Reklama

Góry wyglądały jak na pocztówce, dzieci śmiały się z tyłu, a ja całą drogę wpatrywałam się w profil Waldka, zastanawiając się, czy jeszcze go znam. Próbowałam uwierzyć, że to będą normalne ferie – takie, jak kiedyś. Antek z Dorotą mieli dostać śnieg, sanki, gorącą czekoladę i rodzinę przy stole. Nieważne, że wszystko inne sypało się po cichu. Za wszelką cenę chciałam dać im choć trochę zwykłości.

Od kiedy Waldek stracił pracę, nasze życie jest jak zamarznięte jezioro – pozornie spokojne, ale każde słowo może naruszyć kruchy lód. On przestał mówić, jakby wszystko w nim zgasło. Ja dźwigam więcej niż kiedykolwiek, także jego lęk, jego milczenie. Złość na niego rozlewa się po mnie jak woda – za to, że nie potrafi przyznać się dzieciom, za to, że zostawił mnie z tym wszystkim.

Pamiętam noc, gdy powiedział mi o zwolnieniu. Stał w drzwiach kuchni, blady, przygarbiony, z tym pustym spojrzeniem. Wtedy nie byłam w stanie wykrztusić słowa. Teraz też nie pytam, bo każda rozmowa grozi wybuchem. Wolę udawać, że jest dobrze, tak jak on udaje przed dziećmi. Może te ferie uratują nam chociaż kilka chwil. Może nie. Trzymam się tej nadziei kurczowo, choć wiem, że coraz mniej we mnie siły.

Dzieci czegoś się domyślały

Już rano, przy śniadaniu, wiedziałam, że długo nie pociągniemy tej gry. Siedzieliśmy przy stole w kuchni z widokiem na zaśnieżone podwórko, niby wszystko było jak zawsze: Antek rozlał kakao, Dorota przewracała oczami, Waldek kroił chleb, ale w powietrzu wisiała ta dziwna, lepiąca cisza. Zawsze, kiedy jest za cicho, czuję, że coś się stanie.

– Tato, a ty nie idziesz jutro do pracy? – Dorota rzuciła nagle, z pozoru obojętnie, ale jej spojrzenie wbijało się w ojca.

Waldek zawahał się na ułamek sekundy. Zobaczyłam, jak napina mu się szczęka.

Mam urlop, córeczko. Chciałem spędzić trochę czasu z wami – odpowiedział z uśmiechem, który jednak nie docierał do oczu. Miałam nadzieję, że dzieci tego nie widzą.

Od miesiąca masz urlop? – nie odpuszczała Dorota, a mi zrobiło się gorąco. – Bo jakoś dziwnie długo jesteś w domu.

– Dorota, nie rozmawiajmy teraz o pracy. Są ferie – próbowałam ratować sytuację, choć wiedziałam, że to na nic.

Ja tylko pytam – mruknęła Dorota. – Po prostu dziwnie się zachowujesz, tato.

Po śniadaniu Waldek od razu poszedł do salonu, a Dorota włożyła talerz do zlewu. Podążyłam za nią, czując, jak narasta we mnie napięcie.

– Dorota, daj ojcu spokój. On ma teraz trudny czas.

– Mamo, przecież on udaje, że wszystko jest okej, a nie jest. Milczy, chodzi jak duch. To ja już wolę, żeby powiedział wprost, co się dzieje, a nie robił szopkę.

W tym momencie Waldek wszedł do kuchni.

Nie masz pojęcia, o czym mówisz! – wybuchnął nagle, pierwszy raz od tygodni podnosząc głos.

Dorota stanęła naprzeciwko niego z rękami na biodrach.

To powiedz mi w końcu, o czym mam mieć pojęcie!

Waldek zamarł, uciekł wzrokiem w okno. Przez chwilę wszyscy milczeliśmy. W tej ciszy najbardziej bolał mnie mój własny strach: jeśli on się teraz rozpadnie, nie zostanie już nic. Przełknęłam ślinę, próbując zachować spokój, choć w środku chciało mi się krzyczeć.

Wszystko było na moich barkach

Kiedy dzieci już spały, światło w kuchni rozlewało się leniwie na blat, a na zewnątrz sypał śnieg, który tłumił wszelkie dźwięki. Było tak cicho, że słyszałam tylko tykanie zegara i swoje własne myśli – rozbiegane, bolesne. Stałam przy zlewie i zmywałam kubki, kiedy Waldek wszedł, jakby niepewny, czy powinien mnie zaczepiać.

– Aga... – zaczął, a ja niemal usłyszałam w jego głosie chłód, jakiego nigdy wcześniej w nim nie było.

Musimy w końcu im powiedzieć – przerwałam, zanim zdążył uciec do swojego świata. – Dorota już się domyśla. Udajemy tylko przed Antkiem.

Westchnął ciężko i opadł na krzesło, trzymając się krawędzi blatu, jakby bał się, że zaraz odpłynie gdzieś daleko.

– A co ja mam powiedzieć, Agnieszka? Że jestem nikim? Że nic mi się nie udało, nawet własne dzieci nie potrzebują mnie już do niczego?

Zatrzymałam się z mokrym talerzem w ręku.

– Nie jesteś nikim. Jesteś ich ojcem, moim mężem. Ale jeśli dalej będziesz tak milczał, to ja wysiądę. I nie będzie już czego ratować, rozumiesz?

Spojrzał na mnie tak, jakby pierwszy raz od miesięcy naprawdę mnie widział. Przez moment myślałam, że powie coś jeszcze, przeprosi, obieca zmianę. Zamiast tego spuścił głowę.

– Przepraszam – wyszeptał, choć zabrzmiało to bardziej jak ucieczka niż wyznanie.

Usiadłam naprzeciwko niego, czując, jak cała złość, którą gromadziłam od tygodni, zamienia się we frustrację. Jak długo można być samotną matką, mając męża obok? Jak długo można nieść ciężar za dwoje, udając, że to normalne? W środku wszystko we mnie krzyczało, a na zewnątrz musiałam być cicha – dla dzieci, dla niego, dla świętego spokoju.

„Nie chcę dźwigać wszystkiego sama” – myślałam, patrząc na Waldka. „Ale chyba nie mam wyboru”. Nie miałam już siły dalej grać w tę grę. W tej kuchni, wśród pustych kubków i talerzy, czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek.

Nie chciałam, żeby to zobaczyli

Wieczorem wszyscy schowaliśmy się w swoich pokojach – każde zamknięte w swoim smutku. Myślałam, że dzieci już śpią, kiedy usłyszałam ciche kroki na korytarzu. To Antek, z rozczochraną głową i ukochanym kocykiem, wsunął się niepewnie do naszego pokoju.

– Mamo... Tato... – spojrzał na nas spod grzywki. – Czy jesteś smutny, tato?

Zamarliśmy oboje. Waldek spojrzał najpierw na mnie, jakby prosił o ratunek, potem na Antka, ale nie odpowiedział. Po chwili do pokoju weszła Dorota. Stała w drzwiach, ramiona miała skrzyżowane, oczy błyszczały jej w półmroku.

– On nie jest tylko smutny – powiedziała spokojnie, ale w jej głosie czuć było drżenie. – On się boi. Bo już nie ma pracy, prawda?

Powietrze jakby zgęstniało, nawet zegar przestał tykać. Nikt się nie odezwał. Antek wcisnął się bliżej mnie, jakby szukał bezpiecznego miejsca.

Waldek próbował coś powiedzieć, usta mu się poruszały, ale nie wydobył z siebie ani słowa. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał wyjść, może uciec przed tym wszystkim, ale zamiast tego opadł ciężko na łóżko i schował twarz w dłoniach.

Wtedy się zaczęło – cicho, zwyczajnie, bez żadnego krzyku. Waldek płakał. Po prostu siedział na łóżku i płakał, jakby cała siła, którą jeszcze w sobie miał, właśnie się wyczerpała. Patrzyłam na niego z boku, czując tylko bezradność. Widziałam, jak się przełamuje. Nie byłam w stanie nic zrobić, za późno na pocieszenie, za późno na jakiekolwiek słowa.

Antek wtulił się we mnie i też rozpłakał, powtarzając cichutko: „Tato, nie płacz, tato…”. Dorota stała wciąż w drzwiach – nie ruszała się, tylko patrzyła z jakąś trudną do opisania powagą. Chciałam ich wszystkich ochronić, wziąć ten widok na siebie, żeby nie musieli tego pamiętać. Chciałam być tarczą. Ale już nie było na to szans. Może gdybyśmy wcześniej powiedzieli prawdę… Może wtedy ten wieczór wyglądałby inaczej.

To nas do siebie zbliżyło

Siedzieliśmy razem, jakbyśmy po raz pierwszy od miesięcy pamiętali, że jesteśmy rodziną. Cisza była inna niż zwykle – gęsta, pełna zmęczenia, ale też oczekiwania. Waldek podniósł głowę, oczy miał czerwone i spuchnięte. Dorota usiadła obok, Antek wspinał się na moje kolana.

Przez długą chwilę nikt nie odzywał się ani słowem. A potem Waldek w końcu przemówił, jakby każde zdanie wyciągał z siebie siłą.

Zwolnili mnie przed świętami – zaczął cicho, z trudem dobierając słowa. – Próbowałem znaleźć coś nowego, udawałem, że wszystko jest dobrze, ale… Przepraszam, że nic nie powiedziałem. Bałem się wam o tym powiedzieć. Bałem się, że… nie będę wam już potrzebny.

Dorota spojrzała na niego bez gniewu, tylko z czymś, co chyba mogło być żalem.

– Ale czemu nie powiedziałeś? Myślałeś, że się od ciebie odwrócimy? Że przestaniemy cię kochać? Przecież jesteśmy rodziną. To, że nie masz pracy, nie znaczy, że nie jesteś dla nas ważny.

Antek wtulił się w Waldka, a ja położyłam dłoń na jego ramieniu.

My potrzebujemy cię obok, Waldek. Nie tylko silnego. Prawdziwego.

Przez chwilę nikt nie płakał, nikt nie krzyczał. Było tylko to zmęczone, trochę pokaleczone, ale prawdziwe bycie razem. Patrzyłam na męża, jak mówi to wszystko pierwszy raz – nie udaje, nie ucieka wzrokiem, nie milczy. Poczułam ulgę, której nie znałam od miesięcy. Jednocześnie żal – czemu tak późno, czemu musiało zaboleć aż tak mocno, zanim dotarliśmy do prawdy? Może tych ferii już nie uratuję. Może nie naprawię wszystkiego. Ale może jeszcze da się uratować nas.

Lepiej mówić prawdę

Następnego ranka czułam się, jakbym obudziła się w zupełnie innym domu. W kuchni nie było już tej ciężkiej, niewidzialnej mgły. Zapach herbaty i dźwięk dziecięcych kroków odbijały się echem w pustce, która przez tyle tygodni była między nami. Dorota krzątała się przy czajniku, jakby to ona przejęła dowodzenie.

– Antek, chcesz miodu czy cukru do herbaty? – zapytała, a jej głos był spokojny, zwyczajny.

– Miodu – wymamrotał Antek, przyklejony do swojego misia.

Waldek przyszedł do kuchni wolno, ale już nie omijał wzrokiem dzieci. Usiadł z kubkiem, wpatrując się przez chwilę w śnieg za oknem. Czułam, jak w nim wciąż ścierają się strach i ulga.

– Tato, a ty wrócisz do pracy? – Antek spojrzał na niego z takim zaufaniem, że aż ścisnęło mnie w środku.

Waldek odchrząknął, ale tym razem nie uciekł w wymijające odpowiedzi.

– Nie wiem, synku. Ale będę próbował. I będę z wami. Zawsze.

Dorota usiadła obok niego, oparła się ramieniem o jego ramię.

– To teraz wszyscy będziemy próbować. Razem – powiedziała cicho, ale pewnie.

Patrzyłam na nich i po raz pierwszy od miesięcy miałam wrażenie, że to naprawdę nasza rodzina. Może połatana, może nieidealna, ale prawdziwa. Zmęczenie nie zniknęło. Niepewność została. Jednak gdzieś pod skórą pojawiła się cicha nadzieja – tak delikatna, że bałam się ją wypowiedzieć na głos. Nie uratowałam wszystkiego. Wciąż jestem zmęczona, świat nie zaczął nagle świecić nowymi kolorami. Może nie wszystko się musi walić. Wystarczy, że przestaliśmy milczeć.

To nas oczyściło

Kilka dni po powrocie z gór wszystko znów zaczęło się toczyć utartym torem: budzik dzwonił zbyt wcześnie, skrzynka mailowa pękała w szwach, w lodówce niezmiennie brakowało mleka. Rachunki przychodziły jak co miesiąc, zima nie odpuszczała, dzieci kłóciły się o komputer, jakby nic się nie wydarzyło. A jednak – coś było inaczej.

Waldek nie odzyskał jeszcze pracy. Nie rozwiązał wszystkich swoich problemów. Czasem siadał z nami przy stole i po prostu mówił, nie uciekał wzrokiem, nie znikał po kątach, nie odpowiadał milczeniem na pytania Doroty. Zaczął się śmiać, czasem nawet żartował z Antkiem. Dorota częściej przytulała się do niego – już nie z niepewności, a z czułości, jakiej wcześniej nie umiała okazać. Antek rozmawiał z ojcem o wszystkim, jakby zapomniał, że jeszcze niedawno bał się zadać najprostsze pytanie.

Ja nadal próbuję trzymać wszystko w ryzach, choć wiem już, że nie zawsze muszę być twarda. Płakałam wtedy razem z Waldkiem. Po raz pierwszy poczułam, że to dobrze, że nie muszę być silna za wszelką cenę. Przestaliśmy udawać, że nic się nie dzieje. Może nie będziemy już nigdy rodziną z pocztówki, może wciąż będziemy się kłócić i bać, co przyniesie jutro.

Nie wiem, czy będziemy szczęśliwi. Nie wiem nawet, czy nie wrócą kolejne kryzysy. Nie chcę już nigdy więcej milczeć. Czasem właśnie wspólne łzy oczyszczają wszystko, czego nie umiały naprawić słowa.

Agnieszka, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama