Reklama

Nigdy nie sądziłam, że można zniknąć we własnym domu, nie ruszając się z miejsca. To nie stało się z dnia na dzień. To był powolny proces, cichy jak kapanie wody z nieszczelnego kranu, którego na początku w ogóle nie słyszysz, a potem, po latach, okazuje się, że zalało całą piwnicę. Myślałam, że mam wsparcie, że mam drugą matkę, która chce dla mnie i mojej rodziny jak najlepiej. Dopiero stojąc przed półką z makaronem w supermarkecie i płacząc z bezsilności, bo nie wiedziałam, który wybrać, zrozumiałam, że zostałam wymazana. Moje życie stało się cudzym scenariuszem, a ja byłam w nim tylko statystką.

Mama wie lepiej

Pamiętam ten konkretny dzień, jakby to było wczoraj. Teściowa przyszła do nas w tłusty czwartek. Powinno być miło, rodzinnie, bezpiecznie. Ale ja stałam przy blacie kuchennym ze sztywnymi plecami, czując, jak mięśnie karku napinają się do granic możliwości. Obok mnie stała Teresa, moja teściowa. Kobieta o nienagannych manierach, zawsze idealnie ułożonych siwych włosach i uśmiechu, który nigdy nie obejmował oczu.

– Wiktoria, czy te pączki nie są za suche? – zapytała, wskazując na tacę z pierwszymi słodkościami.

– Robię je jak zwykle, według starego przepisu – odpowiedziałam cicho.

No właśnie, jak zwykle. Ostatnio też były nie za dobre. Zanim zdążyłam zaprotestować, teściowa już sprawdzała ciasto. A ja stałam tam, patrząc na jej dłonie – zadbane, z idealnym manicure – i czułam, jak w gardle rośnie mi gula. To była tylko pączki. Głupie pączki. Ale w tym geście było wszystko. Była informacja, że nie potrafię nic sama. Że moje standardy są niewystarczające. Że potrzebuję nadzoru. Spojrzałam w stronę salonu, gdzie Piotr bawił się klockami z naszym pięcioletnim synem, Adasiem. Mąż nawet nie podniósł głowy. Dla niego obecność matki w naszej kuchni była czymś naturalnym, wręcz pożądanym. Przecież mama pomaga. Mama wie lepiej. Mama ma doświadczenie.

Nie było tu nic mojego

Kiedy usiedliśmy do stołu, rozejrzałam się po naszym salonie. Kiedyś, w marzeniach, widziałam tu granatową sofę, mnóstwo roślin doniczkowych i eklektyczne dodatki, które zbierałam przez lata studiów. Zamiast tego siedzieliśmy na beżowym komplecie wypoczynkowym, podziwiając kremowe zasłony i dębową meblościankę. Wszystko solidne, drogie i... potwornie nudne. To Teresa znalazła te meble. Znalazła promocję, załatwiła transport, przekonała Piotra, że granatowa sofa będzie „przytłaczać pomieszczenie” i „zbierać kurz”.

– Spójrz, jak tu jasno i przestronnie – mówiła wtedy, gdy wnosiłam sprzeciw. – Posłuchaj starszej, doświadczonej gospodyni. Ciemne kolory źle wpływają na nastrój. A wy potrzebujecie światła.

Piotr oczywiście przyznał jej rację.

– Wika, mama ma rację, ten beż ładnie wygląda – powiedział wtedy, a ja poczułam, jak powietrze uchodzi ze mnie.

Teraz, jedząc pączki, które zmieszała wcześniej z błotem, patrzyłam na te beżowe ściany i czułam, że się w nich roztapiam. Nie było tu nic mojego. Nawet serwetki pod talerzami były prezentem od niej, bo moje, te z lnu, były „zbyt trudne do prasowania”.

To nie była pomoc. To była kontrola

Kilka dni później wybrałam się z dziećmi na plac zabaw. To miało być moje popołudnie. Tylko ja, Adaś i dwuletnia Ola. Jeszcze dobrze nie wyszliśmy, a teściowa już dzwoniła: "Tylko pamiętaj, ciepło ich ubierz, najlepiej załóż im te czapki ode mnie". Na placu zabaw spotkałam moją dawną koleżankę, Martę. Nie widziałyśmy się od miesięcy.

– Słuchaj, organizujemy babski wyjazd w góry za dwa tygodnie. Tylko na weekend. Może byś pojechała? Oderwiesz się, odpoczniesz. Piotr zostanie z dziećmi.

Moja pierwsza myśl nie była o tym, jak cudownie byłoby pospacerować po górach. Moja pierwsza myśl brzmiała: „Teresa uzna, że porzucam rodzinę”.

– Nie mogę – odpowiedziałam szybko, zbyt szybko. – Mamy teraz dużo na głowie. Piotr ma trudny projekt w pracy, nie mogę go zostawić samego z dwójką dzieci.

Marta westchnęła, ale nie naciskała. Wiedziała. Wszyscy widzieli, tylko ja udawałam, że to normalne. Że to po prostu zgrana, wielopokoleniowa rodzina, w której babcia bardzo angażuje się w pomoc. Ale to nie była pomoc. To była kontrola.

Byłam marionetką

Przełom nastąpił w najbardziej prozaicznych okolicznościach. Musiałam kupić sobie sukienkę na wesele kuzynki. Piotr został z dziećmi (pod czujnym okiem Teresy, która przyszła „tylko dopilnować kolacji”), a ja pojechałam do galerii handlowej. Cieszyłam się na te zakupy. Obiecałam sobie, że kupię coś odważnego. Coś, co nie jest beżowe, szare ani granatowe. Weszłam do butiku i od razu ją zobaczyłam. Była piękna. Butelkowa zieleń, dopasowana w talii, z lekko odsłoniętymi plecami. Materiał był miękki, lejący. Wzięłam ją do przymierzalni. Założyłam. Wyglądałam w niej... dobrze. Naprawdę dobrze. Moje oczy nabrały blasku, sylwetka wyglądała kobieco. Przez chwilę widziałam w lustrze tę dawną Wiktorię, dziewczynę, która miała marzenia, opinie i własny gust.

Już miałam iść do kasy, gdy wyciągnęłam telefon, żeby sprawdzić godzinę. I wtedy popełniłam błąd. Zrobiłam zdjęcie i wysłałam je Piotrowi z pytaniem: „Co myślisz?”. Chciałam komplementu. Chciałam, żeby mąż zobaczył we mnie kobietę, a nie tylko matkę i synową. Odpowiedź przyszła po dwóch minutach. Nie od Piotra. Telefon zadzwonił. Wyświetliło się: „Teściowa”.

– Piotr pokazał mi zdjęcie – zaczęła bez przywitania. – czy ty na pewno dobrze się czujesz w tym kolorze? Zieleń podkreśla cienie pod oczami. Wyglądasz na zmęczoną. Poza tym, ten krój... te plecy. To wesele rodzinne, będą starsi ludzie. Czy to wypada? Może poszukaj czegoś w pastelach? Widziałam ładną, skromną sukienkę w błękicie na wystawie obok.

Słuchałam jej głosu i czułam, jak zieleń w lustrze szarzeje. Nagle dekolt na plecach wydał mi się za duży. Materiał zbyt opinający. Kolor faktycznie sprawiał, że wyglądałam blado.

– Masz rację, mamo – wyszeptałam. – Chyba faktycznie nie pasuje.

Rozłączyłam się. Zdjęłam sukienkę. Odwiesiłam ją na wieszak. Wyszłam z przymierzalni i ruszyłam w stronę wyjścia ze sklepu. Nie kupiłam niczego. Wróciłam do samochodu, usiadłam za kierownicą i po prostu zaczęłam płakać. Nie był to płacz smutku, ale przerażenia. Uświadomiłam sobie, że nie potrafię kupić sukienki bez jej aprobaty. Że jej głos jest w mojej głowie głośniejszy niż mój własny. Że od pięciu lat nie podjęłam ani jednej, absolutnie ani jednej suwerennej decyzji. Wybór przedszkola dla Adasia? Teresa znalazła to z najlepszym angielskim. Wakacje? Teresa poleciła pensjonat swojej znajomej, bo „powietrze jest tam zdrowsze dla dzieci” niż nad morzem. Nawet rodzaj proszku do prania był dyktowany jej „troską” o skórę wnuków. Byłam marionetką. A za sznurki pociągała kobieta, która oficjalnie tylko „pomagała”.

Od lat wmawiasz mi, że wszystko robię źle

Wróciłam do domu z pustymi rękami i czerwoną twarzą. W salonie panowała sielanka. Dzieci oglądały bajkę, Piotr czytał książkę, a Teresa składała pranie. Moje pranie. Moją bieliznę.

– O, wróciłaś – powiedziała. – I co? Nie znalazłaś nic w błękicie? Mówiłam Piotrowi, że zieleń to nie twój kolor.

Piotr podniósł wzrok.

– Kochanie, mama ma dobre oko. Ale na pewno coś znajdziesz następnym razem.

Patrzyłam na nią. I nagle coś we mnie pękło.

– Koniec z tym – powiedziałam.

– Słucham?

– Nie chcę, żebyś decydowała, w jakim kolorze mam iść na wesele.

W pokoju zapadła cisza. Nawet dzieci przestały patrzeć w telewizor. Piotr zamknął książkę, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

– Wiktorio, jesteś przemęczona – zaczęła Teresa tym swoim tonem. – Ja tylko chcę pomóc. Widzę, że sobie nie radzisz z domem, więc...

Nie radzę sobie, bo mi nie pozwalasz – przerwałam jej. Wiedziałam, że jeśli teraz nic nie powiem, to już nigdy nie odzyskam swojego życia.

– Od lat wmawiasz mi, że wszystko robię źle. Że źle gotuję, źle ubieram dzieci, źle urządzam dom. A ja uwierzyłam ci. Uwierzyłam, że jestem do niczego. Ale to nieprawda.

– Wika, uspokój się, mama chciała dla nas dobrze – wtrącił Piotr, wstając z fotela.

– Nie, Piotrze. Ona chce kontroli – odwróciłam się do męża. – Spójrz na ten dom. Czy on wygląda jak nasz? Czy te meble są nasze? Czy decyzja o tym, że Adaś nie chodzi na piłkę, tylko na szachy, była nasza? Nie. Wszystko jest jej.

Teresa pobladła.

– Nigdy nie zostałam tak obrażona – powiedziała lodowatym tonem – Po tym wszystkim, co dla was robię. Poświęcam swój czas, zdrowie, pieniądze...

– Nie prosiłam o to – powiedziałam twardo. – Nie prosiłam o meble, nie prosiłam o dyrygowanie w kuchni. Dziękuję za pomoc, ale pomoc to wsparcie, a nie wyręczanie i krytykowanie na każdym kroku.

Wyszła. Po prostu wzięła torebkę i wyszła, trzaskając drzwiami tak mocno, że obrazek na ścianie się przekrzywił.

To ja jestem panią tego domu

Przez następne dwa dni Piotr był na mnie wściekły. Mówił, że jestem niewdzięczna, że zraniłam matkę, że ona teraz płacze. Jeszcze tydzień wcześniej ugięłabym się pod tym ciężarem winy. Pobiegłabym przepraszać, błagać o wybaczenie. Ale tym razem nie mogłam.

– Piotrze – powiedziałam mu trzeciego dnia wieczorem, gdy siedzieliśmy w kuchni. – Kocham cię. Ale nie mogę żyć pod dyktando twojej matki. Jeśli ona ma tu przychodzić, to na kawę i ciasto. Jako gość. Nie jako zarządca. Jeśli tego nie zrozumiesz, to ja nie wiem, czy my to przetrwamy.

To był pierwszy raz, kiedy postawiłam sprawę tak jasno. Piotr milczał długo. Patrzył na beżowe ściany, na idealnie ustawione słoiki z przyprawami. Może w końcu zobaczył to, co ja widziałam od dawna. Że nie żyjemy u siebie. Nie było happy endu jak z filmu. Teresa obraziła się na miesiąc. Przez ten czas nie dzwoniła, nie przychodziła. To był najtrudniejszy, a zarazem najpiękniejszy miesiąc mojego małżeństwa. Zaczęłam gotować po swojemu. Kupiłam tę zieloną sukienkę. Przemalowaliśmy jedną ścianę w salonie na ciemną zieleń, mimo że Piotr wciąż uważał, że to ryzykowny krok. Ale zgodził się. Kiedy Teresa w końcu nas odwiedziła, weszła do salonu i od razu spojrzała na ścianę. Skrzywiła się.

– Bardzo tu teraz... ciemno – skomentowała.

– Mi się podoba – odpowiedziałam z uśmiechem, stawiając przed nią filiżankę kawy. – Ciasteczka są kupne, nie upiekłam domowych. Mam nadzieję, że ci posmakują.

Spojrzała na mnie, potem na ścianę, a w końcu na Piotra, szukając u niego poparcia. Ale Piotr, po raz pierwszy od lat, chwycił mnie za rękę.

– Są pyszne, mamo. Wika wybrała najlepsze w cukierni.

To była mała wygrana. Wiem, że ona wciąż będzie próbować. Wiem, że będę słyszeć jej uwagi o wychowaniu dzieci, o praniu, o sprzątaniu. Ale teraz wiem też coś jeszcze: to ja jestem panią tego domu. I jeśli zechcę pokroić marchewkę w gwiazdki albo w ogóle jej nie kroić i wrzucić w całości, to tak właśnie zrobię. Odzyskałam swój głos w przymierzalni z zieloną sukienką i nie zamierzam go już nigdy oddać.

Wiktoria, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama