Reklama

To miał być nasz ratunek. Deska ratunku rzucona na wzburzone morze naszego małżeństwa i rodzicielskiego wypalenia. Od miesięcy żyłam wizją tych dwóch tygodni ferii zimowych. Mieliśmy wszystko zaplanowane: dzieci jadą do teściowej na wieś, gdzie mają świeże powietrze i sanki, a my z Markiem... zostajemy sami. Bez krzyków, bez pytań o tablet, bez wstawania o szóstej rano. Kiedy Teresa powiedziała „nie”, i to w taki sposób, jakby odmawiała dokładki ziemniaków, poczułam, jak coś we mnie pęka.

To powinna być formalność

Pamiętam ten dzień z fotograficzną dokładnością. Była niedziela, dwa tygodnie przed rozpoczęciem ferii w naszym województwie. Na zewnątrz plucha, szarość, to typowe polskie przedwiośnie w środku zimy, które wysysa z człowieka resztki energii. Siedzieliśmy przy stole u Teresy, mojej teściowej. Stół nakryty białym obrusem, porcelana, srebrne sztućce. U Teresy wszystko musiało być „na poziomie”. Marek, mój mąż, siedział naprzeciwko mnie i nerwowo miętolił serwetkę. Wiedział, że musimy to dziś potwierdzić. Od września, zaznaczam – od września – napomykaliśmy Teresie, że w drugim tygodniu ferii chcielibyśmy podrzucić jej Zosię i Antka. Kiwała głową, uśmiechała się tym swoim półgębkiem, mówiła: „Zobaczymy, zobaczymy”, co w moim słowniku optymistki oznaczało „Tak, oczywiście”.

Byłam zmęczona. Nie takim zwykłym zmęczeniem, które mija po odespaniu weekendu. Byłam wykończona mentalnie. Moja firma przechodziła restrukturyzację, pracowałam po dziesięć godzin dziennie, a po powrocie do domu wchodziłam w drugi etat – matki, kucharki, i sprzątaczki. Marek starał się pomagać, ale jego nowa rola w korporacji też wymagała poświęceń. Oddalaliśmy się od siebie. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki: kto odbiera, kto robi zakupy, kto płaci rachunki. Ten wyjazd – tylko we dwoje, do małego domku w Bieszczadach – miał być naszym powrotem do siebie.

– Pyszny rosół, mamo – powiedział Marek, przerywając ciszę.

– Cieszę się, synku. Dodałam lubczyku, podobno dobrze robi na serce – odpowiedziała Teresa, nawet na mnie nie patrząc.

To była jej klasyczna zagrywka. Ignorowanie synowej przy jednoczesnym uwielbieniu dla syna. Zosia i Antek bawili się w salonie, więc mieliśmy chwilę, by przejść do konkretów. Wzięłam głęboki oddech. Czułam, jak żołądek ściska mi się w supeł. Dlaczego w ogóle się denerwowałam? Przecież to ich babcia. Kocha ich. Jest na emeryturze, ma duży dom i jeszcze więcej wolnego czasu. To powinna być formalność.

– Mamo – zaczęłam, starając się brzmieć naturalnie. – Chcieliśmy dograć szczegóły co do ferii. Przywieźlibyśmy dzieciaki w poniedziałek rano, a odebrali w niedzielę wieczorem. Mają już spakowane kombinezony, a Antek obiecał, że będzie grzeczny przy jedzeniu.

Teresa odłożyła łyżkę. Bardzo powoli. Wytarła kąciki ust serwetką. Spojrzała na Marka, potem na mnie, a jej wzrok był chłodny jak tafla lodu.

To dla mnie za dużo

– Och, Paulinko – westchnęła – Myślałam, że żartujecie z tymi planami.

– Żartujemy? – Marek zmarszczył brwi. – Mamo, rozmawiamy o tym od jesieni. Mamy rezerwację w hotelu. Wpłaciliśmy zadatek.

– Zadatek zawsze można odzyskać, a zdrowia nie – ucięła, poprawiając idealnie ułożone siwe włosy. – Nie mogę wziąć dzieci w tym terminie. Po prostu nie dam rady. Kręgosłup mi dokucza, a Antek jest taki żywiołowy. Zosia zresztą też ostatnio zrobiła się... wymagająca.

Zamurowało mnie. „Wymagająca”? Zosia ma osiem lat i większość czasu spędza z nosa w książkach. Antek to sześciolatek, owszem, ma energię, ale Teresa ma wielki ogród!

– Mamo, ale mówiłaś... – Marek próbował interweniować, ale Teresa uniosła dłoń.

– Nie obiecywałam. Mówiłam „zobaczymy”. I zobaczyłam. Mam swoje lata, muszę się oszczędzać. Dwoje dzieci na głowie przez tydzień? To dla mnie za dużo. Jestem tylko jedną, starszą kobietą. Chcę mieć spokój na starość, czy to tak wiele?

Poczułam ukłucie winy. Może faktycznie przesadzamy? Może jesteśmy egoistami, którzy chcą zrzucić ciężar rodzicielstwa na teściową Spojrzałam na Marka. Wyglądał na zrezygnowanego. Znał ten ton. To był ton kończący dyskusję.

Nie będziesz mi wyliczać, co robię z moim czasem

– Rozumiem – powiedziałam cicho, choć w środku wszystko we mnie krzyczało. Moje marzenia o ciszy, siedzeniu przy kominku, o naprawianiu małżeństwa właśnie legły w gruzach.

– Jakoś to zorganizujemy, ale nie ukrywam, że jestem rozczarowana. Myślałam, że nie odwrócisz się od wnuków w takiej sytuacji, ale się przeliczyłam. Jakoś w ubiegłym roku nie przeszkadzało ci, żeby całe dwa tygodnie niańczyć dzieci Sylwii.

Marek próbował mnie złapać za rękę.

– Paulina, uspokój się, nie rób scen...

– Nie, Marku! Nie uspokoję się! – wyrwałam rękę. To nie chodziło już tylko o ferie. To chodziło o lata nierównego traktowania. O to, że moje dzieci zawsze były tymi gorszymi wnukami. Ale jak twoja siostra prosiła teściową o pomoc przy jej dzieciach, to ta nigdy nie robiła z tego problemu.

– Macie pieniądze na wczasy, to i na opiekunkę was stać – rzuciła sucho teściowa.

– Nie lecimy na Bali, tylko do do chaty w lesie, żeby ratować nasze małżeństwo, bo nie pamiętamy, jak to jest rozmawiać ze sobą bez przerywania co trzy minuty!

Teresa uderzyła dłonią w stół.

– Dość tego! – krzyknęła. – Nie będziesz mi wyliczać, co robię z moim czasem.

Wtedy odezwał się Marek. Wstał powoli. Myślałam, że stanie po mojej stronie. Zamiast tego powiedział tylko:

– Paulina, przestań już – powiedział cicho, ale stanowczo. – Robisz z igły widły. Jakoś to ogarniemy. Nie możesz jej zmuszać do opieki.

Spojrzałam na niego, jakby był obcym człowiekiem. W tym momencie poczułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek. Patrzyłam, jak boi się postawić mamusi. Moja pozycja w tej rodzinie stała się jasna jak słońce.

– Wiesz co? – powiedziałam, zbierając torebkę. – Masz rację. Poradzimy sobie. Zawsze sobie radzimy. Ale nie myśl, że zapomnę o tym, co się dzisiaj stało.

Nie muszę błagać o pomoc

Przez całą drogę powrotną w samochodzie panowała cisza. Dzieci wyczuły nastrój i siedziały cicho jak myszy pod miotłą, wpatrzone w tablety. W domu, gdy tylko zamknęliśmy drzwi do sypialni, emocje wybuchły na nowo.

– Przesadziłaś – zaczął Marek, zdejmując krawat. – Matka jest starsza, ma prawo wyboru.

– Prawo wyboru? – zaśmiałam się gorzko. – Marek, ona nas wystawiła. A ty nie widzisz w tym żadnego problemu.

– To co miałem zrobić? Zrobić awanturę przy obiedzie?

– Tak! Właśnie tak! Miałeś stanąć po stronie swojej żony i swoich dzieci! Widzisz, jak ona traktuje Zosię i Antka? Jak gorszy sort!

Tej nocy spaliśmy w osobnych pokojach. Następnego dnia odwołałam rezerwację w Bieszczadach. Straciliśmy zaliczkę, ale to było najmniejsze z moich zmartwień. Musiałam zorganizować opiekę na dwa tygodnie. Półkolonie były już wyprzedane. Ostatecznie wzięłam tydzień urlopu (szef kręcił nosem, ale zrozumiał sytuację, gdy zobaczył moje podkrążone oczy), a na drugi tydzień ubłagałam moją mamę, która mieszka 300 kilometrów dalej i wciąż pracuje zawodowo. Moja mama wzięła bezpłatny urlop, żeby przyjechać i nam pomóc. Bez pytań. Bez wymówek. Po prostu przyjechała.

Ferie minęły. Było ciężko, chaotycznie, ale daliśmy radę. Moja mama zabierała dzieciaki na długie spacery, robiliśmy razem pierogi, graliśmy w planszówki. Paradoksalnie, dzieci były szczęśliwsze niż u „eleganckiej” babci Teresy, gdzie bały się dotknąć czegokolwiek, żeby nie ubrudzić. Z Markiem... jest chłodno. Odbyliśmy wiele trudnych rozmów. Uświadomiłam mu, że jego bierność niszczy naszą relację bardziej niż zachowanie jego matki. A Teresa? Dzwoniła kilka razy. Nie odebrałam. Podobno jest „rozczarowana moją postawą”. Cóż, ja też jestem rozczarowana. Ale też wolna. Zrozumiałam, że nie muszę zabiegać o jej względy. Nie muszę błagać o pomoc.

Moje dzieci mają jedną wspaniałą babcię – moją mamę. A druga? Druga jest tylko starszą panią, którą odwiedzamy w święta na godzinę. Wyciągnęłam z tego lekcję. Rodziny się nie wybiera, ale to my ustalamy granice, w jakich pozwalamy się traktować. Już nigdy nie pozwolę, by ktoś sprawił, że moje dzieci poczują się mniej ważne. Nawet jeśli tą osobą jest ich własna babcia.

Paulina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama