Reklama

Od początku wiedziałam, że ten remont będzie wyzwaniem. Stary dom po dziadkach męża wymagał pracy, a my chcieliśmy w końcu urządzić go po swojemu. Zgodziłam się, by teść nam pomógł, bo znał się na budowlance i miał doświadczenie. Myślałam, że to będzie gest szacunku wobec niego. Nie przewidziałam tylko, że razem z młotkiem i poziomicą przyniesie do naszego domu swoje zasady, decyzje i przekonanie, że wie lepiej.

Czułam się pominięta

Pierwszego dnia remontu wstałam pełna energii. Kuchnia była w rozsypce, w salonie stały kartony, a ja z zeszytem w ręku planowałam ustawienie mebli. Marzyłam o jasnych ścianach i drewnianym stole pod oknem.

– Myślałam, żeby tę ściankę wyburzyć i otworzyć przestrzeń – powiedziałam do Pawła, pokazując mu szkic.

Dobry pomysł – uśmiechnął się. – Tata przyjedzie za godzinę, omówimy to razem.

Kiedy teść wszedł do domu, od razu rozejrzał się krytycznie. Nawet nie zdjął kurtki.

– No, to od czego zaczynamy? – zapytał, stawiając torbę z narzędziami na środku salonu.

Podeszłam z zeszytem.

– Myślałam, żeby połączyć kuchnię z salonem. Tu byłaby wyspa, a tu stół…

Nie zdążyłam skończyć.

Bez sensu – przerwał mi. – Otwarta kuchnia to tylko zapachy w całym domu. Zostawiamy ścianę. Zrobimy solidnie, jak trzeba.

Zamarłam. Spojrzałam na Pawła, licząc, że mnie poprze.

– Tata ma doświadczenie – powiedział spokojnie. – Może faktycznie lepiej nie ruszać tej ściany.

Poczułam, jak coś we mnie się napina.

Ale to nasz dom – odparłam ciszej, niż planowałam. – Chciałabym mieć na to wpływ.

Teść prychnął pod nosem.

– Wpływ to się ma, jak się człowiek zna. Ja budowałem trzy domy. Wiem, co się sprawdza.

Traciłam kontrolę nad sytuacją

Tego dnia decyzje zapadały bez mojego udziału. Kolor płytek? „Za jasne, będą się brudzić”. Podłoga? „Tylko nie panele, to nietrwałe”. Nawet gniazdka zostały przesunięte tam, gdzie „zawsze się je dawało”. Stałam w progu kuchni i patrzyłam, jak zrywają starą podłogę. Każde uderzenie było jak przypomnienie, że tracę kontrolę. Wieczorem próbowałam porozmawiać z Pawłem.

– Nie czujesz, że trochę mnie pomijacie? – zapytałam, kiedy siedzieliśmy przy prowizorycznym stole z desek.

– Przesadzasz – odpowiedział. – Tata chce dobrze. Robi to za darmo, poświęca czas.

– Ale to ja będę tu gotować. Ja będę patrzeć na te ściany codziennie.

Paweł westchnął.

– Daj mu działać. Szybciej skończymy.

Szybciej. Tylko że z każdym dniem miałam wrażenie, że dom przestaje być mój. Czułam się jak gość, który powinien podziękować za możliwość mieszkania w cudzym projekcie. Gdy trzeciego dnia teść zamówił drzwi bez konsultacji ze mną, coś we mnie pękło.

– Dlaczego nawet mnie nie zapytaliście? – zapytałam, trzymając fakturę w dłoni.

– Bo takie są najlepsze – odpowiedział stanowczo. – Nie będziemy robić eksperymentów.

Spojrzałam na niego i po raz pierwszy pomyślałam, że jeśli teraz nie postawię granicy, już nigdy nie odzyskam głosu w swoim własnym domu.

Chciałam mieć prawo głosu

Następnego dnia obudziłam się z ciężarem w klatce piersiowej. W salonie stały już nowe drzwi, o których dowiedziałam się z faktury, a nie z rozmowy. Pachniało świeżym drewnem i farbą, ale dla mnie ten zapach był jak przypomnienie, że coś wymyka się spod kontroli. Teść od rana chodził z miarką w dłoni.

– Zrobimy tu regips, wyrównamy sufit. Widziałem, że masz lampę w planach, ale ta się nie nada – rzucił w moją stronę.

– Dlaczego? – zapytałam spokojnie.

– Za delikatna. Tu trzeba solidnej oprawy. Ja już zamówiłem inną.

Znów „ja”. Jakbyśmy z Pawłem byli tylko lokatorami. Paweł wszedł z garażu, ocierając ręce z kurzu.

– Tato, może jednak spróbujemy z tą lampą Karoliny? – zaproponował niepewnie.

– Synu, nie komplikuj. Robimy raz, a dobrze.

Odłożyłam kubek na parapet tak mocno, że aż zabrzęczał.

– Przepraszam, ale to nie jest hotel, w którym zatrzymałam się na chwilę – powiedziałam, czując, że głos zaczyna mi drżeć. – To mój dom. Chcę mieć coś do powiedzenia.

Zapadła cisza. Teść spojrzał na mnie tak, jakby pierwszy raz zauważył, że stoję w tym pomieszczeniu.

– Nikt ci nie odbiera prawa głosu – odparł chłodno. – Po prostu kieruję pracami. Ktoś musi.

– Ale nie sam – wtrącił Paweł, tym razem stanowczej.

Zaskoczyło mnie to. Spojrzałam na niego z nadzieją.

– Karolina też ma swoje pomysły – dodał. – To jej kuchnia.

Teść westchnął, odłożył miarkę.

– Dobrze. To słucham.

Poczułam, jak serce bije mi szybciej. W końcu.

Mój pierwszy mały sukces

– Chcę jasne płytki. I tę lampę, którą wybrałam. I chcę otworzyć tę przestrzeń choćby częściowo. Nie musi być całkowicie bez ściany, ale może szerokie przejście?

Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz usłyszę kolejne „bez sensu”. Zamiast tego teść podszedł do ściany i przyłożył do niej poziomicę.

– Szerokie przejście… – mruknął. – To wymaga nadproża. Da się zrobić.

Nie był zachwycony. Widziałam to w jego twarzy, ale po raz pierwszy nie zignorował mnie całkowicie. Wieczorem jednak sytuacja znów się zaogniła. Zadzwoniła do mnie teściowa.

– Karolina, po co się kłócisz z ojcem? On chce wam pomóc – powiedziała bez przywitania.

– Nie kłócę się. Chcę tylko współdecydować.

– On całe życie budował domy. Miej do niego trochę zaufania.

Po rozmowie długo siedziałam na schodach. Czy naprawdę byłam niewdzięczna? Czy może po prostu pierwszy raz w życiu próbowałam zawalczyć o swoją przestrzeń? Następnego dnia weszłam do kuchni i zobaczyłam, że część ściany została już rozebrana. Nie tak szeroko, jak marzyłam, ale wystarczająco, by światło z salonu wpadało do środka.

– Zrobiłem, jak mówiłaś – powiedział teść, nie patrząc na mnie. – Ale jeśli coś się stanie, nie biorę za to odpowiedzialności.

Uśmiechnęłam się lekko.

– Dziękuję.

To nie był triumf. To był pierwszy, niepewny krok. Tyle że napięcie wciąż wisiało w powietrzu. Czułam, że to jeszcze nie koniec naszej walki o ten dom – i o moje miejsce w nim.

Miałam dość decydowania za mnie

Przełom przyszedł tydzień później. Remont zbliżał się do końca, ale atmosfera była gęsta jak kurz unoszący się po szlifowaniu ścian. Niby rozmawialiśmy spokojniej, niby ustępowaliśmy sobie po trochu, ale pod powierzchnią wciąż buzowały niewypowiedziane pretensje. Tamtego popołudnia wróciłam z pracy wcześniej. W salonie stała nowa, ciężka komoda. Ciemna, masywna, wręcz toporna.

– Co to jest? – zapytałam, stając w progu.

Teść nawet się nie odwrócił.

– Porządny mebel, na lata. Przywiozłem od znajomego stolarza.

– Ale my mieliśmy już wybraną komodę – odpowiedziałam cicho. – Lżejszą. Jaśniejszą.

Paweł spojrzał na mnie i od razu zobaczyłam w jego oczach, że wiedział o tej decyzji.

– Tata pomyślał, że ta będzie lepsza jakościowo – powiedział ostrożnie.

Podeszłam do tej komody i położyłam na niej dłoń. Była solidna, dopracowana, ale zupełnie nie w moim stylu.

– Nie chodzi o jakość – powiedziałam, czując, jak w gardle rośnie mi gula. – Chodzi o to, że znowu ktoś zdecydował za mnie.

Zapadła cisza. Tym razem nie wycofałam się.

– Doceniam twoją pomoc – zwróciłam się wprost do teścia. – Bez ciebie ten remont trwałby miesiącami. Ale ja nie chcę mieszkać w domu, który jest czyimś projektem. Nawet jeśli to projekt z dobrego serca.

Teść spojrzał na mnie długo. W jego twarzy nie było złości, raczej zmęczenie.

– Myślałem, że robię wam przysługę – powiedział wolniej niż zwykle. – Jak budowałem swój dom, nikt mi nie pomagał. Wszystko było na mojej głowie. Chciałem, żebyście mieli łatwiej.

– Łatwiej nie znaczy lepiej – odpowiedział Paweł, ku mojemu zaskoczeniu. – Tato, to nasze miejsce. Musimy się w nim czuć jak u siebie.

To był pierwszy raz, kiedy powiedział „nasze” z takim naciskiem. Teść odsunął krzesło i usiadł ciężko.

– Czyli co? Mam się wycofać?

Serce mi zadrżało. Bałam się tej odpowiedzi.

– Nie – powiedziałam po chwili. – Chcę, żebyś był z nami. Ale na naszych warunkach.

Słowa zawisły w powietrzu. Proste, a jednak trudne.

W końcu poczułam spokój

Następnego dnia komoda wróciła do stolarza. Zamówiliśmy tę, którą wybraliśmy razem z Pawłem. Teść przyjeżdżał jeszcze przez kilka dni, ale pytał i słuchał. Naprawdę nas słuchał.

– A ten kolor wam pasuje?

– Gdzie chcecie włącznik?

Czasem kręcił głową, czasem wzdychał, ale już nie podejmował decyzji za nas.

Kiedy w końcu usiedliśmy przy naszym drewnianym stole pod oknem – tym wymarzonym, jasnym – poczułam spokój. Światło wpadało przez szerokie przejście między kuchnią a salonem. Lampa, którą wybrałam, wisiała nad stołem i dawała ciepłe, miękkie światło. Teść rozejrzał się po wnętrzu.

Inaczej, niż bym to zrobił – przyznał. – Ale… ładnie tu.

Uśmiechnęłam się.

– Bo to dom, który budowaliśmy razem.

Remont nauczył mnie czegoś więcej niż wybierania płytek i farb. Nauczył mnie stawiania granic bez podnoszenia głosu. I zrozumiałam, że czasem trzeba zaryzykować chwilowy konflikt, żeby później móc spokojnie usiąść przy własnym stole. Dziś, kiedy ktoś pyta, kto projektował nasz dom, odpowiadam bez wahania: my. I naprawdę tak to czuję.

Karolina, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama