Reklama

Każdy z nas zna takie osoby, które nie ustają w krytykowaniu innych za to, na co owi ludzie nie mają wpływu. Odstające uszy, nadmierna chudość, duże stopy, posiadanie lub nieposiadanie dzieci – powodów do krytyki znajdą zawsze tysiące, nie przyjmując do wiadomości, że raczej nie mamy wpływu na to, co wylosowaliśmy w genetycznej ruletce. Osobiście zawsze starałam się takich osób unikać, by nie mieć do czynienia z ich złą energią. Kto mógł przypuszczać, że będę miała kogoś takiego w najbliższym otoczeniu?

Reklama

Zakochałam się w jedynaku

Staśka poznałam będąc na czwartym roku studiów. On właśnie obronił magistra i rozpoczynał swoją pierwszą pracę. Spotkaliśmy się u wspólnych znajomych, zaiskrzyło między nami od pierwszego wejrzenia i tak już zostało. Mieliśmy mnóstwo tematów do pogawędki, podobne zainteresowania i spojrzenie na świat, a także równie zwariowane poczucie humoru. Wiele osób stwierdzało, że dobraliśmy się jak w korcu maku.

Kiedy zaczęliśmy rozważać kwestię zaręczyn i późniejszego ślubu, przyszedł czas na to, by wzajemnie poznać swoich rodziców. W moim rodzinnym domu obyło się bez niespodzianek. Nie byłam pierwszą córką, którą rodzice wydawali za mąż, więc byli już zaprawieni w bojach. Poza tym Stasiek naprawdę zrobił na nich bardzo dobre wrażenie – co wcale mnie nie dziwiło, bo jego po prostu nie dało się nie pokochać!

Dużo trudniejsze okazało się moje spotkanie z przyszłymi teściami. O ile mama Staśka wydawała się sympatyczna, choć nieco zahukana, o tyle jego ojciec nie zyskał w moich oczach. Trudno było mi jednoznacznie określić, co w tym człowieku mi nie pasuje, jednak sposób, w jaki się do mnie odnosił, pozostawiał w moim odczuciu wiele do życzenia. Pomyślałam sobie jednak, że może uważa, iż nie jestem wystarczająco dobra dla jego jedynaka i z czasem się do mnie przekona.

Wesele było kameralne

Gdy nadszedł dzień naszego ślubu, bawiliśmy się w dość kameralnym gronie. Z mojej strony zaprosiliśmy tylko najbliższą rodzinę – te osoby, z którymi faktycznie utrzymujemy regularny kontakt. Rodzina Staśka nie była zbyt liczna, więc nie musieliśmy dokonywać żadnych wyborów w tym względzie. Ponadto ten ważny dla nas dzień celebrowało z nami kilkoro przyjaciół. Kameralna impreza stała się świetną okazją do obserwacji rodziców mojego świeżo upieczonego męża.

Czemu się tak przypatrujesz? – zapytała Irenka, moja przyjaciółka, gdy siadłyśmy na chwilę by ugasić pragnienie.

– A, tak się przyglądam moim teściom… – odpowiedziałam w zadumie.

– I jakie wyniki tej obserwacji? – zaśmiała się Irenka.

– Wiesz, to dziwne… Matka Staśka to całkiem niczego sobie kobitka, która świetnie tańczy i ma piękny uśmiech, ale… Tego prawie wcale nie widać, gdy znajduje się przy niej jej mąż.

– Co masz na myśli?

– Przy nim kuli się w sobie, stara się być niewidzialna i nieatrakcyjna. A gdy on znika z pola widzenia, kobieta prostuje się, jakby zrzuciła ogromny kamień z pleców.

– Myślisz, że coś jest z tym facetem nie tak?

– Nie wiem, Irka. Ale jakoś nie mogę się do niego przekonać. Na szczęście to nie z nim wzięłam dziś ślub! – zakrzyknęłam i pociągnęłam przyjaciółkę znów na parkiet.

Zamieszkaliśmy u teściów

Jako młode małżeństwo zaczęliśmy się mierzyć z prozą życia. Trzeba było udowodnić, że mamy zdolność kredytową, zebrać wkład własny, a następnie znaleźć mieszkanie na miarę naszych możliwości. Formalności kosztowały nas sporo czasu i nerwów. Naiwnie myśleliśmy, że najgorsze już za nami, okazało się jednak, że atrakcje się dopiero zaczynają. Czekał nas bowiem generalny remont zakupionego lokum.

Na ten czas zamieszkaliśmy chwilowo u rodziców Staśka. Ja musiałam opuścić wynajmowane dotychczas mieszkanie, a moi rodzice nie mieli warunków, by przyjąć nas pod swój dach. Oczywiście, mogliśmy coś wynająć, jednak nie zarabialiśmy aż tak dużo, by jeszcze podnosić koszty naszego utrzymania. Trochę się bałam, jak się dogadamy, mieszkając pod jednym dachem, ale trzeba było zaryzykować.

Jakoś sobie radziliśmy. Nie powiem, z teściową dogadywałam się z problemu. Była wdzięczna za każdą pomoc w kuchni, a ja nieodmiennie powtarzałam jej, że przecież skoro tu mieszkam, to i od prac domowych nie mogę czuć się zwolniona. Okazało się, że wiele możemy się od siebie nawzajem nauczyć i naprawdę polubiłam tę Staśkową mamę. Do jego ojca nadal nie potrafiłam się przekonać, choć muszę przyznać, że traktował mnie głównie jak powietrze.

Byłam wykończona

Gdy w końcu zamieszkaliśmy na swoim, byłam przemęczona, zestresowana i sfrustrowana. Remont dał nam się mocno we znaki, a na dodatek w pracy miałam pewne zawirowania, które odbiły się na mojej kondycji psychicznej. Stasiek co prawda to rozumiał, niemniej nie ukrywał, że marzy o tym, byśmy jak najszybciej doczekali się potomstwa. Ja też pragnęłam zostać matką, czułam jednak, że to nie jest najlepszy moment.

I faktycznie, na pierwszą ciążę przyszło nam trochę poczekać. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że musiała nad nami czuwać opatrzność. Dwie kreski na teście ciążowym ujrzałam bowiem wówczas, gdy w pracy sytuacja się ustabilizowała, w domu udało nam się zlikwidować wszystkie niedoróbki, a ja sama odzyskałam spokój ducha i wrodzony optymizm. Stres nie jest dobrym towarzyszem kobiet w ciąży.

To nie było miłe

Gdy odwiedziliśmy teściów, ojciec Staśka spojrzał na mnie jakoś dziwnie.

– Już myślałem, że mój syn znalazł sobie wybrakowaną żonę – rzucił typowym dla siebie tonem.

– Tato, jak możesz tak mówić! – stanął w mojej obronie Stasiek.

– No co, rolą kobiety jest dać mężowi potomstwo przecież!

– Przestań wygłaszać te farmazony rodem ze średniowiecza – mój mąż był coraz bardziej wkurzony.

– Będę mówił, co mi się podoba, u siebie jestem! – zaperzył się teść. – Mam nadzieję, że zadbasz o przedłużenie naszego rodu! – zwrócił się do mnie.

– W jakim sensie? – nie zrozumiałam.

– Ojciec ma na myśli, że masz urodzić chłopca – usłużnie wytłumaczył mi Stasiek.

– Przecież nie mam na to żadnego wpływu… Zresztą, najważniejsze, żeby było zdrowe, prawda? – zapytałam, kładąc rękę na brzuchu i spoglądając na teściową.

Urodziłam tylko córki

Okazało się, że przyjście na świat Zosi zostało powitane z radością przez wszystkich, oprócz mojego teścia. Dziewczynka urodziła się duża, silna, rosła jak na drożdżach i była naszym słoneczkiem. Obawiałam się nieprzespanych nocy, wyczerpania płaczem dziecka i natłokiem nowych obowiązków. Tymczasem okazało się, że macierzyństwo nie jest takie straszne, jak mogłoby się wydawać.

Gdy zaszłam drugi raz w ciążę, nie miałam obaw, że sobie nie poradzę. Nabrałam doświadczenia przy Zosi, więc wszystko wydawało mi się łatwiejsze. I choć zdawałam sobie sprawę z tego, że drugie dziecko może dać mi popalić, wrodzony optymizm mnie nie opuszczał. Nawet wówczas, gdy słyszałam komentarze teścia o tym, że powinnam wreszcie dać Staśkowi syna.

Na przekór swojemu dziadkowi na świat przyszła jednak Alicja. Okazała się dzieckiem bardziej absorbującym, niż jej starsza siostra, niemniej obie dostarczały mojemu matczynemu sercu nieustannych powodów do dumy. Miałam dwie zdrowe, silne, ładne córeczki, które jak dla mnie były najmądrzejsze i najwspanialsze na świecie. Zresztą chyba nie tylko dla mnie, bo Stasiu poza nimi świata nie widział. I tak minęło kilka lat.

Dzieci czują niechęć dziadka

Zależy mi na tym, by moje dzieci miały regularny kontakt ze swoimi dziadkami. Moi rodzice rozpieszczają dziewczynki, na ile tylko mogą, więc maluchy nie mogą się doczekać odwiedzin u nich. Gdy natomiast wybieramy się do rodziców mojego męża, córki nie okazują zanadto radości. Alicja, jako młodsza, jeszcze nie do końca rozumie, że coś jest nie tak. Zosia jest jednak bardzo bystra.

Po ostatniej wizycie u „tych drugich dziadków”, jak zwykła określać moich teściów starsza córka, Zosia wdrapała mi się na kolana i zapytała:

Mamusiu, co jest złego w tym, że nie jestem chłopcem?

– Skąd ci przyszło do głowy, że jest w tym coś złego? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

– Bo dziadek Wiktor powiedział, że nie będzie się ze mną bawił, bo nie jestem chłopcem.

– Może źle dziadka zrozumiałaś? – spytałam.

– Nie, mamusiu. Dziadek wyraźnie powiedział, że nie jestem chłopcem i dlatego się nie będzie ze mną bawił. Co jest złego w tym, że jestem dziewczynką?

– Ależ kochanie, nie ma w tym nic złego!

– To dlaczego dziadek wciąż ci dokucza, że chce mieć wnuka?

– Bo widocznie umie się bawić tylko w zabawy dla chłopców…

Ta rozmowa dała mi jednak do myślenia. Faktycznie, dziewczynki wielokrotnie były świadkami, jak teść nazywał mnie niedojdą, która nie umie sprowadzić na ten świat jego wnuka. To, że oczekiwał ode mnie potomka płci męskiej, to jedno. Ale to, że dwie cudowne wnuczki zdawały się dla niego nie istnieć, to już co innego. I zdecydowanie przestało mi się to podobać.

Postanowiłam porozmawiać ze Staśkiem. Albo wpłynie na swojego ojca, albo więcej jego rodziców nie odwiedzimy. Nie będę narażać moich córek na słuchanie takich komentarzy i takie traktowanie ze strony jednej z najbliższych, wydawałoby się, osób.

Karolina, 36 lat

Reklama

Czytaj także: „Ukradłam oszczędności rodziców, by pomóc przyjaciółce. Teraz dla nich jestem złodziejką, a dla niej naiwniaczką”
„Teściowa ma gdzieś moje zasady. Ja uczę córkę oszczędzać, a ona daje jej kasę i spełnia wszystkie zachcianki”
„Wszyscy czekali na spadek babci Tereski, ale ona nie była głupia. W testamencie zakpiła sobie z pazernej rodzinki”

Reklama
Reklama
Reklama