„Tegoroczną zimę spędzimy na plaży w Dubaju. Wolę spłacać kredyt przez następne lata niż codziennie marznąć w autobusie”
„Przeglądając internet w przerwie na kawę w pracy, zobaczyłam reklamę last minute w Dubaju. Serce mi zabiło mocniej. Zrobiłam screen, wysłałam Markowi i w pięć minut potem dostałam odpowiedź: »Bierzemy to. Raz się żyje«”.

Nie wiem, czy bardziej mnie męczyła ta szarość za oknem, czy ta, którą miałam w głowie. Zima zawsze była dla mnie najgorszym czasem – wszystko szło jak po grudzie, nosy czerwone, ludzie zrezygnowani, przemykający chodnikami jak duchy.
Byliśmy zmęczeni
Pracowałam w sklepie z ciuchami w galerii, gdzie przez osiem godzin dziennie musiałam się uśmiechać do ludzi, którzy patrzyli na mnie jak na manekina. Gdyby nie kawa o szóstej rano i Spotify z wakacyjną playlistą, chyba bym zwariowała.
Czasem patrzyłam na siebie w lustrze i zadawałam pytanie: „to już tak ma być? Życie – praca, zakupy, sen, weekendy z Lidlem i Netflixem?”. Miałam 32 lata, a czułam się, jakbym już wszystko przespała. Kiedyś, jak miałam 15, wycinałam z gazet zdjęcia palm i plaż i przyklejałam na szafie. Śniłam o tym, że pojadę gdzieś daleko: Grecja, Bali, Tunezja – byle coś innego niż mróz i szare miasto. Tyle że życie jakby zapomniało mnie o tym poinformować, że to już czas.
Z Markiem byliśmy razem cztery lata. Miły, dowcipny, ale też często zmęczony i jakby nieobecny. Mówiliśmy sobie, że jak będzie lepiej, to pojedziemy gdzieś razem, ale „lepiej” nigdy nie przyszło. Zawsze coś – najpierw jego kiepskie zarobki, potem mi umowa się skończyła, potem znowu jego uszkodzony bark, bo dźwigał za dużo.
Potrzebowaliśmy odmiany
Aż pewnego dnia, przeglądając TikToka w przerwie na kawę w pracy, zobaczyłam reklamę last minute w Dubaju. Serce mi zabiło mocniej. Zrobiłam screen, wysłałam Markowi i w pięć minut potem dostałam odpowiedź: „Bierzemy to. Raz się żyje”. Spojrzałam jeszcze raz na zdjęcie wieżowca nad basenem i słońca odbijającego się w szkle, i kliknęłam „Rezerwuj”. Wtedy nie myślałam o kredycie, o pracy, o koncie. Wtedy myślałam tylko o jednym: będę w Dubaju. Ja, dziewczyna z osiedla, która dotąd jeździła tylko autobusem.
Wysiedliśmy z taksówki pod hotelem i przez chwilę nie potrafiłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Marek rzucił bagaż chłopakowi w uniformie i puścił do mnie oczko, jakby był stałym bywalcem luksusowych resortów. Weszliśmy do lobby, gdzie pachniało czymś, co kojarzyło mi się z drogimi butikami. Klimatyzacja dmuchała zimnem, a ja, w letniej sukience, czułam się jak ktoś zupełnie inny. Jakby ktoś mnie podmienił.
Po rozpakowaniu się szybko wyszliśmy od razu na plażę. Chciałam wszystkiego naraz: zachodu słońca na pustyni, koktajlów w hotelowym barze z widokiem na drapacze chmur, zdjęcia przy palmach, śniadania z owocami, których nazw nie znałam. Marek robił mi zdjęcia z każdej strony, ustawiałyśmy kadry jak z katalogu.
Byłam zachwycona
Wrzucałam wszystko na Instagrama, dodając hashtagi, które widziałam wcześniej tylko u influencerek. Komentarze pojawiały się jeden po drugim: „Zazdroszczę”, „Ale bajka”, „Marzenie”. Nie odpisywałam. Patrzyłam tylko, jak liczby rosną.
Marek z każdym dniem był coraz bardziej wyluzowany. Opowiadał, że jak wrócimy, to może zmieni robotę, że tu, w Dubaju, czuje, jakby życie się dopiero zaczynało. Ja milczałam, bo nie chciałam burzyć tej bańki. Dzień przed wylotem poszliśmy do restauracji na dachu hotelu. Zamówiliśmy szampana, najdroższego, jaki był w karcie. Marek stukał kieliszkiem o mój i powiedział z przekonaniem:
– Zasłużyliśmy. Wreszcie mamy coś dla siebie.
Spojrzałam na niego, jakby był kimś nowym. Odważnym, pewnym siebie, innym niż wtedy, gdy marudził, że znowu musi iść do pracy. W tamtym momencie chciałam wierzyć w każde jego słowo. Uśmiechnęłam się i skinęłam głową.
Codzienność wróciła
W dniu powrotu zamknęłam walizkę z trudem. Zamek się nie dopinał, bo napchaliśmy do środka wszystkiego – nowe sukienki, buty, kosmetyki, kilka bibelotów, które wydawały się wtedy niezbędne. Marek był w euforii. Mówił, że jeszcze tu wrócimy. Ja patrzyłam przez szybę na palmę kołyszącą się lekko na wietrze i próbowałam zapamiętać każdy szczegół: zapachy, kolory, dźwięk klimatyzacji. Nie chciałam wracać do Polski.
W samolocie zasnęłam na chwilę, a gdy się obudziłam, było już ciemno. Na lotnisku było zimno, głośno, tłoczno. Mróz od razu uderzył mnie w twarz. Przez moment miałam wrażenie, że mnie to nie dotyczy, że zaraz znowu znajdę się na tej plaży, ale to złudzenie rozwiało się, gdy poślizgnęłam się na śliskiej płytce chodnika. Marek przeklął pod nosem i rzucił torbę do bagażnika taksówki. Milczeliśmy przez całą drogę do domu.
Rozpakowywałam walizkę w kurtce, bo kaloryfery jeszcze nie zdążyły się nagrzać. Ręce mi drżały, kiedy otworzyłam aplikację banku. Konto pokazywało minus jedenaście tysięcy czterysta. Przeciągnęłam palcem po ekranie, jakbym mogła to wymazać. Położyłam telefon na szafce i poszłam do łazienki. Próbowałam się rozgrzać pod prysznicem, ale woda była letnia, bo piecyk szwankował. Usiadłam na brzegu wanny i wbiłam wzrok w kafelki.
Byłam załamana
Dwa dni później przyszedł SMS o braku spłaty karty. Siedzieliśmy wtedy z Markiem w kuchni, jedliśmy kanapki z serem. Pokazałam mu wiadomość bez słowa. Spojrzał, wzruszył ramionami.
– No dobra, może nie trzeba było aż tak szaleć – rzucił, przełykając kęs.
– Teraz mówisz?
– A ty? Kto się upierał na tę sukienkę za cztery stówy?
– Bo nie miałam w czym tam chodzić!
– Jasne. Bo jak się jedzie do Dubaju, to trzeba wyglądać jak księżniczka.
– A kto zamówił owoce morza i butelkę wina za cztery stówki, chociaż wystarczyłaby pizza?
Nie odpowiedział. Wstał, wyrzucił resztki do kosza i wyszedł z kuchni. Patrzyłam za nim i poczułam coś dziwnego. Każde z nas inne, tylko długi te same. Telefon zadzwonił. Nie odebrałam. Znałam ten numer – bank. Zaczęłam chować koperty, zanim Marek wracał z pracy. Udawałam, że nie ma problemu, że jeszcze to ogarniemy. Ale coraz częściej siedział cicho, przewijał coś w telefonie, nie odzywał się godzinami. I wtedy pierwszy raz pomyślałam, że coś się naprawdę psuje.
Dług nas gonił
Któregoś dnia po pracy poszłam do banku. Wzięłam numerek, usiadłam i czekałam, patrząc na ludzi dookoła. Nikt nie wyglądał na spokojnego. Konsultant był młody, grzeczny, ale mówił jak maszyna. Kwoty, terminy, harmonogram spłaty. Skinęłam głową na wszystko. Wiedziałam, że nie mamy wyjścia. Wieczorem Marek wrócił późno. Buty rzucił w kąt, kurtkę zostawił na podłodze. Usiadł przy stole i wyjął telefon.
– Gdzie byłeś? – zapytałam spokojnie.
– Myślałem. Chodziłem. Nie miałem siły wracać.
– Warto było? Ten tydzień w Dubaju za kilka lat życia w stresie?
Nie odpowiedział od razu. W końcu powiedział cicho:
– Nie wiem. Chciałem żebyś była szczęśliwa.
– Nie jestem – powiedziałam bez emocji.
Nie spojrzał na mnie. Wstał i poszedł do łazienki. Słyszałam, jak odkręca wodę, potem jak trzaska drzwiami od szafki. Żadne z nas nie miało już siły na kłótnie. Zostało tylko zmęczenie.
Justyna, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam spędzić sylwestra sama jak co roku. Życie zweryfikowało moje plany i zrobiło mi niespodziankę”
- „Planowałam samotnego sylwestra przed telewizorem. Nie spodziewałam się nawet, kto przed północą zapuka do moich drzwi”
- „Mąż w sylwestra miał ciężko pracować, a bawił się na stoku w Zakopanem. Chciał mieć żonę w domu i kochankę w górach”

