Reklama

Myślałem wtedy, że robię coś dojrzałego. Że czasem dwoje ludzi musi się odsunąć, żeby nie powiedzieć sobie za dużo złych słów. Osobne ferie brzmiały rozsądnie, niemal terapeutycznie. W mojej głowie wszystko miało swoje miejsce: cisza między nami, jej zmęczenie, moja potrzeba oddechu. Byłem pewien, że wiem, co robię. I że tylko ja mam coś do ukrycia.

Myślałem, że to rozsądne rozwiązanie

Pomysł pojawił się między jednym a drugim obiadem w milczeniu. Siedzieliśmy w kuchni, każde przy swoim kubku, jakbyśmy byli współlokatorami, a nie małżeństwem z kilkuletnim stażem. Justyna patrzyła w okno, ja w blat stołu. Cisza nie była ciężka, raczej pusta. To mnie niepokoiło najbardziej.

A może… – zacząłem ostrożnie, nie podnosząc wzroku. – Może zróbmy sobie w tym roku ferie osobno.

Usłyszałem, jak cicho odstawia kubek. Spojrzała na mnie uważnie, bez zdziwienia. Jakby ta myśl była już gdzieś między nami, tylko nikt wcześniej nie miał odwagi jej wypowiedzieć.

Osobno? – powtórzyła spokojnie. – To znaczy jak?

– Normalnie – wzruszyłem ramionami. – Ty pojedziesz sobie gdzieś odpocząć, ja też. Bez napięcia, bez udawania, że wszystko jest w porządku. Każde z nas… złapie oddech. Pomyślimy.

Kiwnęła głową, jakoś za szybko. To powinno mnie zastanowić, ale wtedy poczułem ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężki plecak, którego istnienia wolałem nie zauważać.

W sumie… to ma sens – powiedziała po chwili. – I tak ostatnio tylko się mijamy.

„Ostatnio”. To słowo było wygodne. Sugerowało chwilowy kryzys, a nie coś, co narastało latami. Przytaknąłem, choć w środku aż mnie ścisnęło. Wiedziałem, że dla mnie ten wyjazd nie będzie tylko odpoczynkiem. Wiedziałem, ale nic nie powiedziałem.

Gdzie byś chciała pojechać? – zapytałem, udając neutralny ton.

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziała. – Może Bałtyk. Albo gdzieś, gdzie jest ciszej.

W mojej głowie zobaczyłem ją samą. Spacerującą, myślącą, może trochę smutną, ale samą. Taką, jaką potrzebowałem ją widzieć, żeby móc spojrzeć w lustro bez wstydu.

– Dobrze – powiedziałem. – No to ustalone.

Uśmiechnęła się blado. Ja też. Ten uśmiech był jak podpis pod umową, której warunków tak naprawdę nie chcieliśmy czytać. Wyszedłem wtedy z kuchni z poczuciem, że znalazłem bezpieczne rozwiązanie. Że uniknąłem kłamstwa, bo przecież nie powiedziałem nic nieprawdziwego. Przemilczenie wydawało się uczciwsze. Nie przyszło mi do głowy, że ona też może coś przemilczać.

Cieszyłem się jak dziecko

Do Zakopanego jechałem sam, ale nie czułem się samotny. W telefonie co chwilę pojawiały się krótkie wiadomości od Leny: pytania, czy już blisko, żarty o korkach, drobne uwagi, które sprawiały, że droga mijała szybciej. Każde piknięcie było jak potwierdzenie, że ktoś na mnie czeka. Tego uczucia brakowało mi od dawna, choć długo nie umiałem tego nazwać.

Gdy zobaczyłem ją na parkingu, pomachała energicznie, jakbyśmy znali się od lat, a nie byli tylko dwójką ludzi, którzy znaleźli się w odpowiednim momencie swojego zmęczenia. Uśmiechnęła się szeroko, bez ostrożności.

Już myślałam, że zabłądziłeś – rzuciła. – Zaczęłam się martwić.

To słowo, „martwić się”, uderzyło mnie mocniej, niż powinno. Justyna od dawna nie używała go w odniesieniu do mnie. Odpowiedziałem śmiechem, trochę za głośnym, jakbym chciał zagłuszyć własne myśli.

Pierwsze godziny były lekkie. Rozpakowywanie, szybki spacer, rozmowy o byle czym. Lena słuchała uważnie, dopytywała, reagowała. Kiedy mówiłem, patrzyła na mnie, nie gdzieś obok. Złapałem się na tym, że prostuję plecy, że dobieram słowa staranniej. Chciałem wypaść dobrze. Chciałem być kimś ciekawym.

Dobrze, że przyjechałeś – powiedziała w pewnym momencie. – Wyglądasz, jakbyś naprawdę potrzebował odmiany.

Pokiwałem głową. Tak to sobie tłumaczyłem. Zmiana, oddech, reset. Nie ucieczka. Na pewno nie zdrada. Przecież niczego nie obiecywałem, niczego nie burzyłem wprost. Byłem tylko mężczyzną, który pozwolił sobie poczuć się kimś ważnym.

Wieczorem, gdy zostałem na chwilę sam w pokoju, przyszła myśl o Justynie. Zobaczyłem ją oczami wyobraźni w jakimś spokojnym miejscu, może przy herbacie, może na spacerze. Samą, ale silną. Mówiłem sobie, że ten wyjazd jej pomoże. Że moja nieobecność da jej przestrzeń, której tak bardzo potrzebowała.

Leżąc w ciemności, czułem jednocześnie ekscytację i coś na kształt winy, ale szybko nauczyłem się to drugie odkładać na bok. Skoro wszystko było takie ciche, takie niewypowiedziane, to czy naprawdę robiłem coś złego? Zasnęło mi się łatwiej, niż się spodziewałem.

Spotkałem ją na Krupówkach

Tamten dzień nie różnił się niczym od setek innych zimowych dni w Zakopanem. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Tłum płynął w obu kierunkach, ktoś głośno się śmiał, ktoś inny narzekał na zimno, choć śnieg skrzypiał przyjemnie pod butami. Zapach pieczonych oscypków mieszał się z ostrym powietrzem. Byłem w środku tego wszystkiego i czułem się zaskakująco lekko.

Szliśmy z Leną powoli, bez celu. Opowiadała coś o swojej pracy, o ludziach, którzy ciągle czegoś od niej chcą. Słuchałem, ale jednocześnie chłonąłem moment. Jej ręce, kiedy gestykulowała. Jej śmiech, nieco za głośny, zupełnie niepasujący do mojej codziennej ciszy w domu.

Lubię takie miejsca – powiedziała nagle. – Tu nikt nie zwraca uwagi na nikogo. Można być sobą.

Uśmiechnąłem się. Dokładnie tego potrzebowałem. Anonimowości. Poczucia, że nikt mnie nie zna, nikt niczego ode mnie nie oczekuje. Justyna była wtedy gdzieś daleko. Nie tylko geograficznie. W mojej głowie miała swoje spokojne ferie, swoją przestrzeń. Nie było we mnie żadnej czujności, żadnego niepokoju.

Zatrzymaliśmy się przy jednym ze stoisk z pamiątkami. Lena coś oglądała, a ja rozglądałem się bezmyślnie po twarzach mijających nas ludzi. Starsze małżeństwo, grupka młodych, rodzice z dziećmi. Zwyczajne obrazy, które nie zostają na długo w pamięci. Nagle ją zobaczyłem. Najpierw był to tylko znajomy kształt sylwetki, sposób, w jaki odgarniała włosy z twarzy. Serce zabiło mi mocniej, zanim jeszcze mózg zdążył to połączyć. To niemożliwe, pomyślałem. To tylko podobieństwo. Ale ona podniosła wzrok.

Świat zawęził się do jednego punktu. Dźwięki przycichły, jakby ktoś ściszył je jednym ruchem. Justyna stała kilka metrów dalej. Ubrana inaczej, niż zwykle. Lżejsza, energiczniejsza. I nie była sama. Obok niej szedł mężczyzna. Pochylał się ku niej, mówił coś, a ona słuchała. Naprawdę słuchała. Uśmiechnęła się w ten sposób, którego dawno u niej nie widziałem.

Zatrzymałem się. Lena coś mówiła, ale nie docierało do mnie ani jedno słowo. Patrzyłem tylko na nich, jakby byli sceną, a ja widzem, który nie wie, czy powinien klaskać, czy wyjść. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotkały. W jej oczach pojawiło się zaskoczenie, szybko przykryte czymś, czego nie umiałem nazwać. Mężczyzna obok niej odwrócił głowę w moją stronę, ale ja już nie patrzyłem. W środku wszystko zaczęło się rozpadać.

Czułem się oszukany

Nie pamiętam, jak odszedłem z tamtego miejsca. Wiem tylko, że nogi niosły mnie same, jakby wiedziały lepiej ode mnie, gdzie jest bezpieczniej. Lena mówiła coś obok, chyba pytała, czy wszystko w porządku. Skinąłem głową, choć w środku nic nie było w porządku.

Zróbmy przerwę – rzuciłem w końcu. – Muszę się przejść.

Nie czekałem na odpowiedź. Oddaliłem się w tłum, który chwilę wcześniej wydawał mi się przyjazny, a teraz był zbyt ciasny, zbyt głośny. Obrazy wracały falami. Jej uśmiech. Jego obecność. Sposób, w jaki szli obok siebie, naturalnie, jakby to było oczywiste.

„Nie masz prawa”, powtarzałem sobie. „Nie masz prawa czuć tego ukłucia w piersi, tego gorąca pod skórą. Przecież sam tu przyjechałeś z kimś innym. Przecież to ty uciekłeś pierwszy”. A jednak zazdrość była szybka i bezwstydna. Pojawiła się zanim zdążyłem ją ocenić.

Usiadłem na ławce, wciągając głęboko powietrze. Próbowałem to sobie poukładać. Może to tylko znajomy. Może przypadek. Może źle zrozumiałem jeden uśmiech. Ale im dłużej o tym myślałem, tym mniej wierzyłem w te wersje. Widziałem zbyt wiele szczegółów. Bliskość, której nie da się odegrać.

Zacząłem wracać pamięcią do naszego życia sprzed miesięcy. Do wieczorów, kiedy wracała późno i mówiła, że jest zmęczona. Do poranków, kiedy milczała przy kawie. Wtedy tłumaczyłem to pracą, zmęczeniem, wszystkim, tylko nie tym, co teraz stało się tak wyraźne.

Jak mogłem tego nie widzieć? – powiedziałem na głos, nie dbając o to, czy ktoś słyszy.

Najgorsze było poczucie, że zostałem wyprzedzony we własnej historii. Że rola, którą przypisywałem sobie, jedynego winnego, jedynego z tajemnicą, nagle przestała być aktualna. To bolało bardziej, niż chciałem przyznać.

Kiedy wróciłem do Leny, patrzyła na mnie uważnie, jakby czuła, że coś się zmieniło, choć nie znała powodu. Uśmiechnąłem się blado.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

– Tak – skłamałem automatycznie. – Zobaczyłem kogoś znajomego.

Słowa nagle straciły jakikolwiek sens. Nie tłumaczyłem nic więcej.

Oboje uciekaliśmy

Przez resztę dnia funkcjonowałem jak ktoś, kto stracił grunt pod nogami, ale wciąż idzie, bo nie wie, gdzie się zatrzymać. Rozmawiałem z Leną, odpowiadałem na pytania, nawet się uśmiechałem, ale wszystko było jak zza szyby. W głowie wciąż widziałem Justynę. Nie tę z domu, cichą i wycofaną, tylko tę z Krupówek. Lżejszą. Z kimś innym.

Zrozumiałem wtedy, jak bardzo potrzebowałem wierzyć, że mam nad wszystkim kontrolę. Że to ja podejmuję decyzje, ja wybieram moment odejścia, ja ryzykuję. Osobne ferie miały być bezpiecznym manewrem, sposobem na zachowanie twarzy. Tymczasem okazały się drzwiami, które otworzyliśmy oboje, tylko w różne strony.

Wieczorem długo patrzyłem w sufit i nie mogłem zasnąć. Każda myśl wracała do jednego punktu: nie znałem jej tak dobrze, jak sądziłem. A może znałem, tylko wybierałem wygodniejszą wersję. Taką, w której była wierna, cierpliwa i czekała, aż się w końcu obudzę.

Najtrudniejsze było przyznanie przed samym sobą, że nie chodzi tylko o zazdrość. Chodziło o utratę wyjątkowości. O świadomość, że nie byłem jedynym, który poczuł się samotny w tym małżeństwie. Że moje usprawiedliwienia były kruche, oparte na założeniu, że ona stoi w miejscu, podczas gdy ja się oddalam. Po raz pierwszy pomyślałem, że być może oboje uciekaliśmy od siebie już od dawna, tylko każde w inną ciszę. I że to spotkanie nie było początkiem końca, ale momentem, w którym przestałem się oszukiwać.

Jedna chwila wszystko zmieniła

Sam do końca nie wiem, co wydarzyło się później między mną a Justyną. Tamtego dnia nie podszedłem do niej. Nie zadzwoniłem. Zabrakło mi odwagi, a może potrzebowałem czasu, by zrozumieć, co właściwie zobaczyłem. Wiem tylko, że od tamtej chwili nic już nie było proste.

Jedno spojrzenie na Krupówkach odebrało mi wygodną narrację o sobie samym. O tym, że jestem tym, który błądzi, ale panuje nad sytuacją. Największym kłamstwem nie była zdrada ani przemilczenia. Było nim przekonanie, że tylko ja mam coś do ukrycia. Nie wiem jeszcze, co będzie dalej, ale coś będzie musiało się zmienić.

Piotr, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama