„Teściowa czekała na kolędę jak na zbawienie. Zdziwiłam się, że do koperty nie wkłada pieniędzy, tylko coś innego”
„Coś było nie tak. Zaczęłam się niepokoić, ale poszłam do domu. Zostawiłam ją samą, z sernikiem, świecami i tą tajemniczą kopertą. Obiecałam sobie, że wrócę za godzinę. Po czterdziestu minutach zadzwoniła. Spojrzałam na stół, koperta zniknęła. Ale coś było inaczej. Coś mi nie grało. I zaraz miałam się dowiedzieć, co”.

- Redakcja
Teściowa zawsze miała swoje przyzwyczajenia. Jednym z nich było wielkie zamieszanie wokół wizyty duszpasterskiej. Przebierała wtedy dom jak do świąt, kładła nowy obrus, stawiała sernik i obowiązkowo zamawiała świece z parafialnego sklepiku. Mówiła, że księdza trzeba godnie przyjąć, bo może przyniesie błogosławieństwo na cały rok. Niby nic nowego – robiła tak co roku – ale tym razem coś było inaczej.
Od początku chodziła jakaś spięta, jakby się szykowała nie na kolędę, tylko na jakiś ważny egzamin. Kiedy wreszcie nadszedł ten dzień i zobaczyłam, co upchnęła do koperty dla księdza, zaparło mi dech. Przez chwilę byłam pewna, że się przesłyszałam. A potem… potem zrobiło się jeszcze dziwniej.
Teściowa nie mogła się doczekać
Wszystko zaczęło się tydzień wcześniej. Teściowa zadzwoniła do nas wieczorem, gdy dzieci już spały.
– W tym roku ksiądz chodzi wcześniej, będzie u mnie w środę – oznajmiła, jakby to była informacja najwyższej rangi.
– No i dobrze – odparłam. – Dobrze, że wcześnie, bo może jeszcze śniegu nie będzie.
– Muszę cię o coś prosić, Kinga… Przyjdź do mnie dzień wcześniej. Pomóż mi trochę. Tylko ty wiesz, jak dobrze ułożyć wszystko na stole, no i wiesz, jak zaparzyć tę herbatę, którą ksiądz lubi.
Nie byłam pewna, czy bardziej rozbawiła mnie ta prośba, czy zirytowała. Teściowa zawsze znajdowała powód, żeby mnie wciągnąć w swoje ceremonie. Ale wiedziałam też, że odmówić nie mogę. Ona pamiętała każdy gest, każdą pomoc, każdą zupę, jaką jej podałam, gdy była chora – i każdą nieobecność też.
Zgodziłam się, oczywiście. Następnego dnia stawiłam się punktualnie. W drzwiach poczułam zapach świeżo pieczonego sernika.
– Ksiądz lubi sernik, prawda? – zapytała z udawaną obojętnością, chociaż znała odpowiedź.
– Lubi – przytaknęłam. – Ale przecież nie przychodzi na kolację…
– Co ty opowiadasz, dziecko. Trzeba ugościć, jak człowieka. To nie kontrola skarbowa, tylko kolęda!
Rozstawiłyśmy świeczki, ustawiłyśmy krzyż i wodę święconą. Stół nakryła koronkowym obrusem. Potem przyniosła kopertę.
– Tutaj też trzeba się postarać – powiedziała, obracając ją w dłoniach. – Tyle lat już nie byłam w spowiedzi… Może teraz będzie okazja.
Nie dopytywałam, co dokładnie chce powiedzieć księdzu. Nie widziałam też, żeby do kolędy wkładała plik banknotów, jak to zwykle bywało. Zdziwiło mnie to, ale nie dopytywałam.
Zaczęłam się niepokoić
Nadszedł dzień kolędy. Teściowa była gotowa już od rana – uczesana, w garsonce, lekki makijaż. Wyglądała jakby czekała na wizytę prezydenta miasta. Co chwilę wychylała się przez okno, sprawdzała, czy ksiądz już idzie. Była wyraźnie poddenerwowana. Kiedy zapytałam, co się dzieje, machnęła tylko ręką.
– Chciałabym, żeby to już było po wszystkim – mruknęła. – Mam za dużo na głowie.
– Chcesz, żebym została na kolędzie? – zapytałam. – Pomogę ci ogarnąć stół po wszystkim.
– Nie, nie trzeba. Będziesz tylko siedzieć jak na przesłuchaniu. Lepiej przyjdź po, napijemy się herbaty.
Coś było nie tak. Zaczęłam się niepokoić, ale poszłam do domu. Zostawiłam ją samą, z sernikiem, świecami i tą tajemniczą kopertą. Obiecałam sobie, że wrócę za godzinę. Nie musiałam tak długo czekać. Po czterdziestu minutach zadzwoniła.
– Przyjdź, Kinga. Już po wszystkim.
Kiedy otworzyła mi drzwi, wyglądała jak po biegu maratońskim. Policzki miała zarumienione, ale wzrok spuszczony.
– No i? Jak poszło?
– Usiądź… – powiedziała cicho. – Napijmy się herbaty.
Spojrzałam na stół. Koperta zniknęła. Sernik tylko trochę naruszony. Ksiądz pewnie ukroił kawałek z grzeczności. Ale coś było inaczej. Coś mi nie grało. I zaraz miałam się dowiedzieć, co.
Siedziałam jak ogłuszona
– Co było w tej kopercie? – zapytałam w końcu.
Teściowa popatrzyła na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Przez chwilę myślałam, że się rozpłacze.
– List – powiedziała. – Napisałam księdzu list.
– List?
– Tak… taki osobisty. Z prośbą. I… z wyznaniem.
Milczałam. Czułam, że lepiej poczekać, aż sama opowie.
– Wiesz… Twój teść… on nie był taki, jakim go pamiętacie. Zanim umarł, zostawił mnie z pewnym ciężarem. On... miał romans. I dziecko z inną kobietą. Nie umiałam mu wybaczyć. I nigdy nie zaakceptowałam tego dziecka. Przez te wszystkie lata nie miałam odwagi się z tym zmierzyć... Aż do dziś.
Oparła się plecami o fotel. Wzięła głęboki oddech.
– Napisałam księdzu o tym, co się wydarzyło przed laty. Poprosiłam o spowiedź. Nie miałam siły mówić tego na głos, więc napisałam.
Zamurowało mnie.
– Chcesz mi powiedzieć, że spowiadałaś się... na piśmie?
– Tak. I włożyłam tam jeszcze coś. Akt własności do działki. Zapisuję ją na parafię.
– Co?! – aż wstałam. – Działkę? Tę pod lasem?
– Tak. Nie potrzebuję jej. A może kościół zrobi tam coś dobrego. Ośrodek, schronisko. Sama nie wiem.
Nie wiedziałam, czy to bardziej szalone, czy święte. Siedziałam jak ogłuszona.
– Mama, jesteś pewna, że dobrze robisz?
– Dobrze czy źle… nie wiem. Ale pierwszy raz od dawna nie czuję tego ciężaru na barkach. Może wreszcie odpocznę.
Ona naprawdę chciała to naprawić
Minęły dwa dni. Myślałam, że sprawa się uspokoi, ale wtedy zadzwonił telefon.
– Dzień dobry, mówi ksiądz Karol. Czy mogę rozmawiać z panią Teresą?
Zdziwiłam się, że dzwonił do mnie. Może nie miał jej numeru. Podałam mu słuchawkę.
– Tak, oczywiście, proszę mówić – teściowa była spokojna, ale blada jak ściana.
Z każdą minutą rozmowy jej mina stawała się coraz poważniejsza. Kiedy się rozłączyła, powiedziała tylko jedno:
– Ksiądz chce się spotkać jeszcze raz. W cztery oczy.
– I co, pójdziesz?
– Tak.
Nie pytałam więcej. Dwa dni później znów ubrała garsonkę, znów wzięła torebkę – ale tym razem bez koperty. Wróciła po dwóch godzinach. Twarz miała taką, jak po długim płaczu.
– Spowiedź została przyjęta – powiedziała cicho. – A działka wróciła do mnie. Powiedział, że to nie jest forma pokuty. I że jeśli naprawdę chcę coś dobrego z nią zrobić, to mogę to zrobić sama, z serca.
Uśmiechnęła się delikatnie.
– Może zrobimy tam coś wspólnie, Kinga. Może plac zabaw dla dzieci?
Wzruszyłam się. I po raz pierwszy pomyślałam o niej inaczej – nie jak o apodyktycznej teściowej, tylko jak o kobiecie, która naprawdę chce coś naprawić.
Teściowa się zmieniła
Minęły dwa miesiące. Zima ustąpiła miejsca wiośnie, a śnieg, który jeszcze niedawno skrzypiał pod butami księdza, teraz był już tylko wspomnieniem. Działka pod lasem, o której przez lata wszyscy zapomnieli, nagle zaczęła tętnić życiem. Zatrudniony przez teściową architekt krajobrazu przyjeżdżał co drugi dzień, mierzył, szkicował i przestawiał paliki, a potem pojawili się robotnicy z łopatami, z cementem, z deskami i huśtawkami.
Przez okno kuchenne widziałam, jak pracują z zapałem. Teściowa przychodziła tam codziennie, w płaszczu, kaloszach i z termosikiem kawy. Chodziła między nimi jak kierownik budowy – z dumą, ale i jakimś wewnętrznym spokojem, którego wcześniej u niej nie widziałam. Pewnego dnia powiedziała:
– Chciałabym, żeby to było miejsce, gdzie ludzie mogą przyjść, usiąść, odetchnąć. I dzieci, i starzy, każdy. Nie musimy mieć nic z tego. Nie wszystko się robi dla siebie.
Zamurowało mnie. To były słowa, których nigdy bym się po niej nie spodziewała. Może ta kolęda naprawdę coś naprawdę w niej odmieniła?
Zasługiwała na spokój
Plac zabaw był gotowy na Wielkanoc. Miał wszystko: nową huśtawkę, piaskownicę, mini altankę z ławeczkami. Pewnej niedzieli przyszliśmy tam z dziećmi. Piotruś od razu rzucił się na zjeżdżalnię, a Staś zajął się kopaniem w piaskownicy. Teściowa siedziała obok mnie na ławeczce, z termosikiem, jak zawsze. Spojrzałam na nią. Wyglądała inaczej. Młodziej? Lżej?
– Babciu, a czemu tu nie ma ogrodzenia? – zapytał Staś, z buzią ubrudzoną piaskiem.
– Bo to dla wszystkich – odpowiedziała. – Niech korzystają.
– A nie przyjdą wandale? – dopytywał.
– Więcej będzie tych, którzy docenią. Zresztą… nic nie trwa wiecznie. Ważne, żeby choć przez chwilę było dobrze.
Patrzyłam na nią i czułam, że patrzę na kobietę, która zaczęła drugie życie. Zrzuciła z siebie winy, które dźwigała przez lata. I choć nigdy nie powiedziała mi, co dokładnie było w tym liście do księdza – nie musiałam wiedzieć. Wystarczyło patrzeć, jak teraz żyje. A żyła tak, jakby wreszcie poczuła, że zasługuje na spokój.
Tamtej kolędy nie zapomnę nigdy. To wtedy moja teściowa, kobieta zwykle zamknięta, surowa i oszczędna w uczuciach – nagle postanowiła wyrzucić z siebie coś, co dusiło ją od lat. Ta koperta była jak skrzynia z tajemnicą. A jej decyzja – szalona, odważna i piękna.
Dziś chodzę na działkę z dziećmi. A kiedy siadam na ławce, myślę sobie, że czasem jedna kolęda może całkiem odmienić życie.
Kinga, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowie chcieliby świętować Dzień Babci i Dziadka. Dawali nam złote rady, byśmy jak najszybciej podarowali im wnuka”
- „Córka przyniosła niespodziankę ze studniówki. Teraz będzie zmieniać pampersy, a ja zacznę obchodzić Dzień Babci”
- „Nigdy nie myślałam, że w Dniu Babci wnuki potraktują mnie tak okrutnie. Zamiast dać kwiaty, odebrali mi godność”

