„Synowa zaprosiła nas na obiad, ale zamiast rosołu jedliśmy pizzę. A mówiłam synowi, że dobra żona musi umieć gotować”
„Kiedy tamtego popołudnia na stół wjechały kartonowe pudełka zamiast parującej wazy z rosołem, czułam, jak wzbiera we mnie fala oburzenia. Opowiedziałam o tym wszystkim: sąsiadce, fryzjerce, siostrze. Śmiałyśmy się z jej nieporadności, kręciłyśmy głowami nad upadkiem obyczajów”.

- Redakcja
Myślałam, że to kwestia złego wychowania, może lenistwa, a na pewno braku szacunku do tradycji. Przez tygodnie żyłam w przekonaniu, że mój syn popełnił błąd, wiążąc się z kobietą, która nie potrafi zadbać o domowe ognisko. Kiedy tamtego popołudnia na stół wjechały kartonowe pudełka zamiast parującej wazy z rosołem, czułam, jak wzbiera we mnie fala oburzenia. Opowiedziałam o tym wszystkim: sąsiadce, fryzjerce, siostrze. Śmiałyśmy się z jej nieporadności, kręciłyśmy głowami nad upadkiem obyczajów. Nie miałam pojęcia, że każdy kęs tej nieszczęsnej pizzy był dowodem na heroiczną walkę, którą ta dziewczyna toczyła w ciszy, by uratować moją rodzinę przed finansową katastrofą.
Starałam się być dobrą teściową
W moim domu niedziela zawsze pachniała rosołem z lubczykiem i pieczonym mięsem. To nie był tylko posiłek, to był rytuał. Wstawałam wcześnie rano, jeszcze zanim domownicy przetarli oczy, by nastawić wywar na wolnym ogniu. Mój mąż, Henryk, zawsze powtarzał, że dom poznaje się po kuchni. Wychowałam mojego syna, Pawła, w przekonaniu, że wspólny posiłek przy stole nakrytym białym obrusem to fundament rodziny. Że to moment, w którym okazujemy sobie troskę.
Kiedy Paweł ożenił się z Agatą, miałam mieszane uczucia. Była miła, owszem, ale taka... nowoczesna. Zawsze w biegu, z telefonem przyklejonym do dłoni, w dżinsach zamiast w sukience. Mimo to starałam się być dobrą teściową. Nie wtrącałam się, nie komentowałam bałaganu w przedpokoju, choć buty rzucone byle gdzie kłuły mnie w oczy. Jednak zaproszenie na „uroczysty niedzielny obiad” do ich nowego mieszkania uznałam za przełom. Pomyślałam, że Agata wreszcie chce pokazać, że dorosła do roli pani domu. Że chce nas ugościć tak, jak należy.
Ubrałam się w moją najlepszą garsonkę, Henryk założył krawat. Kupiliśmy drogie wino i bukiet kwiatów. Jechaliśmy do nich z nadzieją i otwartymi sercami. Wyobrażałam sobie, jak siedzimy przy stole, Paweł chwali kuchnię żony, a my z Henrykiem z dumą patrzymy na synową. Rzeczywistość uderzyła we mnie już na klatce schodowej. Zamiast zapachu domowego rosołu, na korytarzu unosiła się woń starego kurzu i... niczego więcej. Drzwi otworzyła nam Agata. Wyglądała na zmęczoną, miała niedbale spięte włosy i bluzkę, która wyglądała, jakby dopiero co wyjęła ją z kosza na pranie. Uśmiechnęła się blado, zapraszając nas do środka.
– Cześć, mamo, cześć tato – powiedziała cicho, odbierając kwiaty.
Weszłam do salonu i zamarłam. Stół co prawda stał na środku, ale nie było na nim obrusu, jedynie podkładki. Żadnej zastawy, żadnych półmisków. Paweł wyszedł z kuchni, niosąc szklanki. Wyglądał na spiętego. Wymieniliśmy z Henrykiem szybkie spojrzenia.
Chodziło o lekceważenie
Usiedliśmy, prowadząc sztywną rozmowę o pogodzie i korkach w mieście. Czekałam, aż Agata pójdzie do kuchni, by przynieść wazę. Zamiast tego usiadła z nami i nerwowo spoglądała na zegarek.
– Coś się stało, kochanie? – zapytał Henryk, próbując rozładować atmosferę. – Czekamy na coś specjalnego?
I wtedy rozległ się dźwięk domofonu. Agata zerwała się z miejsca jak oparzona.
– To pewnie jedzenie – rzuciła, biegnąc do przedpokoju.
Zamarłam. Jedzenie? Domofon? Przecież zaprosiła nas na domowy obiad. Po chwili wróciła z dwoma wielkimi, płaskimi pudełkami. Zapach taniego sera i sosu czosnkowego wypełnił pokój, dusząc w zarodku moje wyobrażenia o idealnym popołudniu.
– Przepraszam was najmocniej – powiedziała, kładąc kartony na stole, prosto na tych eleganckich podkładkach. – Nie zdążyłam nic ugotować. Po prostu... czas mi uciekł przez palce. Pomyślałam, że pizza będzie w porządku. Wszyscy lubią pizzę, prawda?
Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Nie zdążyła? W niedzielę? Przecież nie pracuje w weekendy. Co mogła robić takiego ważnego, że nie znalazła dwóch godzin na przygotowanie prostego dania?
– Pizza? – powtórzyłam chłodno. – Oczywiście. Bardzo... młodzieżowo.
Paweł chrząknął, wyraźnie zażenowany.
– Agata miała ciężki tydzień, mamo – próbował jej bronić, ale w jego głosie nie było przekonania.
Jadłam ten kawałek ciasta, który smakował jak tektura, i czułam, jak rośnie we mnie żal. To nie chodziło o jedzenie. Chodziło o lekceważenie. Zapraszasz teściów pierwszy raz od miesięcy i serwujesz im fast food, bo „nie zdążyłaś”? Dla mnie to był policzek. Czułam się nieważna. Czułam, że mój syn trafił na kobietę, która kompletnie nie rozumie, na czym polega prowadzenie domu. Wyszliśmy stamtąd godzinę później, tłumacząc się zmęczeniem.
Biedny ten mój Paweł
Następnego dnia spotkałam się z Krysią i Basią w naszej ulubionej kawiarni. Nie wytrzymałam. Musiałam to z siebie wyrzucić.
– Nie uwierzycie, czym nas wczoraj podjęła – zaczęłam, mieszając energicznie herbatę. – Pizza z pudełka. Rozumiecie? Zaprosiła nas na dwunastą, a o dwunastej piętnaście przyjechał dostawca na skuterze.
Krysia, która szczyci się swoimi wypiekami, omal nie upuściła ciastka.
– Żartujesz, Elu. Chyba bym się pod ziemię zapadła na jej miejscu – skomentowała.
– Powiedziała, że nie zdążyła – kontynuowałam z gorzką satysfakcją. – Siedzi w domu, nie mają dzieci, mieszkanie małe, a ona nie zdążyła. Co ona robi całymi dniami? Przegląda internet? Maluje paznokcie? Biedny ten mój Paweł. Widziałam, jak mu było wstyd. Schudł, zmizerniał. Nic dziwnego, skoro żywi się takimi odpadkami.
– To jest to pokolenie – pokiwała głową Basia. – Oni chcą mieć wszystko łatwo i szybko. Zero poświęcenia. My wstawałyśmy o świcie, prałyśmy, gotowałyśmy dwudaniowe obiady i jeszcze szłyśmy do pracy. A one? Zmęczone życiem, bo muszą włożyć naczynia do zmywarki.
Czułam się lepiej, słysząc ich potakiwania. Utwierdziły mnie w przekonaniu, że mam rację. Że Agata jest leniwa i roszczeniowa. Przez kolejne tygodnie historia o pizzy stała się moją dyżurną anegdotą. Opowiedziałam ją kuzynce przez telefon, wspomniałam o niej sąsiadce na klatce. „Synowa z pudełka” – tak ją w duchu nazwałam.
Unikałam wizyt u nich, bojąc się, że następnym razem poda mi coś innego z papierka. Paweł dzwonił rzadziej, a kiedy już rozmawialiśmy, jego głos był matowy, pozbawiony energii. Pytałam, czy wszystko w porządku. Odpowiadał zdawkowo, że „dużo pracy”. Myślałam, że to jego praca w korporacji tak go wykańcza. Nie przyszło mi do głowy, by zapytać o cokolwiek głębiej. Byłam zbyt zajęta pielęgnowaniem swojej urazy.
Co to wszystko znaczy?
Minął miesiąc. Henryk poprosił mnie, żebym podjechała do Pawła, bo zostawił u nas w garażu komplet kluczy do działki, a akurat był w okolicy w pracy i nie mógł odebrać. Miałam je podrzucić do ich mieszkania, bo Agata – jak zakładałam – na pewno siedzi w domu i „odpoczywa”. Zadzwoniłam domofonem, ale nikt nie odpowiadał. Zdziwiłam się. Była dziesiąta rano, środa. Agata pracowała zdalnie jako jakaś asystentka, więc powinna być na miejscu. Spróbowałam jeszcze raz. Cisza. Miałam jednak swój komplet kluczy, który dali nam „na wszelki wypadek” zaraz po ślubie. Postanowiłam wejść, zostawić klucze na szafce i wyjść.
Otworzyłam drzwi cicho, nie chcąc nikogo budzić, gdyby jednak spali. Weszłam do salonu i stanęłam jak wryta. Wszędzie był bałagan, na podłodze leżały stosy jakichś dokumentów, wykresy, tabelki. A pośrodku tego chaosu, na małym krześle przy laptopie, spała Agata. Głowę miała opartą na klawiaturze, jedną ręką wciąż trzymała długopis. Wyglądała tragicznie. W świetle dnia widziałam cienie pod jej oczami, które sięgały chyba połowy policzków. Była w tym samym dresie, co miesiąc temu. Zrobiłam krok do przodu i podłoga skrzypnęła. Agata drgnęła gwałtownie, podrywając się z przerażeniem w oczach.
– Już wstaję! – krzyknęła chrapliwym głosem, zanim zorientowała się, gdzie jest i kto przed nią stoi.
– Mamo? – zapytała, mrugając powiekami. – Co ty tu robisz? Coś się stało z Pawłem?
– Z Pawłem nie – odpowiedziałam powoli – Przyszłam zostawić klucze. Agato... co to wszystko znaczy?
– To nic, ja tylko... trochę dorabiam – bąknęła, przecierając twarz dłońmi.
– Dorabiasz? – dopytałam.
Agata westchnęła ciężko, jakby uszło z niej całe powietrze. Opadła z powrotem na krzesło.
– Proszę, nie mów Pawłowi, że ci powiedziałam, jak bardzo jest źle – szepnęła, a w jej oczach pojawiły się łzy.
Wiedziałam, co sobie pomyślisz
Usiadłam na brzegu kanapy, jedynym wolnym miejscu, które nie było zajęte przez pudełka.
– O czym mam nie mówić? Dziecko, co się tutaj dzieje?
Agata wzięła głęboki oddech.
– Paweł stracił premię kwartalną i roczną dwa miesiące temu. Firma ma cięcia. Jego pensja zasadnicza ledwo starcza na kredyt. On jest załamany, mamo. Wstydzi się wam powiedzieć. Bał się, że stracimy mieszkanie.
Słuchałam jej z otwartymi ustami. Mój syn, mój dumny Paweł, ukrywał przed nami takie problemy?
– Więc wpadłam na pomysł, że wezmę trochę dodatkowych zleceń – kontynuowała Agata. Potem brałam więcej. I więcej.
– W dzień pracuję na etacie zdalnie, żebyśmy mieli na bieżące rachunki, a w nocy... dorabiam, pracując dla innych firm. Śpię po trzy godziny na dobę od czterech tygodni.
Spojrzałam na nią zupełnie inaczej. To nie było lenistwo. To było wycieńczenie.
– A ten obiad? – zapytałam, czując, jak rumieniec wstydu wypływa mi na policzki. – Ta pizza?
Agata uśmiechnęła się smutno.
– Tamtej nocy skończyłam o piątej rano. Miałam nastawiony budzik na dziewiątą, żeby pójść do kuchni, ale... po prostu go nie usłyszałam. Obudziłam się, jak zadzwonił Paweł, że wraca ze sklepu. Była jedenasta. Byłam w panice. Nie miałam nic. Chciałam odwołać wizytę, ale Paweł tak bardzo chciał, żeby było normalnie, żebyście nie zauważyli, że mamy kłopoty. Zamówiłam pizzę, bo to była jedyna rzecz, która mogła dotrzeć szybko. Wiedziałam, co sobie pomyślisz. Że jestem beznadziejna. Ale wolałam, żebyś myślała, że jestem leniwa, niż żebyś wiedziała, że toniemy w długach.
– I dlatego on tak schudł... – szepnęłam bardziej do siebie.
– Tak. Stres go zjada. Ale wychodzimy na prostą. Dzięki tym dodatkowym zleceniom zapłaciliśmy zaległe raty. Jeszcze miesiąc, może dwa takiej harówki i będziemy bezpieczni. Tylko błagam, nie mów mu, że widziałaś mnie w takim stanie. On myśli, że ja to lubię, że to moje hobby, które „przy okazji” przynosi pieniądze. Nie chcę, żeby czuł się winny, że żona musi pracować na dwa etaty.
Oceniałam po pozorach
Siedziałam tam i przypominałam sobie każde złośliwe słowo, które wypowiedziałam na jej temat. Każdy uśmieszek Krysi, każde potakiwanie Basi. Obgadywałam ją, robiłam z niej pośmiewisko, podczas gdy ona, nocami, kiedy ja spałam wygodnie w moim łóżku, ratowała byt mojego syna. Poświęcała swoje zdrowie, swój sen, swoją dumę, żeby ratować rodzinę. To nie ona nie dorosła do roli żony. To ja nie dorosłam do roli matki i teściowej. Oceniałam po pozorach, trzymając się kurczowo moich przestarzałych standardów „dobrej gospodyni”, kompletnie ignorując rzeczywistość, w jakiej przyszło żyć młodym.
– Jesteś niesamowita, dziecko – powiedziałam jej do ucha. – Jesteś najsilniejszą kobietą, jaką znam.
– Przepraszam za pizzę – wyłkała.
– Cicho już. Zapomnij o tej pizzy.
Wyszłam od nich godzinę później, ale nie pojechałam do domu. Pojechałam na rynek. Kupiłam warzywa, mąkę, jajka. Wróciłam do domu i uruchomiłam moją kuchnię jak nigdy dotąd. Zadzwoniłam do Henryka.
– Słuchaj, zmiana planów. Przez najbliższy miesiąc w weekendy nie ma nas dla nikogo. Będziemy zajęci.
Następnego dnia rano zapukałam do drzwi Agaty i Pawła. Tym razem Agata otworzyła szybciej, ale wciąż w piżamie.
– Mamo? – znowu była zaskoczona.
Weszłam do środka z dwoma wielkimi torbami termicznymi.
– Tutaj masz obiady na cały tydzień. Bigos, pierogi, zrazy. Wszystko poporcjowane, wystarczy odgrzać.
Agata patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
– Ale mamo, nie trzeba...
– Trzeba – przerwałam jej stanowczo, ale z uśmiechem. – Ty zajmij się biznesem, bo widzę, że masz talent. A ja zajmę się logistyką żywieniową.
Od tamtego dnia minęły trzy miesiące. Agata z Pawłem wrócili na prostą. A ja? Ja nauczyłam się najważniejszej lekcji w moim życiu. Że prawdziwa troska o dom nie wyraża się w idealnie wyprasowanym obrusie czy rosole podanym o dwunastej. Wyraża się w tym, co jesteśmy w stanie zrobić dla siebie nawzajem, gdy życie rzuca nam kłody pod nogi. I wiecie co? Wczoraj Agata zamówiła sushi na obiad. Nawet mi smakowało.
Elżbieta, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam zapoznać tatę z moimi teściami. Miła kolacja w restauracji zmieniła się w obrzucanie się błotem w oborze”
- „Córka wcisnęła mi dzieci na ferie, choć nie proponowałam. Obraziła się, gdy wystawiłam rachunek za koszty”
- „Na czas remontu mieszkania zamieszkaliśmy u teściów. Szybko wystawili nam słony rachunek za gościnę”

