„Teściowa dała nam mieszkanie po babci do remontu, ale pod jednym warunkiem. Myślałam, że to będzie okazja życia”
„Przesunęłam stół bliżej okna, żeby zrobić miejsce na niewielką półkę. Kupiłam jasne poduszki na kanapę. Każdy ruch wywoływał komentarz. – Stół stał tu od trzydziestu lat – usłyszałam któregoś popołudnia. – Teraz człowiek potyka się o krzesła”.

Kiedy teściowa, Halina zaproponowała nam mieszkanie po swojej mamie, miałam wrażenie, że los wreszcie się do nas uśmiechnął. Wynajmowaliśmy wtedy jeden pokój z widokiem na parking i marzyliśmy o czymś własnym. Warunek był jeden – dożywotnie prawo zamieszkania dla niej. Uśmiechnęłam się i przytaknęłam, przekonana, że wspólne życie pod jednym dachem to tylko kwestia organizacji. Nie przypuszczałam, że wprowadzę się do miejsca, w którym nigdy nie poczuję się u siebie.
Każda zmiana budziła pretensje
Pierwszego dnia po przeprowadzce otworzyłam wszystkie okna. Wpuściłam do środka świeże powietrze i przez chwilę stałam na środku salonu, wyobrażając sobie jasne zasłony i prosty stół bez ciężkiej, haftowanej serwety.
– Tu wszystko ma swoją historię – powiedziała teściowa, stając w progu. – Ten stół pamięta jeszcze święta u mojej mamy.
Uśmiechnęłam się uprzejmie.
– Oczywiście. Nie chcę niczego niszczyć. Pomyślałam tylko o jaśniejszych zasłonach. Będzie więcej światła.
Teściowa podeszła do okna i dotknęła ciemnego materiału.
– Te zasłony szyła moja ciotka. Ręcznie. Dziś takich już nie ma.
To był pierwszy sygnał, że każda zmiana będzie traktowana jak zamach na rodzinne dziedzictwo.
Zaczęłam od drobiazgów. Przesunęłam stół bliżej okna, żeby zrobić miejsce na niewielką półkę. Zmieniłam uchwyty w kuchennych szafkach. Kupiłam jasne poduszki na kanapę. Każdy ruch wywoływał komentarz.
– Stół stał tu od trzydziestu lat – usłyszałam któregoś popołudnia. – Teraz człowiek potyka się o krzesła.
– Mamo, to tylko kilka centymetrów – wtrącił Łukasz, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.
– Kilka centymetrów dziś, a jutro co? Wyrzucicie wszystko?
Słowo „wyrzucicie” zawisło w powietrzu jak oskarżenie.
Największa burza wybuchła o kredens. Stał w salonie, masywny, ciemny, zajmował pół ściany. Drzwi skrzypiały, półki były krzywe. Zaproponowałam, że oddamy go komuś, kto go odnowi.
– Chcę tylko, żeby było lżej – tłumaczyłam spokojnie. – To nasze wspólne mieszkanie.
Teściowa spojrzała na mnie tak, jakbym powiedziała coś niewybaczalnego.
– To mieszkanie po mojej mamie. Gdyby nie ja, dalej siedzielibyście w wynajętym pokoiku.
Łukasz wstał z kanapy.
– Mamo, Basia nie ma złych intencji.
– A ty? – odwróciła się do niego. – Ty też chcesz wymazać wszystko, co było wcześniej?
Zrobiło mi się gorąco.
– Nikt niczego nie wymazuje. Chcę tylko czuć się tu dobrze.
– Ja się czułam dobrze, zanim zaczęły się te rewolucje – odpowiedziała chłodno.
Patrzyłam na Łukasza i czekałam, aż powie coś stanowczego. Że to też jego dom. Że mamy prawo urządzać go po swojemu. On jednak tylko westchnął.
– Może zostawmy ten kredens – zaproponował ugodowo. – Nie kłóćmy się o meble.
Nie chodziło o meble. Chodziło o to, że z każdą rozmową czułam się bardziej jak gość. Jak ktoś, kto powinien dziękować i nie zadawać pytań.
Wieczorem leżeliśmy już w sypialni.
– Dlaczego nic nie powiedziałeś? – zapytałam cicho.
– Bo to nie jest warte wojny – odpowiedział. – Mama potrzebuje czasu.
– A ja? – spojrzałam w sufit. – Ja też potrzebuję czasu. I miejsca.
Nie odpowiedział od razu. W końcu przyciągnął mnie do siebie.
– Nie przesadzaj. Wszystko się ułoży.
Ja jednak czułam, że coś zaczyna się psuć. Niewinne zmiany zamieniały się w wielkie pretensje, a między mną a Łukaszem pojawiała się cienka, ledwie widoczna rysa.
Czułam się jak w pułapce
Z czasem przestałam otwierać okna na oścież. Miałam wrażenie, że każdy powiew świeżego powietrza to dla teściowej dowód na to, że chcę wywietrzyć jej wspomnienia. Zaczęłyśmy funkcjonować obok siebie jak dwie lokatorki, które łączy tylko adres.
Pewnego ranka wstałam wcześniej, żeby przygotować śniadanie przed pracą. W kuchni zastałam pełny zlew i blat zastawiony talerzami.
– Mamo, mogłabyś następnym razem nastawić zmywarkę? – zapytałam spokojnie, kiedy weszła w szlafroku.
Spojrzała na mnie z chłodnym zdziwieniem.
– Myślałam, że skoro robisz porządki po swojemu, to sama to zrobisz.
– Nie chodzi o porządki po mojemu. Chodzi o wspólne zasady.
– Wspólne? – powtórzyła z naciskiem. – Ja już swoje zrobiłam. Oddałam wam mieszkanie. Porządki to teraz wasza sprawa.
Porządki, rachunki, zakupy. To był kolejny temat, którego wcześniej nie poruszaliśmy. Z miesiąca na miesiąc wydatki rosły, a teściowa nawet nie zapytała, ile wynoszą.
Wieczorem powiedziałam o tym Łukaszowi.
– To niezręczne – mruknął. – Mama może poczuć się urażona.
– A ja jak mam się czuć? – spojrzałam na niego. – To ona udaje, że z nami nie mieszka.
Wzruszył ramionami.
– Nie róbmy z tego dramatu.
Dramat rozgrywał się jednak w małych scenach. W sobotę wróciłam z pracy i w salonie zastałam trzy nieznane mi kobiety. Siedziały przy stole, a kredens – ten sam, o który toczyła się bitwa – był zastawiony filiżankami.
– O, jesteś – rzuciła teściowa. – Dziewczyny wpadły na herbatę.
– Mogłaś powiedzieć wcześniej – szepnęłam do niej w przedpokoju. – Mieliśmy z Łukaszem plany.
– To mój dom – odpowiedziała bez wahania. – Nie będę pytać o pozwolenie.
Poczułam, jak coś we mnie się przełamuje. Nie podniosłam głosu. Weszłam do sypialni i zamknęłam drzwi. Słyszałam śmiech, brzęk porcelany i zdania urywane w pół szeptu.
Wieczorem teściowa długo rozmawiała z Łukaszem w kuchni. Nie słyszałam wszystkiego, ale wyłapałam kilka słów.
– Ona mnie nie szanuje… Czuję się obca we własnym mieszkaniu… Zmieniłeś się…
Łukasz przyszedł do mnie później.
– Mama mówi, że ją atakujesz – zaczął bez wstępów.
Zaśmiałam się cicho, bez radości.
– Atakuję, bo chcę wiedzieć, kiedy mamy gości?
– Ona jest wrażliwa – odpowiedział. – Dużo straciła.
– Ja też dużo tracę – rzuciłam. – Spokój. Prywatność. Może i ciebie?
Zamilkł. Coraz częściej milczał. Wychodził wcześniej do pracy, wracał później. Mówił, że ma projekty do dokończenia, że to tylko intensywny okres. Ja zostawałam w domu z kobietą, która patrzyła na mnie jak na intruza.
Spróbowałam jeszcze jednej rozmowy. Zaprosiłam teściową do stołu.
– Ustalmy zasady – zaczęłam łagodnie. – Podział rachunków, informowanie o gościach, wspólne decyzje o większych zmianach.
Nie pozwoliła mi dokończyć.
– Chcesz mi dyktować warunki? – jej głos zadrżał. – W domu, który oddałam z miłości do syna?
– Niczego nie dyktuję. Proszę o współpracę.
– Współpracę? – powtórzyła. – Ja już swoje zrobiłam.
Wstała i wyszła z kuchni. Zostawiła mnie z kubkiem herbaty i poczuciem, że każda próba rozmowy tylko pogłębia przepaść. Zaczęłam się zastanawiać, czy walczę o porządek, czy o to, by ktoś wreszcie przyznał mi rację. Chciałam czuć, że jestem dla Łukasza najważniejsza. Tymczasem miałam wrażenie, że stoję na końcu kolejki.
Musiałam coś zmienić
Decyzję o remoncie łazienki podjęłam w środę, stojąc nad pękniętymi kafelkami. Patrzyłam na odpadającą fugę i myślałam, że to najlepsza metafora naszego życia pod tym dachem. Niby wszystko się trzyma, ale wystarczy lekki nacisk i coś się kruszy.
– Umówiłam ekipę na przyszły tydzień – powiedziałam wieczorem przy kolacji.
Łukasz uniósł głowę znad talerza.
– Jaką ekipę?
– Remontową do łazienki. To tylko dwa tygodnie pracy. Mam oszczędności.
Teściowa odłożyła widelec.
– Tak bez konsultacji?
– Rozmawiałyśmy o tym już kilka razy – przypomniałam spokojnie. – Kafelki odpadają, rury przeciekają. Nie da się dłużej czekać.
– Da się – odpowiedziała twardo. – Przez trzydzieści lat się dało.
Poczułam, jak serce zaczyna mi szybciej bić.
– Ale ja nie chcę żyć kolejne trzydzieści lat w miejscu, które się rozpada.
– Czyli moje życie takie było? – jej głos podniósł się. – To chcesz powiedzieć?
– Nie przekręcaj moich słów.
Łukasz wstał gwałtownie.
– Wystarczy! – spojrzał na nas obie. – Nie mogę wracać do domu i słuchać ciągłych kłótni.
– To powiedz wreszcie, po czyjej jesteś stronie – wyrwało mi się.
Zapadła cisza. Teściowa patrzyła na syna z napięciem, ja z nadzieją i strachem jednocześnie.
– Nie chodzi o strony – odpowiedział po chwili. – Nie będę wybierał między moją matką i żoną.
Te słowa zabolały bardziej niż wszystkie wcześniejsze uwagi Haliny.
Remont i tak się rozpoczął. Pierwszego dnia, gdy robotnicy zaczęli skuwać stare płytki, teściowa weszła do łazienki i stanęła w progu.
– Robisz to specjalnie – powiedziała cicho, ale wyraźnie. – Chcesz mnie stąd wypchnąć.
– Nikt mamy nie wypycha – odpowiedziałam, czując, jak drżą mi ręce. – Chcę normalnych warunków.
– Interesowność wychodzi z człowieka w najmniej spodziewanym momencie – dodała. – Mieszkanie było celem od początku, prawda?
Te słowa uderzyły mnie jak policzek.
– Gdyby chodziło o mieszkanie, nie znosiłabym tego wszystkiego – odpowiedziałam. – Chciałam mieć dom. Z twoim synem.
Łukasz stał między nami, bezradny.
– Przestańcie – powtarzał. – Proszę.
To już jednak nie była zwykła sprzeczka. To było starcie o przestrzeń, o wpływ, o to, kto ma prawo decydować. Poczułam, że coś we mnie się buntuje.
– Nie mogę tak żyć – powiedziałam w końcu, patrząc na Łukasza. – W ciągłym napięciu, w poczuciu, że każdy mój ruch jest oceniany.
– Jeśli ci nie pasuje, nikt cię tu nie trzyma – rzuciła Halina.
Słowa zawisły w powietrzu. Robotnicy zamilkli, jakby wyczuli ciężar chwili. Spojrzałam na męża. Czekałam na jedno zdanie. Na „Basia zostaje”. Na „To też jej dom”. On jednak milczał. Zaciskał szczęki, patrzył w podłogę. Wtedy zrozumiałam, że tu stoję sama. Jeśli chcę odzyskać głos, muszę zrobić coś więcej niż tylko wymienić kafelki.
Nie zostanę tam dłużej
Słowa teściowej długo dźwięczały mi w głowie. „Nikt cię tu nie trzyma”. Powtarzałam je w myślach następnego dnia w pracy, w drodze do domu, nawet wtedy, gdy stałam przed lustrem i próbowałam przekonać samą siebie, że przesadzam.
Wieczorem usiadłam naprzeciwko Łukasza.
– Znalazłam kawalerkę – powiedziałam bez wstępów. – Niedaleko mojej pracy. Mała, ale jasna.
Spojrzał na mnie tak, jakby nie dosłyszał.
– Chcesz się wyprowadzić?
– Muszę. Bo jeśli tu zostanę, przestanę ci ufać. A tego nie chcę.
Milczał długo. Widziałam, jak walczy ze sobą.
– To moja mama – wyszeptał.
– A ja jestem twoją żoną – odpowiedziałam spokojnie. – Nie każę ci wybierać między nami. Proszę tylko, żebyś postawił na nasze małżeństwo.
Następnego dnia oznajmił matce, że wyprowadzamy się razem.
– To przez nią – powiedziała teściowa, patrząc na mnie chłodno. – Od początku było wiadomo.
– Mamo, przestań – Łukasz pierwszy raz zabrzmiał stanowczo. – To nasza wspólna decyzja.
Pakowanie przebiegało w ciszy. Składałam rzeczy do kartonów, owijając talerze gazetą. Kredens stał niewzruszony, jakby obserwował nas z wyrzutem. Teściowa krążyła po mieszkaniu, poprawiała serwetę, zamykała i otwierała szafki.
Gdy wynosiliśmy ostatnie pudła, stanęła w drzwiach.
– Myślisz, że tam będzie łatwiej? – zapytała mnie.
Zatrzymałam się.
– Myślę, że tam będziemy sami.
Nie odpowiedziała. Cofnęła się do salonu, do swoich mebli i historii.
Nowe mieszkanie pachniało świeżą farbą. Było ciasne – kanapa niemal dotykała stołu, a w łazience ledwo mieściła się pralka. Ale kiedy zamknęłam drzwi, poczułam coś, czego nie czułam od miesięcy: ciszę, która nie była napięciem.
– Przepraszam – powiedział nagle Łukasz. – Za to, że milczałem.
Spojrzałam na niego uważnie.
– Bolało mnie to bardziej niż jej słowa.
– Bałem się, że jeśli stanę po twojej stronie, stracę mamę – wziął głęboki oddech. – A prawie straciłem ciebie.
To był pierwszy raz, kiedy nazwał rzeczy po imieniu. Nie usprawiedliwiał się, nie rozmywał odpowiedzialności. Po prostu przyznał, że się bał.
Przez kolejne dni urządzaliśmy kawalerkę powoli. Każda półka była naszą wspólną decyzją. Każda zasłona – wybrana bez komentarza z boku.
Teściowa dzwoniła coraz częściej. Raz z pytaniem o rachunek, raz z informacją, że w łazience coś kapie. Słyszałam w jej głosie coś, czego wcześniej nie było – niepewność.
Pewnego wieczoru Łukasz wrócił od niej zamyślony.
– Mieszkanie jest za duże dla jednej osoby – powiedział cicho. – Chyba dopiero teraz to do niej dociera.
Nie poczułam satysfakcji. Raczej smutek. Wszyscy coś straciliśmy w tej historii.
Coś do niej dotarło
Minęło kilka miesięcy. W kawalerce wciąż bywa ciasno, czasem kłócimy się o drobiazgi, ale to nasze kłótnie, w naszej przestrzeni. Łukasz nauczył się reagować szybciej, kiedy coś mnie rani. Ja nauczyłam się mówić wprost, zanim żal urośnie do rozmiarów kredensu.
Z teściową widujemy się rzadziej, ale jest spokojniej. Kiedy ostatnio zaprosiła nas na obiad, sama wspomniała o sprzedaży części mebli.
– Może komuś jeszcze posłużą – powiedziała, nie patrząc na mnie.
To nie były przeprosiny, ale wystarczyło, żebym zrozumiała, że coś w niej też się zmieniło i zrobiło miejsce na dalszą zmianę. Dziś wiem, że mieszkanie po babci było tylko pretekstem. Prawdziwa walka toczyła się o granice i o odwagę, by powiedzieć: „To jest nasze życie”. Straciłam złudzenie, że dom dostaje się w prezencie. Dom buduje się decyzjami – czasem bolesnymi. Nie żałuję wyprowadzki. Dzięki niej odzyskałam oddech i przekonałam się, że jeśli ktoś ma stanąć obok mnie, musi zrobić to świadomie, a nie z przyzwyczajenia.
Barbara, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dałem się zmanipulować mojej nadopiekuńczej matce. Przez własną naiwność straciłem ukochaną kobietę”
- „Teściowa robiła remont łazienki i wpakowała się do nas bez zaproszenia. Postawiłam mężowi ultimatum: ja albo ona”
- „Moja teściowa w sekrecie przetrząsała wszystkie nasze kąty. Gdy się dowiedziałam, dlaczego to robi, wszystko mi opadło”

