Reklama

To miał być wyjazd, który uratuje naszą rodzinę po fatalnym roku. Austria, narty, pierwszy raz dzieci w prawdziwych górach. Liczyliśmy każdy grosz, a obietnica teściowej była dla nas jak koło ratunkowe. Byłam pewna, że kocha wnuki nad życie.

Ledwo wiązaliśmy końce

Nigdy nie uważałam się za osobę roszczeniową. Wręcz przeciwnie. Od dziesięciu lat, czyli od momentu, kiedy powiedziałam „tak” Tomkowi, staram się udowodnić całemu światu, a przede wszystkim jego matce, że potrafię zadbać o ognisko domowe. Pracuję w korporacji, ogarniam dwójkę dorastających dzieci – dziesięcioletniego Krzysia i ośmioletnią Lenkę – a do tego próbuję utrzymać nasze małżeństwo w ryzach, mimo szalejącej inflacji i kredytu we frankach, który wisi nad nami jak miecz Damoklesa.

Moja teściowa to kobieta z innej epoki. I nie mówię tu o roczniku urodzenia, ale o stanie umysłu. To typowa „matka Polka cierpiętnica”, która każdą niedzielę spędza w pierwszej ławce w kościele, a proboszcza traktuje z większą czcią niż papieża. Zawsze mieliśmy poprawne relacje. Ona uważała, że za mało gotuję, a ja uważałam, że ona za bardzo ingeruje, ale tolerowałyśmy się dla dobra dzieci i dla świętego spokoju.

Wszystko zaczęło się sypać w listopadzie. To był ciężki rok. Tomek nie dostał awansu, na który liczyliśmy, a nam zepsuł się samochód, pochłaniając nasze oszczędności „na czarną godzinę”. Byliśmy zmęczeni, wypaleni i desperacko potrzebowaliśmy oddechu. Wtedy wpadliśmy na ten pomysł: Austria. Znajomi jechali większą grupą, udało im się znaleźć tańszy dom w Tyrolu. To była szansa, żeby pokazać dzieciom inny świat, nauczyć je jeździć na nartach w warunkach, o jakich w polskich górach w szczycie sezonu można tylko pomarzyć.

Nie było nas stać

Koszt? Spory, ale do udźwignięcia, jeśli zaciśniemy pasa. Brakowało nam około pięciu tysięcy złotych, żeby dopiąć budżet bez wchodzenia w debet. I wtedy, podczas jednego z tych dusznych, niedzielnych obiadów, teściowa rzuciła to zdanie, które uruchomiło lawinę.

– Chcecie zabrać dzieci w Alpy? – nie patrzyła na nas, tylko w talerz.

– Tak, mamo – Tomek ożywił się, widząc szansę na aprobatę. – To dla nich wielka szansa. Krzyś ma talent do sportu, a Lenka marzy o śniegu, którego u nas ostatnio jak na lekarstwo. Tylko wiesz… finanse trochę nas trzymają.

– Pieniądze to rzecz nabyta – mruknęła, wycierając kącik ust serwetką. – Ja na tamten świat ich nie zabiorę. Dziadek, świeć Panie nad jego duszą, zostawił mi trochę grosza z odszkodowania. Trzymam to na specjalną okazję.

Spojrzeliśmy na siebie z Tomkiem. W moich oczach zapaliła się iskierka nadziei. Wiedzieliśmy, że teściowa żyje skromnie, ale od lat słyszeliśmy legendy o „skarpecie”, w której trzyma pieniądze po zmarłym teściu.

– Myślałam, żeby… no, wspomóc wnuki – dodała po chwili, zawieszając głos w ten teatralny sposób, który zawsze mnie drażnił, ale tym razem brzmiał jak muzyka. – W końcu co ja mam z tego życia? Tylko was.

– Mamo, to by było niesamowite – wyrwało mi się. – Naprawdę, dołożylibyśmy to do zaliczki. Dzieci oszaleją ze szczęścia.

Liczyliśmy na pomoc

Uśmiechnęła się wtedy. To był ten rzadki, niemal ciepły uśmiech.

– Porozmawiamy po kolędzie.

Wyszliśmy od niej w euforii. W samochodzie Tomek ściskał moją rękę.

– Widzisz? Mówiłem, że ona ma dobre serce. Po prostu jest specyficzna.

– Masz rację – przyznałam, czując wyrzuty sumienia za wszystkie złe myśli o niej. – To wspaniały gest.

Zarezerwowaliśmy wyjazd. Wpłaciliśmy pierwszą transzę z debetu, licząc, że pieniądze od babci pokryją drugą ratę i kieszonkowe na miejscu. Powiedzieliśmy dzieciom. Ich pisk radości, to jak skakały po łóżkach krzycząc „Austria! Austria!”, był wart każdego stresu.

Grudzień minął nam w biegu. Prezenty, praca, przygotowania. Temat pieniędzy od teściowej wisiał w powietrzu, ale nie chcieliśmy naciskać. Była to w końcu darowizna, dobra wola. Głupio było dzwonić i pytać: „Mamo, gdzie kasa?”. Jednak coś zaczęło mnie niepokoić. Teściowa stała się… inna. Jeszcze bardziej uduchowiona, jeśli to w ogóle możliwe. Zaczęła znikać z domu na długie godziny. „Kółko różańcowe”, „spotkanie rady parafialnej”, „pomoc przy dekorowaniu ołtarza”.

Pewnego popołudnia, wracając wcześniej z pracy, zobaczyłam ją pod plebanią. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, w jaki sposób rozmawiała z proboszczem. Stała wpatrzona w niego jak w obrazek, ściskając kurczowo swoją starą, skórzaną torebkę. Ksiądz Andrzej, postawny mężczyzna o rubasznym uśmiechu, trzymał ją za dłoń i kiwał głową z aprobatą. Wyglądali jak w transakcji handlowej, a nie podczas duchowej rozmowy.

Coś się zmieniło

Kiedy wieczorem zadzwoniłam do niej, zbyła mnie.

– Jestem zajęta, Martuś. Mam ważną misję do spełnienia.

– Misję? Mamo, wszystko w porządku?

– Jak najbardziej. Pan Bóg wskaże drogę.

– Mamo, a co z… no wiesz, z wyjazdem? Musimy wpłacić resztę do 15 stycznia.

– Pamiętam, pamiętam. Wszystko będzie tak, jak ma być. Bóg czuwa.

Rozłączyła się. „Bóg czuwa”. To zdanie dźwięczało mi w uszach jak ostrzeżenie. Tomek mnie uspokajał. Twierdził, że matka po prostu lubi budować napięcie, że chce nam wręczyć te pieniądze uroczyście, może w Trzech Króli. Ale Trzech Króli minęło, a pieniędzy nie było. 10 stycznia. Pięć dni do terminu wpłaty. Nie mogliśmy już czekać. Musieliśmy wiedzieć, na czym stoimy. Jeśli teściowa się wycofa, będziemy musieli wziąć chwilówkę albo odwołać wyjazd i stracić zaliczkę. Ta druga opcja oznaczała złamane serca dzieci. Nie mogłam do tego dopuścić.

Pojechaliśmy do niej wieczorem. Na ścianach, jak zawsze, wisiały niezliczone portrety świętych, które zdawały się nas obserwować z wyrzutem. Teściowa podała herbatę w szklankach z koszyczkiem. Była dziwnie podniosła, ubrana w swoją „wyjściową” garsonkę.

– Mamo – zaczął Tomek, chrząkając nerwowo. – Przyszliśmy, bo wiesz… termin goni. Chodzi o Austrię.

– Ach, Austria – westchnęła, patrząc na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej wiszący nad telewizorem. – Piękny kraj. Katolicki.

Oddała księdzu

Zapadła cisza. Słyszałam bicie własnego serca.

– No właśnie. I… wspominałaś, że pomożesz nam finansowo. Że masz te oszczędności po tacie – kontynuował Tomek.

Jego matka powoli odstawiła szklankę. Spojrzała na nas, a w jej oczach zobaczyłam coś, co zmroziło mi krew. To nie była złośliwość. To był fanatyczny spokój.

– Miałam – poprawiła go spokojnie. – Miałam oszczędności.

– Miałaś? – głos mi się załamał. – Co to znaczy „miałaś”? Zgubiłaś je? Ukradli ci?

Wstała i podeszła do kredensu. Wyjęła z niego dużą, ozdobną kopertę. Przez chwilę myślałam, że to pieniądze, że po prostu robiła nam na złość, przetrzymując nas w niepewności. Ale koperta była otwarta i pusta. Obok niej położyła dyplom. Ozdobny, złocony dyplom z pieczęcią parafii.

– „Bóg zapłać za hojny dar serca na rzecz renowacji zabytkowych organów i nowego dzwonu dla parafii pod wezwaniem Świętego…” – przeczytałam na głos, czując, jak litery rozmazują mi się przed oczami.

– Mamo… – Tomek był blady jak ściana. – Ile?

– Wszystko – odpowiedziała z dumą, prostując się jak struna. – Trzydzieści tysięcy złotych. Ksiądz proboszcz powiedział, że moje imię będzie wygrawerowane na dzwonie. Będę wzywać wiernych na mszę nawet, gdy mnie już tu nie będzie. Czy to nie piękne?

Była z siebie dumna

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. To nie była złość. To była furia.

– Mamo… – zaczęłam, starając się nie krzyczeć, choć wszystko we mnie wrzało. – Obiecałaś wnukom. Krzyś i Lenka od miesiąca nie mówią o niczym innym. Liczyliśmy na ciebie.

– Martyś, dziecko – spojrzała na mnie z politowaniem, jak na kogoś niespełna rozumu. – Narty to próżność. To tylko chwila przyjemności, zjeżdżanie z górki na pazurki. A Kościół to wieczność. To inwestycja w życie wieczne. Moje i wasze też, bo modlę się za was codziennie.

– Inwestycja?! – wybuchłam. Wstałam, potrącając stolik. Herbata rozlała się na serwetę, ale nikt na to nie zważał. – Twoje wnuki potrzebują babci tu i teraz! Potrzebują wspomnień, radości, czasu z rodziną! A ty wolałaś kupić sobie kawałek metalu z własnym imieniem?!

Zacisnęła usta w wąską kreskę.

– Nie krzycz w moim domu. Nie bluźnij. Pieniądze były moje i zrobiłam z nimi to, co uznałam za słuszne. Proboszcz powiedział, że ofiara jest miarą naszej wiary. Kiedy powiedziałam mu o waszym wyjeździe, zapytał mądrze: „Czy te pieniądze zbliżą rodzinę do Boga, czy do konsumpcjonizmu?”. Odpowiedź była prosta.

Nie mogłam uwierzyć

Spojrzałam na Tomka, oczekując, że zareaguje, że w końcu stanie w obronie naszej rodziny, naszych dzieci i powie matce, jak bardzo nas zawiodła. Ale on siedział ze zwieszoną głową, bawiąc się obrączką. Był zmiażdżony. Lata indoktrynacji i matczynej dominacji zrobiły swoje. Nie był w stanie przeciwstawić się jej „świętości”.

– To egoizm, mamo – powiedziałam cicho, ale twardo. – To czysty, krystaliczny egoizm ubrany w szaty pobożności. Nie zrobiłaś tego dla Boga. Zrobiłaś to dla swojej pychy. Żeby sąsiadki widziały twoje imię na dzwonie.

– Wyjdź – powiedziała Jadwiga lodowatym tonem. – Wyjdź, zanim powiesz coś, czego Bóg ci nie wybaczy.

– Bóg może mi wybaczy – rzuciłam, zabierając torebkę. – Ale nie wiem, czy dzieci wybaczą tobie, kiedy dowiedzą się, dlaczego nie jadą w Alpy. Bo powiem im prawdę. Powiem im, że babcia wolała dzwon niż ich marzenia.

Droga powrotna była koszmarem. Tomek milczał, a ja płakałam ze wściekłości. Nie chodziło już nawet o te pieniądze, choć ich brak był katastrofą. Chodziło o poczucie zdrady. O to, że zostaliśmy wystawieni do wiatru w imię jakiejś chorej ideologii.

– Jak ona mogła? – szlochałam. – Wiedziała, że nie mamy kasy. Dała nam nadzieję, pozwoliła dzieciom marzyć, a potem z zimną krwią zaniosła wszystko na plebanię.

Nie rozumiałam jej

– Ona myśli inaczej, Martyna… – próbował ją tłumaczyć Tomek, ale zgromiłam go wzrokiem.

– Nie broń jej! Tu nie ma czego bronić! To fanatyzm. Ona woli, żeby ksiądz ją pogłaskał po głowie, niż żeby jej własny wnuk był szczęśliwy.

W domu czekała nas najtrudniejsza część. Dzieci. Biegały po salonie w kaskach narciarskich, które przymierzały już setny raz.

– Mamo, tato! Ile jeszcze dni? Sprawdzaliśmy pogodę, ma być słońce! – krzyczała Lenka.

Serce mi pękło na milion kawałków. Musieliśmy podjąć decyzję. Austria w takiej formie, w jakiej planowaliśmy, nie wchodziła w grę. Nie stać nas było na drugą ratę bez wpadania w spiralę długów, której baliśmy się jak ognia. Ostatecznie, dzięki pożyczce od mojego brata i drastycznym cięciom, pojechaliśmy. Ale to nie był ten sam wyjazd. Każde wydane euro bolało podwójnie. Tomek był przygaszony, ja wściekła. Atmosfera była gęsta, a napięcie między nami – wyczuwalne.

Uważa się za wzór

Niedawno odbyło się uroczyste poświęcenie dzwonu. Cała wieś się zeszła. Teściowa stała w pierwszym rzędzie, promieniejąca, w nowym płaszczu. Ksiądz wymieniał ją z nazwiska, chwalił jej ofiarność, stawiał za wzór. Ludzie klaskali. My nie pojechaliśmy. Powiedziałam Tomkowi, że moja noga w tym kościele nie postanie, dopóki ten dzwon tam wisi. Dzieciom powiedzieliśmy, że babcia jest chora i nie może się widywać. To kłamstwo, wiem, ale jak wytłumaczyć ośmiolatce, że jest mniej ważna niż kawałek spiżu?

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że teściowa kompletnie nie czuje się winna. Dzwoni do nas, jakby nic się nie stało. Pyta, czy byliśmy w kościele, czy dzieci chodzą na roraty. Kiedy Tomek nieśmiało wspomniał, że pożyczka od mojego brata nas obciąża, skwitowała to krótko: „Pan Bóg wynagrodzi wam trudy. A brat powinien pomagać rodzinie bezinteresownie”.

Patrzę teraz na moją teściową zupełnie inaczej. Nie widzę już starszej, nieco zagubionej kobiety. Widzę wyrachowaną graczkę, która kupuje sobie miejsce w raju walutą ze szczęścia własnej rodziny. Zrozumiałam jedną ważną rzecz: w starciu z religijnym fanatyzmem i potrzebą uznania w oczach kleru, relacje rodzinne nie mają szans.

Postawił jej się

Teściowa ma swój dzwon. Będzie dzwonił głośno i donośnie, ale za każdym razem, gdy go usłyszę, nie będę myśleć o Bogu. Będę myśleć o łzach mojej córki, gdy dowiedziała się, że nie będzie lekcji z instruktorem, o upokorzeniu przed bratem i o tym, jak tanio można sprzedać miłość najbliższych, by kupić sobie iluzję świętości.

Ta historia czegoś mnie nauczyła. Brutalnie, ale skutecznie. Przestałam liczyć na pomoc z zewnątrz. Przestałam wierzyć w to, że „jakoś to będzie”, bo „rodzina pomoże”. Rodzina bywa największym rozczarowaniem. Zmieniłam też podejście do wychowania dzieci. Uczę je, że wiara jest ważna, ale empatia i odpowiedzialność za bliskich są ważniejsze. Że Boga spotyka się w drugim człowieku, a nie w złoconych ramach czy nowych dachach.

A teściowa? Żyje w swoim świecie. Czasem, gdy wpadamy do niej, rzadziej niż kiedyś, pokazuje nam zdjęcia z uroczystości parafialnych. Ostatnio wspomniała, że kościół zbiera na nowe witraże. Spojrzała znacząco na Tomka i powiedziała: „Warto zostawić po sobie ślad, synku”. Tomek tym razem nie spuścił wzroku.

– Mamo – powiedział spokojnie. – Mój ślad biega właśnie po podwórku. I potrzebuje nowych butów na wiosnę. Witraż musi poczekać.

Po raz pierwszy od lat poczułam dumę z męża. Może ten dzwon jednak na coś się przydał. Obudził nas z letargu. Szkoda tylko, że cena za tę lekcję była tak wysoka. I nie mówię tu tylko o pieniądzach.

Martyna, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama