„Teściowa nie ma za grosz taktu i wpada do nas nawet w walentynki. Następnym razem zamknę jej drzwi przed samym nosem"
„Od początku naszego małżeństwa wpadała do nas bez zapowiedzi, jakby ten dom był nadal jej syna, a nie nasz wspólny. Zdarzało się, że zastała mnie w piżamie albo w trakcie sprzątania, a ona z dumą rozglądała się po kątach, komentując, gdzie leży kurz i co powinnam poprawić".

- Redakcja
Nigdy nie byłam z tych synowych, które wyolbrzymiają rodzinne dramaty, ale muszę przyznać, że obecność mojej teściowej potrafiła wyprowadzić mnie z równowagi jak mało co. Od początku naszego małżeństwa wpadała do nas bez zapowiedzi, jakby ten dom był nadal jej syna, a nie nasz wspólny. Zdarzało się, że zastała mnie w piżamie albo w trakcie sprzątania, a ona z dumą rozglądała się po kątach, komentując, gdzie leży kurz i co powinnam poprawić. Mój mąż uważał, że przesadzam, ale to nie on musiał znosić te aluzje o zupie z torebki czy zbyt krótkiej spódnicy. Początkowo próbowałam prosić, by uprzedzała o wizytach, lecz ona udawała, że nie rozumie. Z czasem wpadłam na sposób, który skutecznie nauczył ją dobrych manier.
Przyszłam was odwiedzić
Pierwszy raz zderzyłam się z „niespodzianką” teściowej jeszcze w tygodniu po ślubie. Ledwo zdążyłam zamknąć za mężem drzwi, już dzwonek rozbrzmiał w całym mieszkaniu. Otwieram, a tu ona – z siatką pełną słoików, ciasta i... własnych kapci pod pachą. Uśmiechnięta, jakby właśnie do siebie wracała.
– No, cześć dzieci, przyszłam was odwiedzić! – ogłosiła, nie zwracając uwagi na mój rozczochrany koczek i dres. – O, widzę, że jeszcze w piżamie, a już po dziewiątej!
Stałam zdezorientowana. Mąż rzucił tylko krótkie „mamo, mogłaś zadzwonić”, ale ona machnęła ręką.
– Przecież to nie hotel, tylko dom rodzinny. Tu nie trzeba się zapowiadać.
Weszła, od razu skierowała się do kuchni.
– Ojej, herbata w kubkach, a nie w filiżankach? No nic, następnym razem wam przywiozę porządną zastawę – komentowała z przekąsem.
Potem przeszła do salonu, oceniła wzrokiem poduszki, zerknęła na parapety, dotknęła firanki.
– Oj, tu to się kurzy, a tu roślinki do podlania... – mruczała pod nosem.
Z każdą kolejną wizytą czułam coraz większy dyskomfort. Moje prośby o wcześniejszy telefon spływały po niej jak po kaczce. Mąż, choć widział moje niezadowolenie, nie chciał stawiać matce granic.
– Tak już ma, nie zmienisz jej – powtarzał.
A ja coraz bardziej miałam dosyć jej niezapowiedzianych najść.
Przecież chce dobrze
Minęło kilka miesięcy, a teściowa nie odpuszczała ani na krok. Zjawiała się w najbardziej nieodpowiednich momentach – czasem w środku obiadu, czasem tuż przed wyjściem na spacer. Wchodziła z rozmachem, od razu oceniając, co mogłoby być zrobione lepiej.
– Widzę, że znowu ziemniaki z wody... Kiedyś nauczę cię robić kluski, bo takiego obiadu to mój syn w domu nie jadał – rzucała, patrząc wymownie na męża. On wzruszał ramionami, udając, że nie słyszy.
Pewnego dnia dyktowała mi, jak powinnam rozkładać pranie.
– Tych bluzek nie trzymaj tak długo na suszarce, bo zżółkną. I nie używaj tej płukanki, ona uczula! – kręciła głową z dezaprobatą.
Najgorsze były jej uwagi na temat wychowania dzieci, choć jeszcze ich nie mieliśmy.
– Zobaczysz, jak urodzisz, to dopiero się zacznie! Całe szczęście, że macie mnie. Bez mojej pomocy się nie obejdzie – śmiała się niby żartem, ale ja już wiedziałam, że to zapowiedź prawdziwej inwazji.
W końcu nie wytrzymałam i wybuchłam przy mężu:
– Czy naprawdę musimy wszystko konsultować z twoją mamą? Ona nawet mówi mi, kiedy mam myć okna!
– Przestań się przejmować, przecież chce dobrze – odpowiadał, ale ja miałam wrażenie, że on po prostu boi się powiedzieć jej prawdę.
Dłużej tego nie zniosę
Długo zaciskałam zęby, próbując tłumaczyć sobie, że teściowa naprawdę chce pomóc. Ale z czasem, zamiast przyzwyczaić się do jej obecności, zaczęłam czuć się jak lokatorka w jej własnym domu. Miarka się przebrała w walentynki. Akurat zaplanowaliśmy z mężem romantyczną kolację w domu tylko we dwoje. Gdy nagle usłyszałam głos:
– To ja! Zrobiłam wam rogaliki – oznajmiła, jakby właśnie wróciła z zakupów do swojego mieszkania.
Mąż spojrzał na mnie zaskoczony.
– Mamo, mogłabyś chociaż zadzwonić? – jęknął, ale ona, nie zważając na nasze zakłopotanie, wparowała do kuchni.
– Ja tylko na chwilę, patrzcie, co przyniosłam – rzuciła beztrosko.
Patrzyłam, jak wyjmuje wypieki z pudełek i zaczyna układać je na tacy. Zaczęłam czuć się jak intruz.
– Nie przesadzaj, przecież to twoja teściowa, ona taka jest – próbowała mnie pocieszać koleżanka przez telefon, gdy żaliłam się, że nie mam już na to siły.
Po tej wizycie przez cały dzień byłam spięta, chodziłam zła i roztrzęsiona. Wieczorem rozpłakałam się przy mężu:
– Jeśli jej nie powiesz, żeby przestała wchodzić tu bez pukania, zrobię to sama.
– Daj spokój, przecież nie będziemy się z nią kłócić – westchnął, próbując mnie objąć.
Wtedy postanowiłam, że już dłużej tego nie zniosę.
Nie będę już was tak nachodzić
Następnego dnia wstałam wcześnie. Byłam zdenerwowana, ale postanowiona nie dać się dłużej lekceważyć. Przez cały tydzień udawałam, że wszystko jest jak zwykle. Gdy w piątek rano zadzwonił domofon, już wiedziałam, że to ona. Otworzyłam, a teściowa od razu ruszyła w stronę drzwi – jak zawsze bez pukania. Nie wytrzymałam.
– Mamo, musimy porozmawiać.
– Coś się stało? – zdziwiła się teściowa, marszcząc czoło.
– Chodzi o te częste wizyty mamy. To miło, że o nas pamiętasz, że przyniesiesz coś do jedzenia, gdy jesteśmy bardzo zapracowani, ale my mamy prawo do prywatności. Nie możesz za każdym razem przyjeżdżać bez zapowiedzi.
– Nie wiedziałam, że tak wam to przeszkadza. Może faktycznie trochę przesadzam.
– Proszę nie odebrać tego źle, telefon kilka dni wcześniej zrobi dużą różnicę.
– No, dobrze, będę pamiętać, obiecuję, że nie będę już was tak nachodzić bez zapowiedzi – mówiła.
Miałam nadzieje, że faktycznie zacznie traktować nasz dom jak naszą prywatną przestrzeń, nie jak przystanek.
Rozdział 5: Sztuka pukanego wejścia
Od tego dnia sytuacja w domu zmieniła się nie do poznania. Teściowa pojawiała się rzadziej, a każdą wizytę poprzedzała telefonem, pytając, czy „piesek” już się do niej przyzwyczaił. Czasem słyszałam w jej głosie lekkie rozbawienie, ale częściej wyczuwałam ostrożność, której wcześniej nigdy nie miała. Za każdym razem zanim nacisnęła klamkę, najpierw pukała, a potem ostrożnie wsuwała głowę do przedpokoju.
– Dzień dobry, czy mogę wejść? – pytała, zerkając za moją nogę, jakby spodziewała się, że zza rogu wyskoczy ogromny wilczur.
Początkowo byłam spięta i czekałam na konfrontację, ale nic takiego się nie wydarzyło. Teściowa sama, po kilku wizytach, zaczęła zachowywać się zupełnie inaczej. – Wiesz, przyzwyczaiłam się już do tego pukania – powiedziała kiedyś z lekkim uśmiechem, stawiając na stole swój słynny sernik. – Tak jest jakoś... kulturalniej.
Z czasem między nami zrobiło się spokojniej. Mąż zauważył, że jestem mniej spięta, a nawet zaczął się śmiać z całej sytuacji. – Może powinniśmy naprawdę wziąć jakiegoś psa? – zażartował.
– Jeszcze by się rozbestwił od tych wszystkich ciast twojej mamy – odpowiedziałam, śmiejąc się razem z nim.
Moje starania się opłaciły
Od tamtej pory drzwi naszego mieszkania wreszcie stały się dla teściowej symboliczną granicą. Każde pukanie było dla mnie sygnałem, że moje starania się opłaciły, a dom odzyskał swoją intymność. Zamiast stresu, czułam spokój, gdy widziałam, jak teściowa cierpliwie czeka, aż otworzę. Z czasem jej wizyty stały się rzadsze, ale za to znacznie przyjemniejsze. Rozmawiałyśmy jak dwie dorosłe kobiety, a nie jak matka krążąca nad synową z notatnikiem.
Widziałam jednak, że nawet ona docenia nowy porządek, bo przestała wpadać do nas z naręczem słoików i własną listą poprawek do wprowadzenia. Nawet mój mąż przyznał po czasie, że wreszcie czuje się u siebie – i że cieszy się z mojej determinacji. Dziś śmiejemy się z tamtej historii i nikt już nie traktuje naszego domu jak dworca bez drzwi. A ja wiem, że czasem wystarczy jasny, szczery komunikat, żeby w końcu nauczyć teściową dobrych manier.
Kinga, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Uważałam, że synowa nie pasuje do naszej rodziny. Dopiero zdrada mojego syna otworzyła mi oczy na prawdę”
- „Teściowa dała nam 30 tysięcy na ślub i wesele. Gdybym wiedziała, że zażąda faktur, wolałabym żyć na kocią łapę”
- „W tłusty czwartek chciałam się popisać przed teściową i zrobiłam pączki. Nie doceniła mnie i cisnęła nimi o podłogę”

