Kiedy na świat przyszły moje dzieci, miałam nadzieję, że choćby dla nich znajdziemy wspólny język. Przez długi czas udawało mi się ignorować drobne przytyki i krzywe spojrzenia. Do pewnego dnia”.

- Redakcja
Mówiłam sobie, że może przesadzam, że to tylko zmęczenie, różnica pokoleń, inne podejście do wychowania. Jednak w pewnym momencie usłyszałam coś, czego nie da się już zignorować. Moja teściowa mówiła moim dzieciom, że współczuje im takiej matki. I wtedy zrozumiałam, że milczenie nie chroni przed krzywdą.
Długo to znosiłam
Nie byłam naiwna. Wiedziałam, że moja teściowa mnie nie lubi. Od początku miała minę, jakby ktoś ją zmuszał do przyjmowania mnie w rodzinie. Nie byłam „wystarczająco dobra” dla jej syna – nie tak elegancka, nie tak ułożona, nie z takiego domu, jak by chciała. Tolerowała mnie, bo musiała, ale żadnej życzliwości z jej strony nie czułam. Mimo to jeździliśmy do niej na obiady, zapraszaliśmy ją na urodziny dzieci, nawet kiedy nie było mi to na rękę.
– Zrobiłaś to ciasto sama? – zapytała kiedyś z uniesioną brwią, po czym skrzywiła się i dodała – No cóż, przynajmniej się starałaś.
Mój mąż wtedy udawał, że tego nie słyszał. Dzieci też były zbyt małe, by cokolwiek zrozumieć. Przymykałam oko na takie komentarze, bo chciałam, żeby miały kontakt z babcią. Wiedziałam, jak ważna potrafi być taka relacja. Sama nie miałam tej szansy, więc nie chciałam jej im odbierać.
Z czasem jednak te spotkania stawały się coraz bardziej napięte. Teściowa komentowała moje ubrania, moje decyzje wychowawcze, nawet to, co pakuję dzieciom do szkoły. Nigdy wprost, zawsze półgębkiem, z uśmiechem, który bardziej przypominał grymas. A ja siedziałam z tym sztucznym uśmiechem, tłumiąc w sobie frustrację i wmawiając sobie, że to dla dobra dzieci. Do momentu, gdy usłyszałam słowa, które wszystko zmieniły.
Co ona właśnie im powiedziała?!
Byliśmy u niej w pewną niedzielę. Mąż zajął się wymianą baterii w kuchennym kranie, ja poszłam zrobić herbatę, a dzieci bawiły się w salonie. Usłyszałam ich śmiech, potem przycichły rozmowy i nagle zapadła cisza. Z kuchni prowadził korytarz, który kończył się przy drzwiach do salonu. Już miałam wołać, żeby przyszły na herbatę, kiedy wyłapałam słowa mojej teściowej.
– Wiem, że mama czasem krzyczy, dzieci, ale nie możecie jej tego wypominać. Ona po prostu sobie nie radzi. Biedne maluchy, współczuję wam z całego serca.
Zamarłam w miejscu. Moje serce przyspieszyło. Co ona właśnie im powiedziała? Współczuje im, że mają mnie za matkę? Czułam, jak ręce mi drżą. Weszłam do salonu spokojnym krokiem, udając, że nic nie słyszałam, choć w środku aż się we mnie gotowało.
Dzieci siedziały nieruchomo. Starszy synek miał spuszczoną głowę, młodsza córka patrzyła na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Teściowa siedziała jak gdyby nigdy nic, poprawiając sobie mankiet swetra.
– Herbatka już gotowa – powiedziałam, z trudem panując nad głosem.
Nikt nic nie odpowiedział. Cisza wisiała w powietrzu jak gruby dym. Przez całą drogę do domu dzieci były wyjątkowo ciche. Nie kłóciły się, nie śmiały się jak zwykle. A ja zastanawiałam się tylko nad jednym: jak długo to trwa? Ile takich rozmów odbyło się poza moim słuchem?
Co dzieci słyszą, zostaje w nich na długo
Następnego dnia starszy syn zapytał mnie, czy jestem smutna, że zostałam ich mamą. Zatrzymałam się w połowie drogi do łazienki. Odwróciłam się do niego powoli.
– Skarbie, dlaczego tak pytasz?
Wzruszył ramionami, unikając mojego spojrzenia.
– Babcia mówiła, że jesteś zmęczona i że może nie chciałaś mieć dzieci... Ale że to nie nasza wina – dodał szeptem.
Usiadłam obok niego na kanapie, walcząc z emocjami. Jak mam mu to wszystko wyjaśnić, nie oczerniając jego babci? Przecież to bliska mu osoba, nie mogę go zmuszać do stawania po żadnej stronie. Tylko że każde jej słowo zostawiało ślad, który on będzie nosił latami. Nie chciałam, żeby dorastał z poczuciem winy za moje zmęczenie czy chwile zniecierpliwienia.
– Kochanie, jestem szczęśliwa, że was mam. Czasem bywam zmęczona, jak każdy, ale to nie znaczy, że was nie kocham – powiedziałam cicho, tuląc go mocno.
Pokiwał głową, ale nie wyglądał na przekonanego. I wtedy dotarło do mnie, jak bardzo może zaszkodzić to, co mówi teściowa. Nie tylko mnie, ale im. Ona podważała moje rodzicielstwo, moje decyzje, moją miłość – w oczach moich własnych dzieci.
Wieczorem powiedziałam o wszystkim mężowi. Siedział w fotelu, zmęczony po pracy, z telefonem w ręku.
– Może coś źle zrozumiałaś – mruknął.
Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że nie mogę już liczyć na to, że on coś z tym zrobi. To ja musiałam postawić granicę.
Próbowałam rozmawiać
Postanowiłam z nią porozmawiać. Nie złością, nie oskarżeniami, tylko spokojnie, jasno. Chciałam, żeby zrozumiała, że nie pozwolę na takie słowa przy moich dzieciach. Zadzwoniłam do niej i zaproponowałam spotkanie na neutralnym gruncie – w kawiarni, którą dobrze znała. Zgodziła się od razu, ton miała nawet przyjazny.
Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy stoliku. Zamówiłyśmy kawę. Przez chwilę milczałyśmy, aż w końcu zaczęłam:
– Chciałam porozmawiać o tym, co ostatnio powiedziałaś dzieciom. Usłyszałam fragment rozmowy... O tym, że im współczujesz, że mają taką matkę.
Zrobiła minę, jakby nie rozumiała, o czym mówię.
– Ja? Coś ci się musiało pomylić.
– Nie pomyliło. Usłyszałam to. I to nie pierwszy raz, kiedy dzieci wracają z waszych spotkań z dziwnymi pytaniami. Czują się winne, że mama bywa zmęczona. Zaczynają się mnie bać. Chcesz ich ochronić? To nie w ten sposób – powiedziałam, próbując zachować opanowanie.
Wzruszyła ramionami, popijając kawę.
– Może nie radzisz sobie najlepiej. Może dzieci to widzą i lepiej, żeby wiedziały, że to nie ich wina. A że przy okazji usłyszą parę gorzkich słów? Życie nie jest cukierkowe.
Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Byłam gotowa wstać i wyjść, ale wytrzymałam.
– Nie masz prawa mówić im takich rzeczy. Nie musisz mnie lubić. Możesz mnie nawet nie szanować. Ale oczernianie mnie przed dziećmi to przekroczenie granicy.
Nie odpowiedziała. Tylko patrzyła na mnie tym swoim pustym wzrokiem.
Nie mogę na to pozwolić
Po tej rozmowie wiedziałam już jedno: nie mogę pozwolić, by moje dzieci dorastały w atmosferze niepewności i podważania mojego autorytetu. Wróciłam do domu z ciężkim sercem, ale z podjętą decyzją. Od tamtej pory nasze wizyty u teściowej stały się rzadsze. Odmawiałam spotkań, jeśli miały się odbyć bez mojego udziału. Nie zostawiałam dzieci samych z nią, nawet na chwilę.
Mąż był zirytowany, twierdził, że przesadzam. Twierdził, że „matka się starzeje, nie wie, co mówi”. Ale ja wiedziałam. Ona doskonale wiedziała, jak ugodzić, by najbardziej bolało – po cichu, delikatnie, z uśmiechem. Tak, by nikt poza mną tego nie zauważył.
Dzieci zaczęły się rozluźniać. Córka znów rysowała serca z napisem „mama”, a syn coraz częściej przychodził się przytulić bez powodu. Zaczęliśmy spędzać więcej czasu we trójkę, bez sztucznej atmosfery, bez niepokoju. A ja nauczyłam się czegoś bardzo ważnego – że nie muszę znosić wszystkiego dla tak zwanego dobra rodziny.
Teściowa próbowała jeszcze kilka razy dzwonić, zapraszać, robić słodkie aluzje, ale byłam nieugięta. Granica została jasno postawiona. Żadne relacje rodzinne nie mogą odbywać się kosztem bezpieczeństwa emocjonalnego moich dzieci. Nawet jeśli inni uznają mnie za „trudną” albo „przewrażliwioną”. Wiedziałam, że zrobiłam to, co powinnam jako matka.
Wybieram siebie i dzieci
Minęło kilka miesięcy. Nasze życie stało się spokojniejsze. W domu było więcej śmiechu, więcej rozmów, więcej zwykłej bliskości, która wcześniej zdawała się tłumiona przez napięcia i podszepty. Czasem było mi żal, że dzieci nie mają takiego kontaktu z babcią, jak mogłyby mieć. Ale kiedy widziałam ich pewność siebie, jasność w oczach, kiedy mówiły, że lubią być w domu, wiedziałam, że podjęłam właściwą decyzję.
Nie próbowałam już naprawiać relacji z teściową na siłę. Jeśli miała do mnie żal, miała do tego prawo. Ale nie miała prawa używać moich dzieci jako narzędzi do wyrażania swojej niechęci. Nie chciałam być ofiarą, która milczy dla „świętego spokoju”. I nie chciałam, żeby moje dzieci uczyły się, że trzeba znosić niesprawiedliwość tylko dlatego, że ktoś jest rodziną.
Czasem jeszcze mąż wracał do tematu. Wspominał, że jego matka tęskni, że płacze. Słuchałam, kiwając głową, ale nie zmieniałam zdania. Powtarzałam: może kiedyś, jeśli się zmieni, jeśli przeprosi – szczerze, nie z przekąsem. Na razie nie było ku temu powodów.
Najważniejsze było to, że moje dzieci znów mogły czuć się bezpiecznie. Że ich mama jest dla nich wsparciem, a nie kimś, kogo trzeba się bać albo żałować. Odzyskałam ich zaufanie. Odzyskałam siebie. Bycie matką to nie tylko opieka i obowiązki. To też odwaga, by bronić własnych dzieci – czasem nawet przed tymi, którzy twierdzą, że je kochają.
Monika, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wszyscy byli zaproszeni na święta do siostry. Ja dostałam tylko sms-a z przepisem na sałatkę”
- „Zaprosiłam synową na święta, ale ona mną wzgardziła. Myślałam, że się mści, ale prawda była inna”
- „Jestem jak kula u nogi mojego syna, więc w Święta będę sam. Jestem za stary, by pasować do rodzinnego obrazka”

