Reklama

Te walentynki miały być spokojne, bez fajerwerków, za to z obietnicą, że coś między nami jeszcze da się ogrzać. Od kilku tygodni żyliśmy trochę obok siebie, uważając, żeby się nie potrącić. Gdy zasypiałam poprzedniej nocy, byłam pewna jednego: jutro Dawid wróci wcześniej. Powiedział to wyraźnie. Dlatego poranek nie zaczął się od rutyny, tylko od planu.

Ten wieczór miał coś naprawić

Od rana krzątałam się po mieszkaniu, choć nigdzie się nie spieszyłam. Lubiłam ten rodzaj napięcia – cichego, domowego, w którym wszystko jeszcze jest możliwe. Przestawiłam stół bliżej okna, choć wiedziałam, że i tak będzie ciemno. Zmieniłam obrus na jaśniejszy, jakby kolor mógł coś zasugerować. W głowie powtarzałam sobie, że to tylko kolacja, nic więcej. A jednak ręce drżały mi bardziej niż zwykle.

Wiadomość od Dawida przyszła przed południem. Krótka, jak większość ostatnich.

– „Będę wcześniej, ogarnę tylko jedno spotkanie”.

Wpatrywałam się w ekran, szukając w tych słowach czegoś więcej. Uśmiechu, kropki na końcu, czegokolwiek, co brzmiałoby jak dobra wola. Odpisałam neutralnie, żeby nie wyjść na zbyt oczekającą.

Zamiast ulgi poczułam napięcie. Zbyt łatwo mi to przyszło. Przypomniałam sobie, jak jeszcze rok wcześniej takie wieczory planowaliśmy wspólnie, a nie osobno. Wtedy to Dawid dopytywał, co ugotuję, a ja żartowałam, że to tajemnica. Teraz tajemnicą było raczej to, czy mu w ogóle zależy.

Gotowałam powoli, jakbym chciała zatrzymać czas. Każdy ruch miał znaczenie, choć nikt tego nie widział. Co chwilę zerkałam na telefon, mimo że milczał. Wmawiałam sobie, że to normalne, że przesadzam, że ludzie w długich relacjach nie ekscytują się każdym wspólnym wieczorem.

O siedemnastej zadzwoniłam. Przecież miał być wcześniej.

– Wszystko w porządku? – zapytałam, starając się brzmieć lekko.

– Tak, tak. Trochę się przeciąga – odpowiedział. – Ale dam radę. Zaraz się zbieram.

Nie zapytał, co u mnie. Odłożyłam telefon i poczułam znajome ukłucie rozczarowania. To było to miejsce, w którym zwykle przestawałam zadawać pytania. Bałam się odpowiedzi bardziej niż ciszy. Usiadłam na chwilę przy stole, spojrzałam na dwa talerze i pomyślałam, że te walentynki naprawdę muszą coś naprawić. Przynajmniej w mojej głowie.

Zimno było nie tylko w mieszkaniu

Najpierw pomyślałam, że to przeciąg. Zdjęłam cienki sweter, potem założyłam grubszy. Grzejnik był letni, ledwie wyczuwałam ciepło pod dłonią. Odkręciłam zawór mocniej, jakbym mogła go zmusić do działania samą determinacją. Po kilku minutach było jasne, że coś jest nie tak. Cisza w mieszkaniu nagle zrobiła się cięższa, bardziej wyraźna.

Zadzwoniłam do administracji, wysłuchałam spokojnego głosu, który zapewniał, że „ktoś zerknie jutro”. Jutro brzmiało jak wyrok. Wróciłam do kuchni i usiadłam przy stole. Jedzenie stygło szybciej, niż się spodziewałam. Pomyślałam, że to nawet symboliczne, ale zaraz skarciłam się w myślach. Nie chciałam dorabiać znaczeń tam, gdzie były tylko usterki.

Telefon leżał ekranem do góry. Przesunęłam go bliżej, jakby mógł sam z siebie się odezwać.

– „Dawid, u nas nie działa ogrzewanie” – napisałam w końcu. – „Jest naprawdę zimno”.

Odpowiedź przyszła po kilkunastu minutach.

– „Serio? U mnie w pracy działa normalnie. Może się poprawi”.

„U mnie”. To sformułowanie utkwiło mi w głowie bardziej niż sam brak ciepła. U niego było „normalnie”. To u mnie coś znów nie działało. Chciałam napisać, że liczyłam na to, że wróci wcześniej właśnie dlatego, że zimno. Że to jeden z tych momentów, kiedy obecność drugiego człowieka ma znaczenie większe niż rozwiązanie problemu. Zamiast tego napisałam tylko:

– „Daj znać, jak wyjdziesz”.

Zaczęłam sprzątać bez sensu. Przecierałam już czyste blaty, poprawiałam poduszki, które nie wymagały poprawy. Co kilka minut sprawdzałam telefon, a potem złościłam się na siebie, że znów czekam w taki sposób, którego się wstydzę. Przecież mogłam wyjść, ogrzać się gdzieś indziej. Mogłam zachować się jak osoba niezależna, dorosła, rozsądna.

Zostałam. Siedziałam w grubych skarpetach, owinięta kocem, i próbowałam nie liczyć godzin. Z każdą kolejną minutą coraz trudniej było mi uwierzyć, że to spotkanie do późna tylko przypadek. Że zimno w mieszkaniu nie ma nic wspólnego z tym, jak dawno temu przestaliśmy się ogrzewać nawzajem. Gdy zapadł zmrok, poczułam, że nie chodzi już o temperaturę. Chodziło o to, czy Dawid w ogóle chce wracać.

Przestał się odzywać

Pierwszy raz zadzwoniłam o dwudziestej. Połączenie zostało przerwane po kilku sygnałach. Pomyślałam, że jeszcze ma spotkanie, że jest w drodze, że może nie słyszy, że zaraz oddzwoni. Położyłam telefon obok siebie na kanapie i wpatrywałam się w czarny ekran, jakby to była kwestia skupienia. Minęło dziesięć minut. Potem kolejne. Cisza zaczęła pulsować, wypełniając całe mieszkanie. Wstałam, przeszłam do sypialni, dotknęłam zimnej pościeli. Puste miejsce obok wyglądało dziwnie oficjalnie, jakby było przygotowane na nieobecność. Zadzwoniłam jeszcze raz.

– Dawid, odbierz, proszę – powiedziałam do poczty głosowej, choć nie planowałam zostawiać wiadomości. – Jest zimno. Martwię się.

Słowo „martwię się” zawisło w powietrzu dłużej, niż bym chciała. Brzmiało jak prośba, a ja nie chciałam prosić. Usiadłam na łóżku i zaczęłam się targować sama ze sobą. Jeśli oddzwoni do dwudziestej drugiej, uznam, że wszystko jest w porządku. Jeśli napisze, że się spóźni, przestanę się nakręcać. Każda minuta rodziła nową umowę, żadna nie była dotrzymana.

Około dwudziestej drugiej pojawiła się złość. Cicha, skupiona, bez słów. Przypomniałam sobie wszystkie wcześniejsze wieczory, kiedy wracał późno, a ja udawałam, że to nic takiego. Kiedy tłumaczyłam jego nieobecność zmęczeniem, pracą, wszystkim poza brakiem chęci. Zrozumiałam, że ta noc nie jest wyjątkiem, tylko kolejnym punktem w dobrze znanym schemacie.

Napisałam krótką wiadomość, której długo nie mogłam wysłać.

„Czy ty w ogóle dziś wrócisz?”.

Nie odpisał. Leżałam w łóżku w ubraniach, bo było zbyt zimno, żeby się rozebrać. Słuchałam odgłosów z klatki schodowej, każdy krok wydawał mi się jego. Za każdym razem czułam ukłucie nadziei, które zaraz gasło. Nad ranem złość ustąpiła miejsca pustce. Przestałam dzwonić, przestałam sprawdzać telefon. Zasnęłam na krótko, bardziej z wyczerpania niż ze spokoju. Gdy się obudziłam, łóżko obok było nadal puste. Tym razem wiedziałam już, że nie chodzi tylko o tę noc.

To brzmiało tak banalnie

Obudziłam się po ósmej. W mieszkaniu było cicho, ale nie tak jak w nocy. Grzejnik w końcu był ciepły. Położyłam na nim dłoń i przez chwilę patrzyłam na to zdziwiona, jakby ktoś zrobił mi spóźnioną uprzejmość. Ciepło przyszło samo, bez Dawida, bez mojego czekania.

Telefon leżał tam, gdzie go zostawiłam. Jedna wiadomość, wysłana o siódmej trzydzieści.

– „Przepraszam. Zasiedziałem się. Wrócę później”.

Nie było pytania, jak się czuję. Nie było wzmianki o nocy, o zimnie, o tym, że nie odbierał. „Zasiedziałem się” zabrzmiało tak zwyczajnie, że aż zabolało. Jakby chodziło o kawę, która przeciągnęła się o kwadrans. Nie odpisałam. Usiadłam przy stole, tym samym, który dzień wcześniej przygotowałam na wieczór we dwoje. Jedzenie wylądowało w koszu. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo jestem zmęczona – nie brakiem snu, tylko sobą. Tym, ile energii zużyłam na czekanie.

Prawdę poznałam kilka godzin później, zupełnie mimochodem. Zadzwoniła jego siostra, z którą rzadko rozmawiałyśmy. Pytała o coś zupełnie innego, ale w pewnym momencie rzuciła:

– Dawid mówił, że nocował u Leny, bo u niej było ciepło. Słyszałam, że u was była jakaś awaria.

U Leny. Imię, które znałam aż za dobrze, choć nigdy nie było wypowiadane wprost. Zrobiło mi się dziwnie lekko, jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężar domysłów.

Był u niej? – zapytałam spokojnie, aż sama się zdziwiłam.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

– Dorota… nie wiesz? Oni ostatnio spędzają ze sobą dużo czasu.

Rozłączyłam się bez pożegnania. Nie płakałam. Najbardziej uderzyło mnie nie to, że był z kimś innym, ale jak łatwo znalazł dla siebie „cieplejsze miejsce”. Bez walki, bez wahania. Zrozumiałam, że tej nocy nie wybrał przypadku ani wygody. Wybrał, ale nie mnie. Siedziałam w ogrzanym mieszkaniu i myślałam o tym, ile razy zgadzałam się na chłód, byle tylko nie zostać sama. Przyszło mi do głowy, że może samotność nie zawsze jest najgorszym wyborem.

Sama się ogrzeję

Zostałam w mieszkaniu przez resztę dnia. Grzejniki pracowały już normalnie, ciepło powoli wypełniało każdy kąt, ale nie przynosiło ulgi. Niczego nie zabierałam, niczego nie wyrzucałam. Jakby decyzja miała się wydarzyć sama, bez mojego udziału.

Dawid wrócił wieczorem. Usłyszałam klucz w zamku i poczułam spokój, który mnie samą zaskoczył. Wszedł ostrożnie, jak ktoś, kto liczy na to, że zastanie tylko ciszę.

– Hej – powiedział cicho. – Wiem, że musimy pogadać.

Skinęłam głową, ale nie ruszyłam się z miejsca.

Wiem, gdzie byłeś – odpowiedziałam. – I nie chodziło tylko o to, że było zimno.

Patrzył na mnie długo, jakby szukał właściwej wersji siebie. W końcu wzruszył ramionami.

Nie chciałem robić dramatu.

Te słowa zamknęły coś we mnie na dobre. Zrozumiałam, że dramatem nie była ta noc, tylko wszystkie wcześniejsze zgody na bycie drugą opcją. Na czekanie, na tłumaczenie, na obniżanie własnych oczekiwań, żeby było mu wygodniej.

Nie wyrzuciłam go, nie podniosłam głosu. Powiedziałam tylko, że potrzebuję czasu i przestrzeni. Przyjął to z ulgą, co było odpowiedzią samo w sobie. Gdy wyszedł do drugiego pokoju, poczułam ciężar, ale i coś nowego – uczciwość wobec siebie.

Wieczorem położyłam się w łóżku sama. Tym razem pustka obok nie bolała tak bardzo. Była faktem, nie karą. Pomyślałam, że może właśnie od tego miejsca zaczyna się ciepło, którego nie da się zapewnić ani obietnicą, ani obecnością kogoś, kto nie chce zostać.

Dorota, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama