Reklama

Mieszkamy w mieszkaniu, które wspólnie kupiliśmy na kredyt, i które – naiwnie – uważałam za naszą prywatną oazę. Pracuję zdalnie jako graficzka, więc większość dnia spędzam w domu. Cisza, komputer, kawa. Aż do momentu, gdy rozlega się znajomy dźwięk domofonu i głos:

– To ja, Danusia.

Danusia, czyli moja teściowa. Owdowiała dwa lata temu, od tamtej pory coraz częściej „wpada na kawę”. Początkowo było miło – kawa, ciasto, rozmowy o wszystkim i niczym. Ale z czasem te wizyty zaczęły przypominać inspekcje. Danuta, zanim jeszcze zdejmie płaszcz, już otwiera lodówkę i zagląda do środka jak kontroler z sanepidu.

– Dwanaście złotych za mleko? No chyba oszalałaś! – usłyszałam ostatnio.

– To mleko roślinne, piję je ze względów zdrowotnych – odpowiedziałam spokojnie.

– Zdrowotnych? W moich czasach jadło się chleb ze smalcem i nikt nie narzekał!

I tak dzień w dzień. Każdy produkt oceniony. Każda promocja przegapiona. A ja? Czuję się, jakbym mieszkała w kuchni mojej teściowej, tylko nikt mi o tym nie powiedział.

Teściowa mnie kontrolowała

Zaczęło się jak zwykle. Punkt dziewiąta – dźwięk domofonu.

– To ja, Danusia – powiedziała teściowa tonem, jakby była listonoszem przynoszącym dobre wieści.

Wpuściłam ją. Właściwie nie miałam wyjścia – i tak by dzwoniła do skutku. Weszła do kuchni, zdjęła płaszcz, rzuciła go na krzesło i… bez słowa otworzyła lodówkę.

– Oho, a co my tu mamy… – mruknęła, przesuwając produkty jak bibliotekarka przeglądająca książki. – Sałata… znowu. Jogurt za sześć osiemdziesiąt? Natalia, dziecko, ty chyba masz za dużo pieniędzy!

– To grecki, gęsty, do sosu – wyjaśniłam.

– Do sosu?! A czemu nie zsiadłe mleko i koper? Też jest sos. I zdrowiej!

Zacisnęłam zęby. Zawsze zaczynało się tak samo. Kontrola, komentarz, morał. Tym razem Danuta wyjąła hummus i spojrzała na mnie, jakbym trzymała w lodówce coś naprawdę luksusowego.

– A to co to za błoto?

– Hummus, pasta z ciecierzycy.

– Ciecierzycy?! Boże, co ty jesz. Jak ja byłam w twoim wieku, to się jadło jajka i chleb z masłem. I każdy był zdrowy!

Wzięła kubek, nalała sobie kawy i usiadła, jakby to był jej dom. Ja też usiadłam – niby spokojna, ale w środku aż wrzałam.

– Wiesz, Martynka od sąsiadki to codziennie robi mężowi obiad z dwóch dań. A ty, Natalio, jak to u was wygląda?

– Gotuję – rzuciłam krótko.

– No tak, ale gotować to jedno, a gospodarzyć to drugie – powiedziała z uśmiechem, który miał być uprzejmy, ale był jak nóż w plecy.

Popatrzyłam na zegarek. Dziewiąta siedemnaście. A ja już miałam dość dnia.

Mąż bronił matki

Marcin wrócił do domu przed dwudziestą. W kuchni czekała na niego kolacja – makaron z pieczarkami i serem feta. Usiadł, zjadł kilka kęsów i spojrzał na mnie podejrzliwie.

– A nie było dziś czegoś mięsnego?

– Danusia też tak zapytała. – Skrzyżowałam ręce.

– No co… pytam tylko. – Wzruszył ramionami. – Moja mama czasem coś powie, ale nie bierz tego do siebie.

– Marcin, ona przychodzi tu codziennie i mnie… kontroluje. Serio nie widzisz, co się dzieje?

– Przesadzasz. Ona po prostu się martwi. Samotna jest…

– Martwi?! – zerwałam się z krzesła. – To nie jest „martwienie się”! To jest wchodzenie do lodówki jak do własnej, komentowanie KAŻDEGO produktu i dawanie mi rad, jakbym była na kursie z bycia gospodynią!

– Ale Natalia, no... to jest jej sposób okazywania troski.

– Troski?! A może chcesz, żeby się tu wprowadziła? Będzie siedzieć w szlafroku i sprawdzać, czy dobrze obieram ziemniaki?!

Marcin westchnął i odsunął talerz. Wiedziałam, że teraz będzie się bronił.

– Wiem, że nie jest łatwa, ale… to moja mama.

– I ja jestem twoją żoną! – warknęłam. – W tej chwili czuję się jak intruz w swoim własnym domu.

Cisza.

– Nie potrafisz odciąć pępowiny, Marcin – dodałam już ciszej.

Nie odpowiedział. Patrzył gdzieś obok mnie. A ja poczułam, że jestem w tym wszystkim kompletnie sama.

Myśleli tak samo

Wyszłam z sypialni po cichu, boso. Marcin rozmawiał przez telefon w salonie, myśląc, że śpię. Ale nie spałam. Od kłótni nie zamieniliśmy słowa. Coś we mnie pękło.

– Tak, mamo… Tak, była znowu jakaś afera… – powiedział, zerkając w okno.

Zamrugałam. Wiedziałam, że rozmawia z nią, ale nie spodziewałam się tego tonu.

– No wiem, wiem, mówiłem jej. Ale ona wszystko robi po swojemu.

Słuchał chwilę, potem dodał półgłosem:

– Tak, wiem, że nie umie gospodarować. Wrzuca do koszyka wszystko jak leci. Jakbym jej nie pilnował, to byśmy z torbami poszli.

Serce mi stanęło.

– Spokojnie, mamo. Ja to ogarnę. Może rzeczywiście powinnaś częściej zaglądać. Trzeba to mieć pod kontrolą…

Nie pamiętam, kiedy weszłam do salonu. Chyba nie czułam już nóg.

– Wystarczy. Słyszałam wszystko – powiedziałam.

Marcin odwrócił się gwałtownie, telefon wypadł mu z dłoni.

– Natalia… To nie tak, ja…

– A jak? Co konkretnie było „nie tak”? Że nie umiem gospodarować? Że wydaję twoje pieniądze bezmyślnie?

Milczał.

– Wiesz, myślałam, że mnie bronisz. Choć trochę. Ale skoro tak łatwo ci przychodzi obgadywać mnie z własną matką… to może faktycznie jestem tu tylko gościem.

Odwróciłam się i poszłam do sypialni. Nie chciałam słuchać więcej. I nie płakałam.

Pokłóciliśmy się

Następnego dnia Danuta przyszła jak zwykle – bez zapowiedzi. Weszła, jakby nic się nie stało. Zostawiła buty w przedpokoju, rozejrzała się po kuchni i już otwierała lodówkę, gdy z sypialni wyszedł Marcin.

– Mamo, usiądź. Musimy porozmawiać.

Danuta zmarszczyła brwi. Spojrzała na niego, potem na mnie – siedziałam przy stole, już gotowa na tę rozmowę.

– Co się dzieje? – zapytała, tonem, jakim zazwyczaj mówi się do dziecka, które zaraz zacznie płakać.

– Słyszałam waszą rozmowę. Całą – powiedziałam, spokojnie, bez krzyku.

Danuta przełknęła ślinę, jakby nagle zrobiło się sucho w ustach.

– Ależ kochanie… Ja tylko z troski. Nie chciałam źle.

– Nie? Bo wiesz, mówienie, że mnie „trzeba pilnować” i że „nas z torbami puszczę” nie brzmi jak troska.

– Natalia, ja tylko chciałam pomóc. Żebyście nie żyli ponad stan. Te ceny, co teraz… człowiek się martwi.

– Mamo – wtrącił Marcin. – Przesadziłaś. I ja też.

Danuta spojrzała na niego z wyrzutem, jakby ją zdradził.

– To ja tu przez dwa lata dzień w dzień z rana przychodzę, troszczę się, patrzę, czy wszystko dobrze, a wy mi teraz wyrzucacie, że jestem problemem?

– Bo jesteś. Nie wiesz, kiedy wyjść. I nie rozumiesz, że to nie jest twoje życie. To nie jest twoja lodówka! – powiedziałam, podnosząc głos.

– To jest mój syn! I nie pozwolę, żeby ktoś go wykorzystywał! – krzyknęła, aż zadrżały szyby w oknie.

– Dość! Obie się zachowujecie jak dzieci! – Marcin wstał, uderzając pięścią w stół.

Zapadła cisza. Odeszłam od stołu, podeszłam do szafy i zaczęłam się pakować.

– Natalia… – zaczął cicho.

– Jadę do Basi. Potrzebuję ciszy. I trochę powietrza.

Nikt nie próbował mnie zatrzymać.

Byłam zła

U Basi było cicho. Jej kot spał zwinięty na kanapie, a herbata parowała w kubkach z nadrukiem „dziewczyńska solidarność”. Siedziałyśmy w ciszy, dopóki nie wybuchnęłam.

– Ona mnie codziennie doprowadza do szału, żyć się normalnie nie da – powiedziałam, patrząc przez okno.

Basia pokiwała głową. Znała to. Jej matka przez lata rządziła całym domem.

– Wiesz, to nawet nie chodzi o to grzebanie w lodówce. Czasem chodzi o to, że ktoś codziennie podważa twoją wartość.

– Ale ja kocham Marcina… – wyszeptałam.

– A on ciebie?

To pytanie zawisło w powietrzu jak grzmot przed burzą.

– Nie wiem. Może. Ale nie umie wybrać. I ja nie chcę, żeby musiał wybierać.

– Natalia, przecież ty już wybrałaś. Przestałaś się godzić na rolę dodatku do cudzego życia. Teraz czas zapytać, czy on w ogóle jest gotów budować to życie z tobą – powiedziała Basia, sięgając po moje dłonie.

Wzięłam głęboki oddech.

– Myślałam o terapii. Żeby poukładać sobie to wszystko.

– Zrób to. Nie dla Marcina. Dla siebie.

Tej nocy pierwszy raz od dawna spałam spokojnie. Bez hałasu sztućców, komentarzy o cenach pomidorów i ciężkiego spojrzenia zza kubka kawy. W tej ciszy zaczęłam słyszeć samą siebie.

Natalia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama