„Szwagierka mówiła, żebym nie puszczała męża samego w góry. Choć wtedy z tego żartowałam, dziś nie jest mi do śmiechu”
„Przez pierwsze dwa dni jeszcze pisał. Rano lakoniczne dzień dobry, potem zdjęcie jakiejś doliny we mgle albo kubka kawy na tle szczytów. Wieczorem kilka zdań, że jest zmęczony, ale szczęśliwy. Że dobrze mu ta samotność robi. Pisał, że czyta książkę, którą zostawiła mu Ola. To mnie nawet rozbawiło — ona niby podejrzliwa, a sama mu pakowała lektury do plecaka”.

Nie należę do kobiet podejrzliwych. Nigdy nie śledziłam męża, nie grzebałam mu w telefonie, nie zadawałam tych wszystkich pytań: „A kto to?”, gdy ktoś do niego dzwonił. Wierzyłam mu, bo nie dawał mi powodów do niepokoju. A przynajmniej tak myślałam. Kiedy zapowiedział, że potrzebuje samotnego wyjazdu w góry, by „przewietrzyć głowę” i „uciec od zgiełku”, nie robiłam scen. Uśmiechałam się i pomachałam mu na do widzenia. Nawet śmiałam się, kiedy jego siostra rzuciła półżartem, że sama by go nie puściła. Może to właśnie mój spokój był błędem. Bo po jego powrocie... wszystko się zmieniło.
Pocałował mnie w czoło
— Kochanie, pojechałbym sam w góry. Na kilka dni, nie więcej. Muszę się przewietrzyć — powiedział pewnego wieczoru, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa.
Spojrzałam na niego znad kubka herbaty. Trochę mnie zaskoczył, bo nigdy nie wspominał o takich potrzebach. Owszem, lubił góry, ale zawsze jeździliśmy razem. A teraz, nagle, potrzebuje samotności?
— Sam? — zapytałam, próbując ukryć zdumienie.
— No... tak. Bez nikogo. Po prostu chcę pobyć sam ze sobą. Zabrać książkę, może pochodzić po szlakach, przemyśleć parę rzeczy.
Wzruszyłam ramionami. Było mi trochę przykro, ale przecież nie będę go zatrzymywać. Każdy czasem potrzebuje oddechu, prawda?
— Jasne, jedź. Odpocznij. Tylko daj znać, gdzie dokładnie będziesz spał — uśmiechnęłam się lekko. — Na wypadek, gdybyś zaginął w zaspach.
On zaśmiał się, pocałował mnie w czoło i powiedział:
— Dlatego cię kocham. Że nie robisz problemów.
Nie zrobiłam. Przynajmniej wtedy. Po cichu nawet byłam z siebie dumna — taka wyrozumiała żona. Taka wspierająca. Nie miałam pojęcia, że właśnie podjęłam najgorszą decyzję w moim życiu.
Rozłączyła się bez pożegnania
Niecały dzień po jego wyjeździe zadzwoniła jego siostra, Ola. Nie byłyśmy jakoś szczególnie blisko, ale rozmawiałyśmy od czasu do czasu. Tym razem jednak jej ton był inny niż zwykle — nieco spięty, jakby krążyła wokół czegoś, co chciała powiedzieć, ale nie wiedziała, czy powinna.
— I co, puściłaś go? — zapytała bez przywitania.
— A co miałam zrobić? Przykuć go do kaloryfera? — zażartowałam.
— Może nie, ale... — Zawahała się. — No dobra, powiem ci wprost. Zastanów się, z kim on tam pojechał.
Zmarszczyłam brwi.
— Przecież powiedział, że sam.
— I ty w to wierzysz?
— Ola, no błagam cię. To mój mąż, nie chłopak z Tindera.
Westchnęła.
— Wiem, że go kochasz. Wiem, że nie chcesz widzieć tego, co może być niewygodne. Ale ja mam oczy. I uszy. I jakbym była na twoim miejscu, nie spałabym tak spokojnie.
— Czy ty coś wiesz, czy tylko mnie straszysz? — zirytowałam się.
— Nic nie mówię, nic nie sugeruję. Po prostu... miej oczy szeroko otwarte, dobra?
Rozłączyła się bez pożegnania. Zostałam z telefonem w dłoni i nieprzyjemnym ściskiem w żołądku.
Po co miałby kłamać?
Przez pierwsze dwa dni jeszcze pisał. Rano lakoniczne „Dzień dobry”, potem zdjęcie jakiejś doliny we mgle albo kubka kawy na tle szczytów. Wieczorem kilka zdań, że jest zmęczony, ale szczęśliwy. Że dobrze mu ta samotność robi. Pisał, że czyta książkę, którą zostawiła mu Ola. To mnie nawet rozbawiło — ona niby podejrzliwa, a sama mu pakowała lektury do plecaka.
Trzeciego dnia było już inaczej. Rano nic. Po południu odpisał dopiero po moim pytaniu: „Wszystko okej?”. Napisał tylko: „Tak, dużo dziś chodziliśmy. Jestem padnięty”. Zatrzymałam się na tym słowie. „Chodziliśmy”? Z kim? Przecież miał być sam.
Zadzwoniłam. Nie odebrał. Po dwóch godzinach napisał, że nie słyszał telefonu, bo był pod prysznicem. O dziewiętnastej. Na szlaku. Nie pytałam, nie drążyłam. Głupia byłam. Czwarty i piąty dzień to już prawie cisza. Odpowiadał półsłówkami, czasem tylko serduszkiem. Wieczorami znikał całkowicie. Tłumaczył, że zasypia ze zmęczenia. I że tam, w domku, ma kiepski zasięg. A ja? Wmawiałam sobie, że to tylko moja wyobraźnia. Przecież zasłużył na odpoczynek. Był zmęczony ostatnimi miesiącami. Po co miałby kłamać? Po co, naprawdę?
Jakby chciał wypełnić przestrzeń słowami
Wrócił w niedzielę wieczorem, jak obiecał. Wysiadł z pociągu z zarzuconym na ramię plecakiem i zmęczonym uśmiechem. Przytulił mnie, pocałował w policzek i powiedział, że było cudownie, ale cieszy się, że już jest w domu. Pachniał świeżym powietrzem, sosną i... jakimiś kobiecymi perfumami. Albo może to tylko mi się wydawało?
Nie chciałam zaczynać rozmów na peronie, więc milczałam całą drogę do domu. On opowiadał, że spał w schroniskach, że spotkał kilku fajnych ludzi, z którymi przemierzał szlaki. Nawet podał kilka imion: Kuba, Patryk, jakaś Magda. Rzucał je jakby od niechcenia, bez historii, bez emocji. Jakby chciał wypełnić przestrzeń słowami.
Wieczorem, gdy wziął prysznic, zerknęłam na jego telefon, by uspokoić sumienie. W galerii zdjęć, obok górskich krajobrazów, znalazłam jedno, którego nie powinno tam być. Zdjęcie przy kominku, w drewnianej chacie. On, w tym samym swetrze, który miał na sobie dzisiaj. I dziewczyna. Śliczna, z długimi ciemnymi włosami. Siedziała blisko niego, bardzo blisko. Patrzyła w obiektyw, on na nią. Rękę trzymał na jej kolanie.
Nie wróciłam do domu
Nie zrobiłam sceny. Nie wyrwałam mu telefonu z ręki, nie wykrzyczałam, co widziałam. Zamiast tego siedziałam przy stole, czekając, aż wyjdzie z łazienki. Kiedy wszedł do kuchni, spojrzałam mu prosto w oczy.
— Z kim byłeś w tej chacie? — zapytałam spokojnie.
Zamarł. Przez chwilę udawał, że nie rozumie. Potem próbował kłamać. Że to przypadkowa znajomość, że spotkali się w schronisku, że wszyscy siedzieli razem przy kominku, że to kolega zrobił zdjęcie.
— Ręka na jej kolanie to też przypadek?
Zamilkł. I wtedy zrozumiałam, że już nie chodzi o to, że mnie zdradził. Chodziło o to, że z taką łatwością patrzył mi w oczy i kłamał. Bez zawahania. Jakby nic się nie stało.
— Ile to trwa? — zapytałam.
Nie odpowiedział. Milczenie bolało bardziej niż każda inna wersja prawdy. Wstałam od stołu, wzięłam klucze i kurtkę. Wysłałam wiadomość do Oli: „Miałaś rację”. Odpisała po chwili tylko: „Przepraszam. Nie chciałam, żebyś cierpiała”.
Tamtej nocy nie wróciłam do domu. Spałam u przyjaciółki, a raczej patrzyłam w sufit, próbując zrozumieć, kiedy ostatnio naprawdę rozmawialiśmy. Może to wszystko zaczęło się psuć dużo wcześniej. A ja tylko nie chciałam tego widzieć.
Teraz to ja wyjeżdżam
Przez kolejne dni próbował rozmawiać. Pisał, dzwonił, przyszedł nawet pod pracę. Raz czekał trzy godziny w samochodzie, aż wyjdę. Gadał o błędzie, o chwili słabości, o tym, że nic nie znaczyła. Że to była „tylko przygoda”. Że mnie kocha. Siedziałam naprzeciwko niego w kawiarni i patrzyłam, jak z każdym kolejnym zdaniem kurczy się w sobie. Jakby dopiero teraz docierało do niego, co naprawdę zrobił. Nie płakałam. Nie wybuchłam. Po prostu zapytałam:
— Dlaczego nie powiedziałeś, że jesteś nieszczęśliwy?
Nie odpowiedział. Może sam nie wiedział. Wróciłam do domu, ale już nie do niego. Zabrałam rzeczy. Zmieniłam numer. Zablokowałam go wszędzie. Bo kiedyś może wybaczyłabym zdradę. Gdyby przyszedł, zanim pojechał. Gdyby miał odwagę powiedzieć, że coś między nami pęka. Ale on wolał udawać. Kłamać. Śmiać się, całować, a potem wracać do niej.
Czasem ludzie mówią, że wszystko dzieje się po coś, że każde rozstanie to lekcja. Może. Moja lekcja była prosta: nie każdy, kto mówi, że potrzebuje samotności, naprawdę chce być sam.
Teraz to ja wyjeżdżam. W góry. Sama. Bez tłumaczenia.
Iwona, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Dziadka udaję dobrą wnuczkę i daję czekoladki. Dziadek się wzrusza i sypie mi za to kasą”
- „Pojechałam na ferie sama, by wypocząć. Przypadkowe spotkanie zimą rozgrzało mnie bardziej niż niejeden letni romans”
- „Dzień Dziadka przypomina mi, że dla wnuków jestem już tylko bankomatem. Muszę naszykować kopertę, bo nie przyjdą”

