„Teściowa mnie nienawidziła, ale po śmierci męża to ona mi pomogła. Dzięki niej moje dzieci mają co jeść”
„Zabrakło pieniędzy na czynsz, potem na jedzenie. Dzieci coraz częściej płakały z głodu, a ja nocami chodziłam po mieszkaniu i liczyłam resztki monet w kuchennej szufladzie”.

Mam dwójkę dzieci i… od kilku miesięcy jestem wdową. Chociaż wciąż nie potrafię się do tego przyzwyczaić – to słowo zawsze wydawało mi się obce, jakieś staromodne, jakby zupełnie nie pasowało do mnie, zwykłej dziewczyny z prowincji. Mój świat skończył się w chwili, gdy zabrakło Michała, mojego męża. Ale zanim zginął, przez lata żyliśmy pod jednym dachem z jego matką – Krystyną.
Teściowa… Słowo, które wielu ludziom kojarzy się z zgryźliwością, kontrolą, wiecznym niezadowoleniem. U mnie to nie było tylko skojarzenie – to była codzienność. Krystyna nigdy nie uważała mnie za kogoś wartego jej syna. „Bez wykształcenia, z małego miasta, gdzie ty się pchasz?” – rzucała mi prosto w twarz. Pamiętam jedną z naszych kłótni, kiedy nie wytrzymałam:
– Proszę pani, ja naprawdę kocham Michała! – powiedziałam, trzęsąc się ze złości.
– Miłość to za mało, Joanno. Z miłości nie wyżyjesz, a mojego syna nie pozwolę ci zrujnować – odpowiedziała chłodno.
Wtedy Michał tylko bezradnie milczał, próbując nas pogodzić. Teraz już go nie ma, a ja zostałam sama z dziećmi, bez wsparcia, bez pieniędzy i bez nadziei.
Byłam zdesperowana
Pierwszy raz od pogrzebu Michała zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do teściowej. Głos miałam zachrypnięty, serce waliło mi głośno. Siedziałam w przedpokoju, w starym swetrze Michała, ściskając w dłoni pusty portfel. Byłam zdesperowana – na koncie nie miałam już prawie nic, dzieci coraz częściej pytały, kiedy tata wróci. Staś chorował, a ja nie wiedziałam, czy starczy mi na lekarstwa. Potrzebowałam pomocy. Teściowa mieszkała kilka ulic dalej, ale to była cała wieczność. Kiedy otworzyła mi drzwi, spojrzała na mnie tym swoim nieprzeniknionym wzrokiem. Przez chwilę myślałam, że się ucieszy – w końcu byłam matką jej wnuków.
– Dzień dobry… Mogę wejść? – zapytałam niepewnie.
Krystyna skinęła głową, nie zapraszając gestem. W kuchni pachniało kawą i cytryną. Stałam na środku jak intruz.
– Powiedz wprost, po co przyszłaś, Joanno – rzuciła lodowato.
Zebrałam się w sobie.
– Nie radzę sobie. Naprawdę próbuję, ale… Zostałam z długami, dzieci… Nie proszę o wiele, może tylko chwilową pożyczkę, jakieś wsparcie…
Jej usta wykrzywił się grymas, który nawet nie przypominał współczucia.
– Nie chciałam cię w tej rodzinie – powiedziała powoli, cedząc każde słowo. – A teraz mam ci pomagać? Licz na siebie. Michał był dorosły, podjął decyzje. Ja swoich błędów nie muszę naprawiać.
Wyszłam upokorzona, z oczami pełnymi łez. Czułam gniew, rozżalenie, ale też bezsilność. Wiedziałam, że nikt nie jest mi nic winien. Ale jeszcze nigdy nie czułam się tak bardzo sama.
Z każdym dniem było gorzej
Zabrakło pieniędzy na czynsz, potem na jedzenie. Dzieci coraz częściej płakały z głodu, a ja nocami chodziłam po mieszkaniu i liczyłam resztki monet w kuchennej szufladzie. Nie spałam, nie jadłam, chodziłam po urzędach, szukałam pracy. Wszędzie słyszałam: „odezwiemy się”, „proszę czekać”. Któregoś dnia, po nieprzespanej nocy, po prostu się rozsypałam. Siedziałam na klatce schodowej, wciągając drżącymi rękami powietrze. Obok mnie Staś cicho płakał, Oliwia tuliła swoją ukochaną lalkę. Nagle poczułam na sobie czyjąś dłoń. To była sąsiadka, pani Halina.
– Joasiu, co ty tu robisz? Wszystko w porządku?
Nie potrafiłam odpowiedzieć. Łzy spływały mi po policzkach. Pani Halina nie pytała więcej – wyjęła telefon i wybrała numer Krystyny. Krystyna przyjechała po pół godzinie. Stanęła nade mną, patrząc długo w milczeniu. Bez słowa zabrała dzieci pod ramię, pomogła mi się podnieść.
W jej mieszkaniu siedzieliśmy przy kuchennym stole. Było cicho, dzieci jadły zupę. Ja gapiłam się w blat.
– Nie robię tego dla ciebie – odezwała się w końcu Krystyna, patrząc gdzieś w okno. – Robię to dla Michała. I dla dzieci. Rozumiesz?
Kiwnęłam głową, choć w środku coś we mnie pękło. Miałam wrażenie, że przyjęto mnie tu tylko z obowiązku. Ale nie miałam siły się buntować. Po prostu nie miałam już siły na nic.
Obie straciłyśmy Michała
Początki w mieszkaniu teściowej były trudne. Krystyna była oszczędna w gestach, nie okazywała czułości, ale dbała, by dzieci miały ciepło, zupę i czyste ubrania. Ja próbowałam się odwdzięczyć – sprzątałam, gotowałam, szukałam pracy, ale czułam się jak intruz. Wieczorami, kiedy dom cichł, obie siadałyśmy przy herbacie. Najpierw milczałyśmy, potem padały pojedyncze słowa. O szkole Oliwii, o lekarzu Stasia, o rachunkach. Ale pewnego wieczoru, nagle, Krystyna przerwała ciszę.
– Myślisz, że tylko ty go straciłaś? – powiedziała cicho, nie patrząc na mnie. – To był mój syn.
Patrzyłam na jej pobladłą twarz, zaciśnięte usta. Chciałam coś powiedzieć, ale nie potrafiłam. W końcu tylko wyszeptałam:
– Przepraszam, ja… ja naprawdę go kochałam.
– Wiem – odpowiedziała z wysiłkiem. – Ale to nie zmienia bólu.
Chwilę później obie płakałyśmy. Po raz pierwszy zobaczyłam w niej nie przeciwniczkę, nie sędziego, tylko kobietę, która cierpiała równie mocno jak ja. Przez te łzy, przez wspólny żal, coś zaczęło się w nas zmieniać. To nie była przyjaźń, jeszcze nie. Ale pojawiło się zrozumienie. I pierwszy cień ulgi.
Byłyśmy szczere
Z czasem nasza codzienność zaczęła przypominać życie. Dzieci coraz pewniej czuły się w nowym domu, Staś nie budził się już co noc z płaczem. Krystyna – wciąż surowa – zaczęła jednak czasem opowiadać mi o sobie. Siedziałyśmy w kuchni późnym wieczorem, kiedy dom już spał. Pewnego razu nalała nam herbaty, westchnęła ciężko.
– Nigdy nie byłam miękka – zaczęła niespodziewanie. – Straciłam męża, miałam dwadzieścia dziewięć lat. Zostaliśmy z Michałem sami. Musiałam być twarda, bo świat nikogo nie oszczędza. Zazdrościłam wam waszej miłości… Bo sama nigdy nie potrafiłam już kochać kogoś tak, jak kochałam jego ojca.
Poczułam, jak ściska mi się gardło.
– Bałam się ciebie. Zawsze czułam się gorsza – wyrzuciłam z siebie.
Krystyna spojrzała na mnie długo, poważnie.
– Może gdybyśmy rozmawiały wcześniej, wszystko wyglądałoby inaczej – powiedziała, a w jej głosie zabrzmiała prawdziwa szczerość. – Ale wtedy byłam zbyt dumna, a ty… za bardzo się mnie bałaś.
Łzy cisnęły mi się do oczu. Było w tym coś oczyszczającego. Przestałyśmy być dla siebie wrogami – choć jeszcze nie umiałyśmy się do siebie przytulić, zaczęłyśmy po prostu… rozmawiać. O bólu, o stracie, o tym, jak trudno jest żyć po swojemu, nie raniąc innych.
Jestem wdzięczna teściowej
Minęło kilka miesięcy. Dzieci znów śmiały się rano, a ja wreszcie dostałam pracę na pół etatu w pobliskim sklepie. Krystyna nie komentowała, ale widziałam dumę w jej oczach, gdy wracałam zmęczona, ale zadowolona. Zaczęłam zbierać na wynajem mieszkania, choć wcale mi się nie spieszyło. Dzieci nazywały Krystynę „babcią”, przytulały się do niej, a ona – choć udawała, że nie widzi – wzruszała się coraz częściej.
Pewnego ranka, podczas wspólnego śniadania, Staś zapytał nieoczekiwanie:
– Mamo, czy my teraz zawsze będziemy mieszkać z babcią?
Uśmiechnęłam się niepewnie.
– Jeszcze nie wiem, kochanie. Ale na razie… jesteśmy razem.
Krystyna spojrzała na mnie uważnie, jakby czekała, co powiem. Wzięłam głęboki oddech.
– Nie wiem, czy kiedykolwiek cię pokocham – powiedziałam szczerze, patrząc jej prosto w oczy. – Ale wiem, że jesteś moją rodziną. I że nie jestem już sama.
Oliwia się roześmiała, Staś wylał kakao, a Krystyna pogłaskała go po głowie. W tej zwykłej, domowej chwili poczułam, że to nie jest już tylko tymczasowy azyl. Może to nie szczęście, jak dawniej, ale to coś, co daje mi siłę, by rano wstać i nie bać się przyszłości.
Joanna, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przyjaciel męża bardzo pomógł mi po jego śmierci. Tak się mną zaopiekował, że wkrótce zostaliśmy parą”
- „Mąż nie lubił zimy, ale chętnie wychodził z córką na sanki. W końcu Zuzia zdradziła mi, co tata wtedy naprawdę robił”
- „Dzieci od miesięcy mówiły o feriach w Dolomitach. Jedna decyzja mojego męża pogrzebała nasze marzenia i oszczędności”

