Reklama

To miał być wieczór, który uratuje naszą bliskość, powoli umierającą pod stertą niezapłaconych rachunków i nadgodzin w korporacji. Marcin ostatnio chodził jak cień. Jego szef w firmie logistycznej dokręcał śrubę, a my mijaliśmy się w domu jak dwoje współlokatorów, wymieniając tylko zdawkowe informacje o tym, kto kupi mleko i czy pranie zostało rozwieszone.

Wszystko przygotowałam

Walentynki miały być pretekstem. Wiem, to komercyjne święto, plastikowe serduszka i tak dalej, ale dla nas to miała być deska ratunku. W kuchni pachniało rozmarynem i czosnkiem. Na stole w jadalni rozstawiłam świece – nie za dużo, żeby nie wyglądało to jak ołtarzyk, ale wystarczająco, by stworzyć półmrok, w którym wszystko smakuje lepiej. Nawet telefon wyciszyłam, kładąc go ekranem do dołu na komodzie.

Marcin miał wrócić lada chwila. Wysłałam mu wcześniej SMS-a: „Nie jedz nic na mieście. I pospiesz się, mam dla Ciebie niespodziankę, której nie możesz przegapić”. Odpisał tylko emotikoną. Wiedziałam, że zrozumiał. Marcin wszedł do domu punktualnie. Kiedy zobaczył, co przygotowałam, zamurowało go.

– Ula… – wydusił tylko. – Jesteś niesamowita.

Pociągnął mnie w stronę kanapy. Nie protestowałam. I właśnie w tym momencie usłyszałam zgrzyt. Metaliczny, bezlitosny dźwięk klucza wchodzącego do zamka w drzwiach wejściowych. Zamarliśmy. To było jak kubeł lodowatej wody. Spojrzeliśmy na siebie z przerażeniem. Tylko jedna osoba miała klucz i nie używała dzwonka.

– O Boże, nie – szepnął Marcin, blednąc.

– Szybko, ubieraj się! – syknęłam, zrywając się z kanapy i próbując naciągnąć szlafrok, który zaplątał się w poduszki.

Wpadła jak do siebie

W tym samym momencie drzwi otworzyły się z hukiem. To było wejście smoka w moherowym berecie. Do przedpokoju wparowała teściowa. Marcin stał w rozpiętej koszuli.

– Mamo?! Co ty tu robisz? – próbował brzmieć stanowczo, ale głos mu drżał.

Teściowa zignorowała go całkowicie. Ruszyła w głąb salonu, mijając nas jak powietrze. Podeszła do stołu z kolacją.

– Co to jest? – Wskazała na serwetki w kształcie serc. – Pogańskie święto!

– Mamo, to są Walentynki. Chcieliśmy zjeść kolację – powiedział Marcin, zapinając nerwowo koszulę. – Proszę cię, wyjdź. Porozmawiamy jutro.

Teściowa odwróciła się do nas gwałtownie. Jej twarz była purpurowa z oburzenia.

– Wyjdź? Ja mam wyjść, kiedy wy tu duszę diabłu sprzedajecie?! – Wskazała na mnie oskarżycielskim palcem. – W Wielki Post prawie wchodzimy, a ona się stroi w czerwienie! To nie jest miłość, synu. To jest komercyjna papka wymyślona przez amerykanów, żeby odciągnąć katolików od wiary! – krzyczała.

Zaczęła chodzić po salonie, mamrocząc modlitwy. Czułam się, jakbym była w komedii, a nie we własnym domu. Patrzyłam na Marcina. Stał pośrodku tego chaosu, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, kompletnie bezradny. To mnie zabolało bardziej niż słowa teściowej. Jego bierność.

– Marcin, zrób coś – syknęłam do niego. – Wyrzuć ją stąd. Natychmiast.

Zepsuła nam wieczór

Spojrzał na matkę, potem na mnie.

– Mamo, proszę, usiądź… – zaczął łagodnie.

– Nie będę siadać w gnieździe grzechu! – wrzasnęła.

Zaczęła płakać. Nie, ona nie płakała. Ona wyła tak, jakby ktoś właśnie umarł.

– Ja cię piersią karmiłam! Ja cię do Pierwszej Komunii prowadziłam! A ty pozwalasz, żeby ta kobieta robiła z waszego małżeństwa coś takiego?!

Marcin patrzył na mnie. Widziałam, jak w jego głowie przesuwają się trybiki. Widziałam strach przed matką – ten pierwotny lęk dziecka, które boi się, że mamusia przestanie je kochać, ale widział też mnie. Widział kobietę, którą podobno kochał, stojącą w zniszczony wieczór. Wziął głęboki oddech. Wyprostował się.

– Mamo – powiedział. Jego głos był inny. Niższy, twardszy. – Oddaj klucze.

– Co?

– Oddaj klucze do naszego mieszkania. Teraz. To jest naruszenie miru domowego. Zniszczyłaś nam wieczór. I zachowujesz się jak fanatyczka, a nie jak matka.

Teściowa otworzyła usta, żeby zaprotestować, żeby rzucić kolejnym cytatem z pisma świętego albo groźbą zawału, ale Marcin podszedł do niej i wyciągnął rękę.

– Klucze. Albo zmieniam zamki jutro rano i nie wpuszczę cię tu nawet na Wigilię.

Postawił jej się

Patrzyłam na to z niedowierzaniem. Mój mąż, mój Marcin, który bał się powiedzieć jej, że nie smakuje mu zupa, teraz stał nad nią jak tytan. Teściowa zrozumiała, że przegrała bitwę. Jej twarz zmieniła się z męczeńskiej w kamienną maskę nienawiści. Sięgnęła do torebki, wyciągnęła pęk kluczy i rzuciła je na podłogę pod nogi Marcina.

– Będziesz tego żałował – syknęła. – Będziesz płakał krwawymi łzami, jak ona cię zostawi dla innego, bo tacy jak ona nie znają wierności. Modlę się za ciebie, synu. Bo szatan już cię ma.

Odwróciła się na pięcie i wyszła. Zostaliśmy sami. Marcin stał chwilę bez ruchu, wpatrując się w drzwi. Potem schylił się i podniósł klucze. Ważył je w dłoni, jakby były wykonane z ołowiu. Podszedł do mnie. Bałam się, że zaraz zacznie ją usprawiedliwiać. Że powie „Ula, wiesz, ona jest stara, nie powinniśmy…”. Zamiast tego objął mnie tak mocno, że aż zabolały mnie żebra. Schował twarz w moich włosach. Czułam, jak jego ciało drży.

– Przepraszam – szepnął. – Przepraszam cię, tak strasznie cię przepraszam.

– Zrobiłeś to – powiedziałam, wciąż w szoku. – Postawiłeś się jej.

– Powinienem to zrobić pięć lat temu – odsunął się i spojrzał mi w oczy. – Kocham cię. I nie pozwolę, żeby ona kiedykolwiek więcej weszła tu bez pukania. To jest nasz dom.

Obraziła się

Spojrzeliśmy na stół. Romantyczny nastrój diabli wzięli.

– No to po Walentynkach – westchnęłam, poprawiając szlafrok.

Marcin spojrzał na zniszczoną kolację, a potem na mnie. W jego oczach pojawił się błysk. Taki łobuzerski, którego nie widziałam od dawna.

– Wiesz co? – powiedział, podchodząc do stołu i biorąc karafkę z winem. – Jedzenie do wyrzucenia. Zamawiamy pizzę? – zapytał. – Największą, najbardziej tłustą pizzę z podwójnym serem?

– Z salami – dodałam. – Żeby było bardziej grzesznie w piątek.

Zaczęliśmy się śmiać. Śmialiśmy się tak bardzo, że musieliśmy usiąść na podłodze. Śmialiśmy się z całej tej absurdalnej sytuacji. Zjedliśmy pizzę w łóżku, oglądając głupi serial, w starych dresach. Ale kiedy Marcin zasypiał, trzymając mnie za rękę, czułam się bliżej niego niż kiedykolwiek wcześniej.

Teściowa nie dzwoniła przez tydzień. Oczerniała nas przed całą rodziną, dzwoniła do ciotek z płaczem, że wyrzuciliśmy ją z domu jak psa, ale to nie miało znaczenia. Zmieniliśmy zamki następnego dnia rano. Kosztowało to parę stówek, ale dźwięk nowego zamka przekręcanego w drzwiach był najpiękniejszą muzyką.

Urszula, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama