Reklama

Pieniądze leżały na stole, a wraz z nimi nasza przyszłość zapakowana w elegancką, białą kopertę. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę, schować dumę do kieszeni i zgodzić się na teatr, którego reżyserką od samego początku była matka mojego narzeczonego. Przez długie miesiące żyliśmy w cieniu tego dylematu, każdego dnia ważąc nasze wartości przeciwko marzeniom o własnym, bezpiecznym domu.

W tamtej chwili, patrząc na ten gruby plik banknotów, zrozumiałam, że cena za spokój ducha jest znacznie wyższa niż jakikolwiek kredyt hipoteczny. To była najtrudniejsza, a zarazem jedyna słuszna decyzja, jaką mogliśmy podjąć jako nowa rodzina.

Życie zweryfikowało nasze marzenia

Wszystko zaczęło się w momencie, gdy euforia po zaręczynach ustąpiła miejsca twardej rzeczywistości. Tomek oświadczył mi się w górach i przez pierwsze dwa tygodnie unosiłam się nad ziemią. Byliśmy parą od pięciu lat, zgranym duetem, który rozumiał się bez słów. Oboje pracowaliśmy ciężko, ale życie w dużym mieście skutecznie drenowało nasze konta. Wynajmowaliśmy przytulne, lecz zdecydowanie za małe mieszkanie na poddaszu, marząc o stabilizacji i miejscu na przyszłe łóżeczko dla dziecka.

Rozpoczęliśmy poszukiwania własnego lokum. Każdy wieczór wyglądał tak samo: herbata, laptop i przeglądanie setek ogłoszeń, które z każdym dniem wydawały się coraz bardziej absurdalne. Ceny nieruchomości galopowały, a nasza zdolność kredytowa wciąż pozostawiała wiele do życzenia.

– To jest niemożliwe – westchnął pewnego wieczoru Tomek, zamykając z trzaskiem klapę komputera. – Nawet jeśli dostaniemy kredyt, rata zje nam połowę wypłat. A gdzie wkład własny? Brakuje nam co najmniej pięćdziesięciu tysięcy, żeby to miało ręce i nogi.

Siedziałam naprzeciwko niego, czując bezsilność. Mieliśmy oszczędności, ale każda niespodziewana awaria samochodu czy wizyta u dentysty oddalała nas od celu.

– Może porozmawiam z rodzicami? – zapytał nieśmiało Tomek, unikając mojego wzroku. – Mama wspominała kiedyś, że odkładali pieniądze na mój start.

Skrzywiłam się. Relacje z Barbarą, matką Tomka, były poprawne, ale chłodne. To kobieta, dla której pozory znaczyły więcej niż prawda. Mimo to wiedziałam, że Tomek jest jej jedynakiem i oczkiem w głowie.

– Jeśli chcesz, zapytaj – powiedziałam z uciskiem w żołądku. – Ale wiesz, że nie lubię być od nikogo zależna.

– To tylko pożyczka... albo darowizna. Rodzice tak robią, Alicja. To normalne – próbował mnie przekonać, choć sam nie brzmiał zbyt pewnie.

Propozycja teściowej mnie zszokowała

Tydzień później siedzieliśmy przy stole w domu rodziców Tomka. Niedzielny obiad u Barbary był rytuałem. Porcelanowa zastawa, wykrochmalony obrus i zapach pieczeni. Ojciec Tomka, pan Henryk, był cichym człowiekiem, który większość czasu spędzał na potakiwaniu żonie rządzącej domem twardą ręką.

Kiedy podano deser, Tomek odchrząknął i poruszył temat mieszkania. Opowiedział o naszych trudnościach, rosnących cenach i o tym, że znaleźliśmy idealne trzy pokoje, ale brakuje nam wkładu własnego. Barbara odstawiła filiżankę z kawą na spodek. Dźwięk porcelany rozszedł się echem w nagłej ciszy. Popatrzyła na nas z tym swoim łaskawym, a jednocześnie świdrującym uśmiechem.

– Oczywiście, że wam pomożemy – powiedziała spokojnie. – Mamy z ojcem odłożone pieniądze. Dokładnie sześćdziesiąt tysięcy. To powinno wam znacznie ułatwić sprawę.

Tomek rozpromienił się jak dziecko i ścisnął moją dłoń pod stołem.

– Mamo, to wspaniale! Dziękujemy, naprawdę nie wiemy, jak się odwdzięczyć... – zaczął, ale Barbara uniosła dłoń, przerywając mu.

– Jest jednak jeden warunek – dodała, a jej głos stał się twardszy. – Te pieniądze są przeznaczone na start dla nowej rodziny. A rodzina, w naszym rozumieniu, zaczyna się przed ołtarzem.

Zamarłam. Ja i Tomek od dawna nie praktykowaliśmy wiary. Planowaliśmy prosty ślub cywilny w plenerze. Teściowa doskonale o tym wiedziała.

– Mamo, wiesz, że planujemy ślub cywilny – powiedział ostrożnie Tomek.

– Wiem, co planujecie i serce mi pęka – odparła z dramatyczną nutą. – Nie mogę przyłożyć ręki do życia w grzechu. Jeśli chcecie te pieniądze, musicie wziąć ślub kościelny. Prawdziwy ślub. Z księdzem, przysięgą i weselem, na które będę mogła zaprosić rodzinę bez wstydu.

Siedziałam jak sparaliżowana. To nie była propozycja pomocy, lecz transakcja. Sprzedaż naszych przekonań za sześćdziesiąt tysięcy złotych.

– Ale to jest nasza decyzja, mamo – próbował oponować Tomek, choć widziałam w jego oczach strach.

– Oczywiście, że wasza – Barbara uśmiechnęła się słodko. – Tak samo jak moją decyzją jest to, co zrobię z moimi pieniędzmi. Możecie wziąć ślub cywilny i radzić sobie sami. Albo zrobić to po bożemu i mieć piękny start. Wybór należy do was.

Zaczęliśmy się kłócić

Droga powrotna była koszmarem. Milczeliśmy długo, aż w końcu Tomek, zaciskając dłonie na kierownicy, przerwał ciszę.

– Może ona ma rację? – zapytał cicho. – W sensie... to tylko ceremonia. Godzina w kościele, parę słów. Czy to naprawdę aż taki problem, żeby zrezygnować z takiej kasy? Alicja, to jest nasze mieszkanie. Nasza przyszłość.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Tomek, tu nie chodzi o godzinę w kościele – powiedziałam, starając się panować nad głosem. – Tu chodzi o to, że ona nas szantażuje. Jeśli teraz ulegniemy, to co będzie dalej? Będzie decydować o tym, jak urządzimy to mieszkanie? Jak nazwiemy nasze dzieci?

– Przesadzasz – machnął ręką. – Mama po prostu jest tradycjonalistką. Chce dla nas dobrze. Sześćdziesiąt tysięcy piechotą nie chodzi. Policzyliśmy to, bez tych pieniędzy będziemy wegetować.

– Wolę wegetować na swoim i na własnych zasadach, niż żyć w pałacu za cenę hipokryzji – odparłam twardo. – Nie będę kłamać przed ołtarzem, w który nie wierzę, tylko po to, żeby twoja matka była zadowolona.

Przez kolejne tygodnie nasz związek przechodził poważny kryzys. Temat pieniędzy wracał jak bumerang. Atmosfera w naszym wynajmowanym mieszkanku gęstniała z dnia na dzień. Najgorsze było to, że zaczęłam się wahać. Widziałam zmęczenie Tomka i jego frustrację. Moja przyjaciółka, Monika, też dolewała oliwy do ognia, radząc, bym była realistką i „odbębniła” mszę dla świętego spokoju. Ale ja czułam, że Barbara się nie odczepi. Że to dopiero początek.

Ona nigdy nie przestanie

Mimo moich oporów, machina ruszyła. Tomek w akcie desperacji wstępnie zgodził się na warunki matki, mówiąc jej, że „o tym myślimy”, co Barbara potraktowała jako ostateczną zgodę. Nagle okazało się, że to nie jest tylko kwestia samej ceremonii.

– Alicja, kochanie, dzwoniłam już do księdza proboszcza – oznajmiła teściowa pewnego wtorku. – Ma wolny termin w październiku. I musimy porozmawiać o sali. Mam na oku taki piękny dworek pod miastem. Oczywiście, lista gości musi uwzględniać ciocię Krysię i wujka Zdzisia, nie wypada ich pominąć.

Słuchałam jej z rosnącym przerażeniem.

– Ale my chcieliśmy skromne przyjęcie, tylko dla najbliższych – próbowałam oponować.

– Skromne? Przy ślubie kościelnym? Nie, nie, dziecko. Skoro już robimy to porządnie, to nie możemy przynieść wstydu. Ja pokryję część kosztów wesela, nie martwcie się. Ale musi być z klasą.

Zrozumiałam wtedy, że moje obawy się sprawdzają. Teściowa nie dawała nam pieniędzy na mieszkanie. Ona kupowała sobie prawo do zarządzania naszym życiem. Mieszkanie było marchewką, a wesele kijem.

Tomek też powoli zaczynał dostrzegać absurd tej sytuacji. Kiedy matka skrytykowała wybrany przez niego garnitur, twierdząc, że jest „zbyt nowoczesny i niepoważny do kościoła”, coś w nim pękło. Ale wciąż bał się utraty pieniędzy. Umowa deweloperska czekała na podpisanie, termin w banku zbliżał się nieubłaganie. Musieliśmy wpłacić wkład własny w ciągu tygodnia.

– Co robimy? – zapytał mnie w noc przed wizytą w banku.

– Nie wiem, Tomek. Kocham cię. Chcę być twoją żoną. Ale nie chcę zaczynać naszego małżeństwa od kłamstwa i poddaństwa. Jeśli teraz się ugniemy, ona nigdy nie przestanie.

Tomek milczał długo. W końcu przytulił mnie mocno.

– Jutro wszystko się wyjaśni – szepnął.

Teściowa wpadła w furię

Dzień podpisania umowy był pochmurny. Umówiliśmy się z Barbarą w kawiarni niedaleko banku. Miała nam przekazać gotówkę. Siedziała przy stoliku, idealna jak zawsze, popijając espresso. Na stole leżała gruba, biała koperta.

– Cieszę się, że poszliście po rozum do głowy – powiedziała na powitanie. – Wiedziałam, że w końcu zrozumiecie, co jest ważne. Rozmawiałam wczoraj z florystką, uważa, że lilie będą najlepsze do kościoła. Róże są takie banalne.

Usiadłam naprzeciwko niej. Tomek usiadł obok, a jego noga drżała pod stołem.

– Mamo – zaczął, a jego głos był dziwnie spokojny. – Musimy porozmawiać.

– O czym tu rozmawiać? Pieniądze są tutaj. Idziecie do banku, załatwiacie formalności, a potem jedziemy obejrzeć salę. Wszystko zaplanowane.

Spojrzałam na Tomka. W jego oczach zobaczyłam determinację, której brakowało mu od tygodni. Wziął głęboki oddech.

Nie weźmiemy tych pieniędzy – powiedział wyraźnie.

Barbara zamrugała, jakby nie zrozumiała.

– Słucham? – zaśmiała się nerwowo. – Co ty wygadujesz, synku? Przecież bez tego nie dostaniecie kredytu na to mieszkanie. Stracicie zadatek.

– Może stracimy – włączyłam się, czując przypływ odwagi. – Może nie kupimy tego mieszkania. Może poszukamy czegoś mniejszego, albo w innej dzielnicy. Ale zrobimy to sami. Na własnych warunkach.

Twarz Barbary stężała. Uprzejmy uśmiech zniknął, zastąpiony chłodną maską furii.

– Jesteście niepoważni – syknęła. – Dziecinada. Chcę wam dać przyszłość, a wy plujecie mi w twarz? I to dlaczego? Bo nie chcecie przysiąc przed ołtarzem? Co z was za ludzie?

– Jesteśmy ludźmi, którzy chcą być wobec siebie uczciwi – powiedział Tomek, kładąc rękę na moim ramieniu. – Mamo, kocham cię, ale Alicja ma rację. Jeśli weźmiemy te pieniądze pod warunkiem ślubu kościelnego, to nie będzie darowizna. To będzie zapłata. A my nie jesteśmy na sprzedaż. Bierzemy ślub cywilny. Taki, jaki my chcemy. Jeśli chcesz na nim być, będziemy szczęśliwi. Jeśli nie... zrozumiemy.

Barbara milczała przez dłuższą chwilę, oceniając sytuację. W końcu powoli schowała kopertę do torebki.

Robicie wielki błąd – powiedziała lodowato. – I nie liczcie, że przyjdę do was z płaczem, błagając o wybaczenie. Jeśli odrzucacie moją pomoc i moje wartości, to radźcie sobie sami. Całkowicie sami.

Wstała, poprawiła płaszcz i wyszła z kawiarni, nie oglądając się za siebie. Zostaliśmy sami.

– I co teraz? – zapytałam cicho.

Tomek uśmiechnął się – zmęczony, ale szczery.

– Teraz idziemy do banku i sprawdzamy, na co nas stać naprawdę.

Najpiękniejszy dzień w moim życiu

Nie kupiliśmy tego wymarzonego apartamentu z tarasem. Kiedy doradca w banku zobaczył nasz wkład własny bez „zastrzyku” od teściowej, zdolność spadła drastycznie. Trzy miesiące później kupiliśmy małe mieszkanie w starej kamienicy na obrzeżach miasta. Wymagało remontu, nie miało windy, a sąsiedzi byli głośni, ale było nasze. W stu procentach nasze. Każda złotówka włożona w te ściany była zarobiona przez nas, bez niczyjej łaski i bez żadnych warunków.

Ślub odbył się pół roku później. Ceremonia miała miejsce w urzędzie stanu cywilnego, a przyjęcie w ogrodzie u moich rodziców. Było skromnie. Miałam na sobie prostą sukienkę z wyprzedaży, a Tomek swój ulubiony garnitur. Było grillowanie, tańce na trawie i mnóstwo śmiechu.

Teściowej nie było. Przysłała jedynie oschłą kartkę z życzeniami. Ojciec Tomka wpadł na chwilę, wręczył nam kopertę z drobną kwotą – pewnie swoimi zaskórniakami – uściskał syna ze łzami w oczach i szybko wyszedł, bojąc się gniewu żony.

Mimo to był to najpiękniejszy dzień w moim życiu. Zrozumiałam, że bogactwa nie mierzy się metrażem mieszkania czy grubością portfela, ale wolnością wyboru i wsparciem, jakie dajemy sobie nawzajem. Dziś, siedząc w naszym małym salonie, który wciąż nie ma listew przypodłogowych, nie żałuję ani przez chwilę. Czasami jest ciężko, gdy przychodzi rata kredytu, ale kiedy kładziemy się spać, śpimy spokojnie. Nikt nie dyktuje nam, jak mamy żyć. A ta wolność jest warta każdych pieniędzy, które odrzuciliśmy tamtego deszczowego dnia w kawiarni.

Alicja, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama