Reklama

Marzyliśmy o tym domu przez pięć lat. Odkładaliśmy każdy grosz, odmawialiśmy sobie wakacji i wyjść do restauracji, byle tylko uzbierać na wkład własny. Kiedy w końcu odebraliśmy klucze, czułam, że zaczynamy nowe życie. Mieliśmy być tylko my, nasza przestrzeń i nasza przyszłość. Nie przewidziałam jednak, że w pakiecie z wymarzonym salonem i ogrodem dostaniemy kogoś, kto postanowi zarządzać naszym szczęściem. To miała być historia o budowaniu gniazda, a stała się opowieścią o tym, jak granica między pomocą a wtrącaniem się jest cienka, a mój teść przekroczył ją z uśmiechem na ustach.

Zrobimy tu pałac

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Stałam pośrodku salonu zawalonego kartonami, czując mieszankę euforii i przerażenia. Ściany wymagały odświeżenia, podłoga w kuchni prosiła się o wymianę, a my z Pawłem byliśmy wykończeni samą procedurą kredytową i pakowaniem całego naszego dobytku w kilkadziesiąt pudeł. Wtedy w drzwiach stanął on. Tadeusz. Mój teść. Miał na sobie roboczy kombinezon, a w rękach trzymał wielką skrzynkę z narzędziami, która wyglądała, jakby przeżyła niejedną budowę.

– No, dzieciaki – rzucił, stawiając skrzynkę na podłodze z głośnym hukiem. – Nie myślcie sobie, że zostawię was z tym bajzlem samych. Ojciec pomoże, ojciec doradzi, zrobimy tu pałac.

Wtedy, w tamtym momencie, miałam łzy w oczach ze wzruszenia. Paweł objął mnie ramieniem i szepnęła mi do ucha, że ma najlepszego tatę na świecie. I rzeczywiście, przez pierwsze dwa tygodnie Tadeusz był dla nas darem z niebios. Znał się na elektryce, potrafił idealnie położyć gładź, a cieknący kran w łazience naprawił w pięć minut, podczas gdy my z Pawłem pewnie dzwonilibyśmy po hydraulika.

Pracowaliśmy ramię w ramię. Ja malowałam framugi, Paweł skręcał meble, a teść zajmował się "poważną robotą", jak to określał. Wieczorami zamawialiśmy pizzę, siadaliśmy na podłodze i śmialiśmy się do rozpuku. Czułam się częścią wielkiej, wspierającej się rodziny. Byłam wdzięczna losowi, że mam teścia, który nie tylko nie jest typem złośliwego zgreda, ale wręcz zakasuje rękawy, by nam pomóc. Nie zauważyłam momentu, w którym pomoc zamieniła się w przejmowanie sterów. To działo się powoli, subtelnie, jak woda drążąca skałę. Najpierw były drobne uwagi.

– Agatko, ten kolor do sypialni? – zapytał pewnego dnia, patrząc na puszkę farby w odcieniu szałwii, którą wybrałam po miesiącach poszukiwań. – To wygląda źle. Weźcie coś cieplejszego, brzoskwinię albo beż. Będzie przytulniej.

– Ale mi się podoba ten zielony, tato – odpowiedziałam z uśmiechem, choć poczułam lekkie ukłucie irytacji.

– Zrobicie, jak chcecie, ale wspomnicie moje słowa, jak wam będzie zimno w oczy – machnął ręką, ale przez kolejne dwa dni, przy każdym malowaniu, wzdychał znacząco.

Ostatecznie sypialnia została szałwiowa, ale radość z tego koloru jakoś wyparowała. Za każdym razem, gdy na nią patrzyłam, słyszałam w głowie głos Tadeusza. To był jednak dopiero początek.

Czułam, że to nie jest już mój dom

Prawdziwy problem zaczął się, gdy mąż daliśmy mu zapasowy komplet kluczy. To miało być rozwiązanie awaryjne – na wypadek, gdybyśmy zatrzasnęli drzwi albo gdyby trzeba było wpuścić kuriera podczas naszej nieobecności. Tadeusz potraktował to jednak jako stałe zaproszenie. Zaczęło się od niezapowiedzianych wizyt. Wracałam z pracy zmęczona, marząc tylko o ciszy, a w kuchni zastawałam teścia, który właśnie rozkręcał syfon pod zlewem, bo "coś mu się tam nie podobało".

– Cześć, córcia! – wołał wesoło. – Zrobiłem wam przegląd rur. Wy to nie dbacie o instalację, a to podstawa.

Uśmiechałam się blado, dziękowałam i zamykałam się w sypialni, czując, jak narasta we mnie napięcie. Kiedy próbowałam rozmawiać o tym z Pawłem, on bagatelizował sprawę.

– Kochanie, on chce dobrze – tłumaczył. – Jest na emeryturze, nudzi mu się w tym pustym mieszkaniu po śmierci mamy. Czuje się potrzebny. Dajmy mu trochę czasu, znudzi mu się.

Ale Tadeuszowi się nie nudziło. Wręcz przeciwnie, rozkręcał się. Zaczął przywozić swoje rzeczy. A to starą drabinę, która "może się przydać", a to jakieś deski, które składował w naszym garażu, a to zestaw wędek, bo przecież niedaleko jest jezioro. Nasz nowy, przestronny dom powoli zaczynał przypominać magazyn jego niespełnionych ambicji i sentymentów. Najgorsze były weekendy. Sobota rano, godzina ósma, chcemy się wyspać po ciężkim tygodniu, a tu słychać zgrzyt klucza w zamku. Chwilę później dobiega nas odgłos kosiarki. Tadeusz uznał, że trawa jest za wysoka i trzeba ją skosić, zanim słońce zacznie prażyć.

– Tato, proszę cię, jest sobota rano – Paweł wyszedł kiedyś do ogrodu w piżamie, przecierając oczy.

– Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje! – odkrzyknął teść przekrzykując silnik kosiarki. – Nie ma co gnuśnieć w łóżku, robota czeka!

Wróciłam pod kołdrę i nie mogłam znieść tych dźwięków. Czułam, że to nie jest już mój dom. Czułam się jak gość w hotelu robotniczym zarządzanym przez nadgorliwego kierownika.

Nie chodziło o szafki

Sytuacja zagęściła się, gdy postanowiłam zaaranżować mój gabinet. Pracuję zdalnie jako graficzka i potrzebuję spokoju oraz specyficznego oświetlenia. Wybrałam najmniejszy pokój na piętrze, z oknem wychodzącym na północ. Kupiłam biurko, specjalny fotel i zaczęłam planować układ regałów. Pewnego dnia wróciłam z zakupów i zastałam Tadeusza w moim gabinecie. Stał na drabinie i wiercił dziury w ścianie, dokładnie tam, gdzie miało wisieć moje wielkoformatowe kalendarium.

– Co tata robi? – zapytałam, starając się opanować drżenie rąk.

– A, wiesz co, pomyślałem, że to biurko to tu nie pasuje – odparł, nie przerywając wiercenia. – Tutaj powiesimy szafki wiszące, przywiozłem je ze swojego garażu, są solidne, dębowe. A biurko przestawimy pod tamtą ścianę. Będziecie mieli tu świetny schowek na pościel i inne graty.

– Ale to jest moje biuro, tato! – podniosłam głos. – Ja tu pracuję. Nie potrzebuję szafek na pościel, potrzebuję przestrzeni na projekty!

Tadeusz zszedł z drabiny, otrzepał ręce z pyłu i spojrzał na mnie z pobłażliwym uśmiechem, który doprowadzał mnie do szału.

– Dziecko, porządne szafki to skarb. Zobaczysz, jeszcze mi podziękujesz. Paweł też mówił, że brakuje wam miejsca na ręczniki.

Spojrzałam na Pawła, który właśnie wszedł do pokoju. Stał w progu, patrząc to na mnie, to na ojca.

– Paweł? – zapytałam, oczekując, że w końcu stanie w mojej obronie. – Zgadzasz się na to?

Mąż przestąpił z nogi na nogę, unikając mojego wzroku.

– No wiesz, Agata... Tata ma trochę racji, te szafki są w dobrym stanie, szkoda wyrzucać. A biurko się zmieści obok.

W tamtym momencie coś we mnie pękło. Nie chodziło o szafki. Chodziło o to, że w hierarchii ważności w naszym domu, zdanie Tadeusza stało wyżej niż moje potrzeby, a mój mąż bał się sprzeciwić ojcu nawet w kwestii umeblowania własnego domu. Wyszłam z pokoju bez słowa, wsiadłam do samochodu i odjechałam. Musiałam ochłonąć. Jeździłam bez celu przez dwie godziny, płacząc z bezsilności. Kiedy wróciłam, szafki wisiały na ścianie. Dębowe, ciężkie, przytłaczające. Moje nowoczesne, lekkie biurko wyglądało przy nich karykaturalnie.

Co nie wypada

Tydzień później Tadeusz wprosił się na niedzielny obiad. Ugotowałam rosół, zrobiłam pieczeń, starając się zachować pozory normalności. Atmosfera przy stole była jednak gęsta. Teść jak zwykle dominował w rozmowie, opowiadając o polityce, sąsiadach i o tym, co jeszcze musimy "poprawić" w domu.

– Te tuje przy płocie to trzeba wyciąć – stwierdził między jedną a drugą łyżką zupy. – Zasłaniają widok na drogę. Nic nie widzicie, jak wyjeżdżacie.

– Lubimy te tuje, dają nam prywatność – odpowiedziałam chłodno.

– Jaka tam prywatność, złodziej się za nimi schowa i nawet nie zauważycie – parsknął. – Pawełku, mam piłę spalinową w bagażniku, po obiedzie to załatwimy raz dwa.

Spojrzałam na męża. Czekałam. Czekałam, aż powie: "Nie, tato, nie będziemy wycinać tui, bo Agata je lubi i to nasz ogród". Paweł odłożył łyżkę. Podniósł wzrok na ojca, potem na mnie. Widziałam w jego oczach strach. Prawdziwy, dziecięcy lęk przed dezaprobatą rodzica.

– Może nie dzisiaj, tato? – powiedział cicho. – Niedziela jest, nie wypada hałasować.

– Co nie wypada, co nie wypada! – Tadeusz machnął ręką. – Robota to robota. Ale jak chcecie żyć w dżungli, to proszę bardzo.

To nie była obrona. To była gra na zwłokę. Paweł nie bronił naszej wizji, on po prostu próbował uniknąć konfliktu, przesuwając go w czasie. Zrozumiałam wtedy bolesną prawdę. Mój mąż, trzydziestoletni mężczyzna, kierownik zespołu w dużej korporacji, w obecności ojca zamieniał się w małego chłopca w krótkich spodenkach, który boi się, że dostanie reprymendę za brudne ręce. Tadeusz nie był tylko nadgorliwym pomocnikiem. On nie dopuszczał do myśli, że jego syn może być dorosły i samodzielny. Każda nasza decyzja, która różniła się od jego wizji, była traktowana jako błąd, który on musi naprawić. A Paweł? Paweł nigdy nie nauczył się stawiać granic, bo każda próba w przeszłości pewnie kończyła się tak samo – ośmieszeniem albo krzykiem.

Moja noga więcej tu nie postanie

Punkt kulminacyjny nastąpił miesiąc później. Wyjechaliśmy na weekend w góry, żeby odpocząć i spróbować naprawić to, co zaczęło się psuć między nami. Przed wyjazdem wyraźnie poprosiłam Tadeusza, żeby pod naszą nieobecność tylko podlewał kwiaty. Żadnych prac, żadnych napraw, żadnych "niespodzianek".

– Oczywiście, dzieci, bawcie się dobrze – zapewnił nas, biorąc klucze.

Wróciliśmy w niedzielę wieczorem, zrelaksowani i pełni nowych sił. Kiedy weszliśmy do domu, uderzył nas zapach. Ostry, chemiczny zapach lakieru. Serce podeszło mi do gardła. Wbiegłam do salonu. Nasza piękna, dębowa podłoga, którą wybraliśmy z taką starannością i która miała naturalne, matowe wykończenie, lśniła teraz jak tafla lodowiska. Była pociągnięta grubą warstwą błyszczącego, śmierdzącego lakieru. Na środku, na gazecie, stała puszka i pędzel. A na fotelu, przykrytym folią, siedział Tadeusz, popijając herbatę.

– Niespodzianka! – zawołał, wstając. – Patrzyłem na te wasze deski i serce mnie bolało. Surowe drewno, chwila moment i by się zniszczyło, woda by weszła, plamy by zostały. Pociągnąłem wam to porządnym lakierem. Teraz to przeżyje nawet potop! Błyszczy się, jak w pałacu, co?

Stałam tam, patrząc na moją zniszczoną podłogę. Matowe wykończenie było najdroższą opcją, na której mi zależało. Teraz wyglądało to tanio, tandetnie i całkowicie inaczej, niż chcieliśmy. Ale to nie podłoga była najważniejsza. Odwróciłam się do Pawła. Był blady. Patrzył na ojca z niedowierzaniem, ale milczał. Znowu milczał.

– Tato... – zaczął w końcu, głosem cichym i łamiącym się. – Przecież... przecież to miała być matowa podłoga. Prosiłem cię...

– Matowa? – Tadeusz prychnął. – Co ty gadasz? Podłoga musi lśnić! Zrobiłem wam przysługę, zaoszczędziliście parę tysięcy na robociźnie. Nie ma za co.

Wtedy eksplodowałam. Nie krzyczałam, mój głos był zimny i twardy jak stal.

– Proszę, niech tata już wyjdzie – powiedziałam.

Tadeusz zamarł z filiżanką w połowie drogi do ust.

– Słucham?

– Proszę wyjść z mojego domu. Natychmiast. I oddać klucze.

Zapadła cisza. Tadeusz spojrzał na Pawła, szukając sojusznika.

– Paweł, słyszysz co ona mówi? Chyba jest zmęczona podróżą.

Patrzyłam na mojego męża. To była ta chwila. Moment prawdy. Albo stanie po mojej stronie, albo nasze małżeństwo skończy się tutaj, na tej świeżo polakierowanej, błyszczącej podłodze. Paweł wziął głęboki oddech.

– Oddaj klucze, tato – powiedział głośno i wyraźnie.

Tadeusz otworzył szeroko oczy.

– Co ty powiedziałeś?

– Powiedziałem, żebyś oddał nam klucze. To nasz dom. Nie prosiłem cię o lakierowanie podłogi. Zniszczyłeś ją. Nie szanujesz naszych decyzji, nie szanujesz nas.

Teść poczerwieniał na twarzy. Rzucił pęk kluczy na podłogę, prosto w lepką jeszcze warstwę lakieru.

– Niewdzięcznicy! – krzyknął. – Człowiek haruje, pomaga, serce oddaje, a w zamian takie coś! Nie chcecie mnie tu? To moja noga więcej tu nie postanie!

Trzasnął drzwiami tak mocno, że aż szyby dudniły w oknach.

Dom naprawdę stał się nasz

Staliśmy w milczeniu przez długą chwilę. Paweł podszedł do miejsca, gdzie leżały klucze. Musiał je wydłubać z tężejącego lakieru, brudząc sobie palce. Trzymał je w dłoni, patrząc na ten lepki metal, jakby to był jakiś magiczny artefakt, który właśnie odzyskał moc.

– Przepraszam – powiedział, nie patrząc na mnie. – Przepraszam, że to trwało tak długo.

Podeszłam do niego i przytuliłam go mocno. To nie był koniec problemów. Wiedziałam, że czekają nas trudne dni, ciche dni ze strony teścia, próby wpędzania nas w poczucie winy, telefony z oskarżeniami o niewdzięczność. Ale wiedziałam też, że po raz pierwszy od przeprowadzki, ten dom naprawdę stał się nasz. Podłogę musieliśmy cyklinować od nowa. Kosztowało to mnóstwo pieniędzy i nerwów, ale kiedy patrzę teraz na te deski – znowu matowe, naturalne – widzę w nich symbol naszej walki o niezależność.

Tadeusz nie odzywał się przez trzy miesiące. Dopiero niedawno zadzwonił do Pawła, pytając chłodno, "co tam słychać". Rozmowa była krótka, rzeczowa. Nie zaprosiliśmy go jeszcze do siebie. Potrzebujemy czasu. Paweł w końcu zrozumiał, że miłość rodzicielska nie powinna polegać na kontroli, a szacunek do ojca nie oznacza posłuszeństwa absolutnego. A ja uświadomiłam sobie, że budowa domu to nie tylko cegły i beton. To przede wszystkim budowanie granic, których nikt nie ma prawa przekroczyć bez zaproszenia. Nawet jeśli przychodzi z najlepszymi intencjami i puszką darmowej farby.

Agata, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama