Patrz na to, zięć, patrz i się ucz! – ten głos Wiesława do dziś dźwięczy mi w uszach, wywołując dreszcz żenady. Staliśmy wtedy na skraju pola, a on, z rękami opartymi na biodrach i wypiętym brzuchem, patrzył na zielone liście, jakby doglądał własnego imperium. Wokół nas rozciągał się hektar ziemi, na której powoli pęczniały zielone jeszcze kule. Dla mojego teścia to nie były zwykłe warzywa. W jego oczach każda z tych dyń była czystym złotem, biletem do bogactwa, o którym marzył od lat, nie robiąc kompletnie nic, by je osiągnąć. Ja stałem obok, czując narastający niepokój, bo znałem Wiesława aż za dobrze. Wiedziałem, że jego słomiany zapał i chorobliwe lenistwo potrafią zepsuć nawet najbardziej pewny plan.

WIDEO

player placeholder

Niestety, rzeczywistość okazała się o wiele gorsza niż moje najczarniejsze przypuszczenia, a smród porażki, który potem uniósł się nad całą naszą rodziną, czuję do dzisiaj. Pracuję na co dzień w sklepie z materiałami budowlanymi, a moja żona Ania uczy w pobliskim przedszkolu. Nie przelewa nam się, ale żyjemy spokojnie. Wiesław natomiast, odkąd przeszedł na wcześniejszą emeryturę kolejową, cały czas szukał sposobu, by zarobić, ale się nie narobić. Kiedy jego sąsiad, pan Kazik, postanowił sprzedać swoje pole i przeprowadzić się do córki, teść uznał, że to znak od losu.

Zrobimy na tym interes życia

Pan Kazik był człowiekiem starej daty, niezwykle pracowitym i dokładnym. Przez lata dbał o swoją ziemię, a tamtego roku obsadził ją najlepszą odmianą dyni jadalnej i ozdobnej. Wszystko było już ładnie wzejściu, pole było wypielone, a rośliny zdrowe. Kazik musiał jednak pilnie wyjechać i zaproponował Wiesławowi odkupienie uprawy za dobrą cenę Teść nie zastanawiał się ani chwili. Wyciągnął wszystkie oszczędności, nie pytając nikogo o zdanie, i stał się dumnym właścicielem dyniowego pola. Od tamtego momentu jego ulubionym zajęciem stało się snucie wielkich planów przy rodzinnym stole. Słuchaliśmy tego z Anią z grzeczności, choć z każdym dniem ogarniało nas coraz większe zwątpienie.

Zobacz także:

– Jacek, ty sobie nawet nie wyobrażasz, jaki to jest rynek – perorował Wiesław, wymachując widelcem podczas niedzielnego obiadu. – Teraz jest moda na te całe dynie. Ludzie to kupują do jedzenia, do ozdoby, na te amerykańskie święta. Restauracje z miasta będą się biły o mój towar. Sprzedam wszystko hurtownikom, a to, co zostanie, opchnę na sztuki przy drodze. Zarobimy tyle, że na zimę pojedziemy w ciepłe kraje.

– Tato, ale przy tym trzeba chodzić – wtrąciła cicho Ania, podając mu półmisek z ziemniakami. – Kazik spędzał na tym polu całe dnie. Trzeba to podlewać, plewić, pilnować przed szkodnikami. Masz jakiś plan?

– Plan? – Wiesław żachnął się, wyraźnie urażony. – Moim planem jest zysk. Dynia to nie storczyk, sama rośnie w ziemi. Kazik przesadzał z tą robotą, bo nie miał co robić na emeryturze. Ja mam głowę na karku i nie zamierzam się niepotrzebnie przemęczać. Natura zrobi swoje, a ja tylko zbiorę śmietankę.

Te słowa powinny być dla mnie ostrzeżeniem. Próbowałem tłumaczyć teściowi, że każda uprawa wymaga chociaż minimum wysiłku, ale on tylko machał ręką, nazywając mnie czarnowidzem. Był przekonany, że los się do niego uśmiechnął i nikt nie będzie mu mówił, jak ma prowadzić swój wielki biznes.

Teść ciągle migał się od pracy

Problemy zaczęły się w sierpniu. Lato było wtedy wyjątkowo upalne i suche. Przez trzy tygodnie z nieba lał się żar, a ziemia na polu zaczęła pękać. Liście dyń, dotychczas sprężyste i ciemnozielone, zaczęły wiotczeć i żółknąć. Zaniepokojony pojechałem tam po pracy i od razu zadzwoniłem do teścia.

– Wiesław, musisz tu przyjechać i podlać te rośliny – powiedziałem prosto z mostu. – Ziemia jest sucha jak pieprz. Jeśli teraz ich nie nawodnisz, owoce przestaną rosnąć i po prostu uschną.

– Jacek, nie panikuj – odpowiedział leniwym głosem, w tle słyszałem szum telewizora. – Dynie mają głębokie korzenie, wyciągną wodę z głębi ziemi. Poza tym, w prognozie mówili, że za kilka dni ma padać. Nie będę teraz targał węży. To się nie opłaca, koszty mi wzrosną.

– Ale te prognozy ciągle się zmieniają! – próbowałem oponować. – Musisz w końcu zainwestować w jakiś system nawadniania.

– Nie będę marnował pieniędzy – uciął krótko teść. – Wszystko jest pod kontrolą. Odpocznij sobie, zięć, i nie martw się o nic.

Deszcz rzeczywiście spadł, ale dopiero po dwóch tygodniach. Rośliny jakoś to przetrwały, ale susza odcisnęła na nich swoje piętno. Owoce były mniejsze, niż powinny, a na dodatek pole zaczęło zarastać chwastami. Ogromne osty i perz zaczęły zagłuszać osłabione dynie. Kiedy znowu zwróciłem na to uwagę teściowi, machnął na to ręką. Wiesław po prostu szukał każdej wymówki, byle tylko nie ruszyć się z kanapy i nie jechać na pole z motyką.

Ja tu rządzę i ja decyduję

Wrzesień przyniósł gwałtowną zmianę pogody. Zamiast ciepłego, babiego lata, nadeszły tygodnie nieustannych, zimnych opadów. Pole zamieniło się w jedno wielkie, błotniste grzęzawisko. Dynie leżały bezpośrednio na mokrej, zimnej ziemi, bez żadnej izolacji. Ponownie spróbowałem interweniować. Zaproponowałem teściowi, że pomogę mu na polu.

– Przestań dramatyzować, Jacek – fuknął na mnie Wiesław, gdy przyjechałem do jego domu. – Dyniom nic nie będzie. Zbiory zrobimy w połowie października, przed samym Halloween. Wtedy jest największy popyt i ceny są najwyższe. Teraz nie ma sensu ich zrywać, bo gdzie ja to będę trzymał?

– Ale one już teraz zaczynają gnić! – krzyknąłem, tracąc cierpliwość. – Widziałem dzisiaj kilka sztuk, mają szare plamy. To jest pleśń, Wiesław! Jeśli wejdzie na całe pole, zostaniesz z niczym!

– Ty się nic na rolnictwie nie znasz – odparował teść, czerwieniąc się ze złości. – Ja tu rządzę i ja decyduję. Nie będziesz mi mówił, co mam robić na moim własnym polu!

Ania próbowała uspokoić sytuację, ale teść był głuchy na wszelkie argumenty. Jego duma i lenistwo stworzyły barierę nie do przebicia. Wolał wierzyć w swoją nieomylność niż spojrzeć prawdzie w oczy. Przez kolejne tygodnie nie zrobił absolutnie nic. Nie pojechał na pole ani razu, tłumacząc, że pogoda jest brzydka i nie będzie moknąć.

Ta historia nauczyła nas jednego

Punkt zwrotny nastąpił w drugim tygodniu października. Nad ranem przyszedł pierwszy, poważny przymrozek. Temperatura spadła poniżej zera, a rano pole pokryło się białą sadzią. Wiesław w końcu spanikował. Zadzwonił do mnie o szóstej rano, błagając, żebym wziął urlop na żądanie i pomógł mu w zbiorach. Mimo wściekłości, spakowałem się i pojechałem. Na miejscu czekał już teść z pożyczoną od znajomego przyczepką samochodową.

– Szybko, Jacek, musimy to znieść na przyczepę – krzyczał od progu, samemu ledwo brodząc w głębokim błocie.

Wszedłem na pole i podszedłem do pierwszej, dużej, pomarańczowej dyni. Schyliłem się, żeby ją podnieść. Gdy tylko chwyciłem za boki, moje palce bez żadnego oporu wbiły się głęboko w głąb warzywa. Ze środka trysnęła szara, galaretowata maź, a do moich nozdrzy dotarł potworny, słodkawo-zgniły zapach. Odsunąłem się z obrzydzeniem.

– Co ty robisz? – krzyknął Wiesław z daleka. – Bierz następną!

– Wiesław, chodź tutaj i sam zobacz – odpowiedziałem, wycierając ręce w trawę.

Teść był zły

Teść podszedł, sapiąc ciężko. Schylił się do kolejnej dyni. Ta, przy próbie podniesienia, dosłownie rozpadła się w jego dłoniach na pół. W środku była tylko gnijąca, sfermentowana papka. Przeszliśmy kilkanaście metrów dalej. Każda kolejna dynia, którą dotknęliśmy, była w tym samym stanie. Przez całkowite zaniedbanie, owoce zgniły. Cały hektar, który miał przynieść tysiące złotych zysku, do niczego się nie nadawał.

– To niemożliwe... – szepnął Wiesław, a jego twarz stała się blada jak papier. – Przecież Kazik mówił, że to są dobre odmiany... To ten oszust mi sprzedał jakieś trefne pole! To jego wina!

– Przestań! – nie wytrzymałem i podniosłem głos. – Kazik sprzedał ci idealne, zadbane pole! To ty wszystko zepsułeś! Nie chciałeś podlewać, nie chciałeś pielić, a potem pozwoliłeś im zgnić w błocie, bo nie chciało ci się ruszyć w deszcz! Ostrzegałem cię, Ania cię ostrzegała! A ty tylko siedziałeś przed telewizorem i liczyłeś pieniądze, których nawet nie zarobiłeś!

Teść patrzył na mnie ze wściekłością, ale nie potrafił wykrztusić ani jednego słowa. Stał pośrodku tego zniszczonego pola, w zabłoconych butach, otoczony przez setki gnijących warzyw, z których unosił się mdły, odrzucający odór. To był moment, w którym cała jego duma pękła jak bańka mydlana. Zbiory oczywiście się nie odbyły. Nie było czego zbierać. Wiesław stracił wszystkie swoje oszczędności, a pole trzeba było ostatecznie zaorać, co kosztowało go kolejne pieniądze.

Teść do dzisiaj nie przyznał się do błędu przed resztą rodziny, twierdząc, że to była kwestia złej pogody i anomalii klimatycznych. My z Anią wiemy jednak swoje. Ta historia nauczyła nas jednego – żadne, nawet najprostsze marzenie o szybkim zarobku nie zastąpi uczciwej pracy i odpowiedzialności. Wiesław natomiast do dziś unika tematu rolnictwa, a na widok jakiejkolwiek dyni w sklepie odwraca wzrok z niesmakiem.

Jacek, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: