„Synowa traktuje mnie jak darmową niańkę do dzieci. W nowym roku będę się spotykać z wnukami na własnych zasadach”
„Z miesiąca na miesiąc coś zaczęło się zmieniać. Sylwia przestała pytać, zaczęła stawiać mnie przed faktem dokonanym. Nie zapraszała, tylko podrzucała. I coraz rzadziej odbierała dzieci punktualnie. W końcu zaczęła przysyłać mi cały grafik. A mnie coś zaczęło uwierać”.

- Redakcja
Nie miałam nic przeciwko opiece nad wnukami. Naprawdę. Kochałam te małe istotki z całego serca i gdy tylko mogłam, z przyjemnością z nimi zostawałam. Jednak coś się zmieniło. Moja synowa zaczęła traktować mnie jak darmową usługę – jakby moje życie ograniczało się tylko do dyżurów z dziećmi. Nie pytała, czy mogę, tylko informowała, że „dziś o szesnastej wpadnie zostawić dzieci”. Ani „dziękuję”, ani „czy ci to pasuje”. Czułam się wykorzystywana i coraz bardziej zmęczona. W nowym roku przyszedł moment, że powiedziałam: dość. To ja ustalę zasady.
Kiedyś czułam się potrzebna
– Mamo, nie masz planów na czwartek, prawda? Zostawię ci dzieci na parę godzin – powiedziała Sylwia, nim zdążyłam się odezwać.
Nie zapytała, tylko oznajmiła. Wtedy jeszcze zbyłam to uśmiechem. Cieszyłam się, że mam kontakt z wnukami – Julką i Kubą. Byli wtedy jeszcze mali, potrzebowali ciepła, opowieści na dobranoc i domowego budyniu. I ja chętnie to wszystko im dawałam. Na początku Sylwia przywoziła ich z uśmiechem. Czasem przynosiła ciasto, czasem nawet posiedziała chwilę, zapytała, co u mnie. Czułam się potrzebna. Wnuki tuliły się do mnie i szeptały:
– Babciu, zostań z nami na zawsze!
Pamiętam, kiedy pierwszy raz poprosili mnie o pomoc, kiedy Julka miała kilka miesięcy. Był grudniowy wieczór, za oknem sypał śnieg, a ja siedziałam w fotelu, otulona kocem i czytałam książkę, gdy zadzwoniła Sylwia.
– Mamo, mam jutro bardzo ważne spotkanie w pracy, a Julka coś niewyraźnie się czuje. Czy mogłabyś jej u nas popilnować?
Nie wahałam się ani chwili.
– Oczywiście, kochanie. Przyjadę rano z samego rana.
Położyłam się spać podekscytowana. Nie przeszkadzało mi, że będę musiała wstać o szóstej. W sercu czułam ciepło i dumę, że mogę się przydać. Przez cały dzień nosiłam Julkę na rękach, gotowałam jej zupkę. Maleństwo płakało co chwilę, tuliło się do mnie jak do bezpiecznej przystani. Gdy zasypiała na moim ramieniu, czułam, że robię coś ważnego.
To było piękne. Wtedy nie czułam się wykorzystywana. Wręcz przeciwnie – miałam poczucie, że jestem ważna. Tyle że z miesiąca na miesiąc coś zaczęło się zmieniać. Sylwia przestała pytać, zaczęła stawiać mnie przed faktem dokonanym. Nie zapraszała, tylko podrzucała. I coraz rzadziej odbierała dzieci punktualnie. W końcu zaczęła przysyłać mi cały grafik. A mnie coś zaczęło uwierać.
Czułam narastający żal
– Mamo, przyjedziesz dziś na trzynastą? Kuba ma szczepienie, a ja muszę odebrać Julka z przedszkola. Będę wolna dopiero o szesnastej – rzuciła przez telefon Sylwia, jakby omawiała dostawę mebli, nie opiekę nad żywą osobą.
Spojrzałam na swoje notatki. Miałam zaplanowaną wizytę u ortopedy i dłuższe zakupy w centrum handlowym. Odłożyłam kartkę. No ale przecież to wnuki.
– Dobrze – odpowiedziałam, przekreślając w głowie wszystkie swoje plany na ten dzień.
Mieszkanie Sylwii i Darka było jasne, nowoczesne, pełne zabawek i chaosu. Weszłam, a przywitała mnie kakofonia dźwięków: bajka grająca w tle, dzwoniący telefon, stukot filiżanki o blat. Sylwia siedziała z komputerem na kolanach, w szlafroku, obok niej kubek z kawą. Miała lśniące, świeżo zrobione paznokcie.
– Mamo, super, że jesteś. Ja się muszę skupić, mam webinar. Dzieci są twoje – powiedziała z uśmiechem, nie odrywając wzroku od ekranu.
Zamrugałam kilka razy.
– A... webinar to znaczy szkolenie? – zapytałam ostrożnie.
– Nie, podcast z psycholożką. Bardzo rozwijający.
Nie zapytałam o nic więcej. Usiadłam obok bawiącego się Kubusia i próbowałam skupić się na nim, nie na narastającym żalu w środku.
Sytuacja zaczęła mnie przytłaczać
Zaczęłam mieć wrażenie, że nie jestem już niezależną osobą, tylko opiekunką na zawołanie. Synowa nigdy nie pytała mnie, czy mogę. Po prostu zakładała, że jestem. Codziennie. Moje mieszkanie zaczęło przypominać schronisko. W przedpokoju stała torba z ubrankami „na wszelki wypadek”. W lodówce trzymałam jogurciki dla dzieci. Nawet w łazience miałam ich dziecięce ręczniki. Mój świat zaczął się kręcić wokół cudzych potrzeb.
W niedzielę odezwał się mój telefon.
– Mamo, jutro o ósmej u Julka w przedszkolu jest dzień dziadków. Zawieź go proszę, weź udział, wróć z nim do domu, nakarm i połóż spać. My wrócimy późnym wieczorem.
– A wy? – zapytałam z lekkim niepokojem.
– Mamy wolne, jedziemy ze znajomymi za miasto.
Zatkało mnie. Nie dlatego, że chcieli pojechać. Niech jadą, odpoczynek się należy. Ale fakt, że nie zapytali, czy mam czas, czy chcę. Po prostu „masz to zrobić”. W tamtą niedzielę miałam być na imieninach u kuzynki. W szafie wisiała przygotowana sukienka, na stole leżał prezent. Zadzwoniłam, przepraszając, że mnie nie będzie. Czułam, jak coś we mnie pęka.
Koniec z tym
W poniedziałek zadzwonili o ósmej rano. Siedziałam jeszcze w piżamie, w rękach miałam kubek herbaty. Za oknem sypał śnieg. Świat wyglądał bajkowo, biało, miękko. Telefon zadzwonił, to była Sylwia.
– Mamo, nie panikuj, ale złapaliśmy last minute na Malediwy. Wylatujemy za dwie godziny. Dzieci już spakowane, są w aucie. Przyjedziemy, zostawimy je u ciebie.
– Na jak długo? – zapytałam zduszonym głosem. Miałam dziwne przeczucie, że to nie będą trzy dni.
– Dziesięć dni. Spokojnie, mają wszystko. Leki, ubrania, książeczki. Ty tylko musisz być. Kochamy cię!
Zamarłam. Wyjeżdżają, zostawiając dwójkę małych dzieci jak rzeczy. Otworzyłam usta, chciałam coś powiedzieć, ale połączenie zostało zakończone. Minęło dwadzieścia minut, gdy zobaczyłam ich pod blokiem. Sylwia uśmiechnięta, w nowej białej kurtce, z ogromnymi okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Darek ciągnął walizki. Dzieci siedziały w fotelikach, z czekoladkami w dłoniach i słuchawkami na uszach.
– Mamo, błagam, ratuj nas! Musieliśmy wziąć to, co było. Wiesz, jak dzieci potrafią zepsuć wakacje – rzuciła szybko Sylwia, dając mi buziaka w policzek i wypychając chłopców do środka.
– Nie mam słów… – wyszeptałam, trzymając za rękę zaspanego Kubę.
– Dziękujemy! Kochamy cię! – krzyknęli oboje, jakby to było hasło, które załatwia wszystko. I zniknęli.
Drzwi się zamknęły. W korytarzu zapadła cisza. Z kuchni dochodził tylko dźwięk tykającego zegara.
– Babciu, możemy bajkę? – zapytała Julka.
Zrobiłam im naleśniki, potem kakao. Wieczorem kąpałam, czytałam bajki, przytulałam. Ale nocą, kiedy zasnęli, usiadłam w kuchni i zaczęłam płakać. Łzy kapały na stół. Nie mogłam powstrzymać tego szlochu. Czułam się jak rzecz, jak mebel. Przez dziesięć dni nie zadzwonili. Nie zapytali, czy wszystko w porządku, czy dzieci zdrowe, czy ja daję radę.
Wiedziałam, że to nie dzieci mnie wykorzystują. One mnie kochają. To ich matka zamieniła mnie w bezpłatną usługę. I podjęłam decyzję. W moim sercu zrobiło się miejsce na jedno słowo: koniec z tym.
Miałam tego dość
Wrócili w zimowe popołudnie. Wpadli do mieszkania z głośnym śmiechem. Ich skóra miała odcień ciemnego brązu, a włosy Sylwii błyszczały od morskiej soli.
– Cześć, mamo! – powiedziała z uśmiechem Sylwia, rzucając torby na podłogę. – Dzieci grzeczne?
Zamilkłam. Nie odpowiedziałam. Powoli, bez pośpiechu, zaczęłam zakładać płaszcz, zapięłam guziki jeden po drugim.
– Mamo, o co chodzi? – zapytała, wyczuwając zmianę.
– To był ostatni raz – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
– Ostatni raz co?
– Ostatni raz, kiedy pozwoliłam ci decydować o moim życiu, moim czasie. Od dziś, jeśli chcesz, żebym pomogła – pytasz. Nie zostawiasz dzieci na ostatnią chwilę.
Zrobiła wielkie oczy. Nie była przyzwyczajona, że mówię stanowczo. W drzwiach minął mnie Darek. Zapytał, co się dzieje. Powiedziałam mu to samo, co jej. Widziałam, że próbował coś wymamrotać, ale nie znalazł słów.
– Mamo, przecież Sylwia ci ufa. Dzieci cię kochają.
– A ja? Ja siebie już nie kocham. Zmieniłam się w kogoś, kto anuluje swoje plany, przegapia badania, nie je obiadu, żeby dzieci zjadły więcej. Nawet nie mogę odpocząć człowiek, bo muszę być „dyspozycyjna”. Dla kogo? Dla was?
Zamilkli. Nie wiedzieli, co powiedzieć. Wzięłam torbę i wyszłam. I choć na zewnątrz był mróz i ślisko, czułam, jakby ktoś po latach zdjął mi z pleców ogromny ciężar.
Babcia nie jest służbą
Od tamtego dnia minęło już kilka tygodni. Telefon dzwoni rzadziej. Gdy Darek napisał, czy mogłabym odebrać Julkę z przedszkola, odpisałam spokojnie: „Nie mogę. Mam swoje plany”. I naprawdę je miałam. Kino z koleżanką, potem herbata i rozmowy do nocy. Przypomniałam sobie, że jestem kobietą. Nie tylko babcią.
Nie odcięłam się od wnuków. Nigdy bym tego nie zrobiła. Kocham ich nad życie. Gdy do mnie dzwonią, serce mi rośnie. Julka opowiada mi, że ma nową panią w przedszkolu. Kuba chwali się, że nauczył się jeździć na rowerze.
Ale już nie godzę się na to, by traktowano mnie jak ich darmową niańkę. Od teraz babcia nie jest służbą. Jest człowiekiem. I ma prawo do życia, które nie zaczyna się i nie kończy na cudzych grafikach.
Jeśli Sylwia zadzwoni z pytaniem, a nie z oczekiwaniem – rozważę to. Jeśli będzie mnie szanować – pomogę jej. Jeśli będzie nadal mnie wykorzystywać – nie kiwnę palcem. Nie jestem twarda. Mam miękkie serce i słabą wolę. Ale jestem też zmęczona. I zasługuję na odpoczynek.
Nowy rok przyniósł mi coś, czego się nie spodziewałam – siłę. I tę siłę chcę wykorzystać dobrze. Nie przeciwko komuś. Dla siebie.
Barbara, 54 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wybrałem się na tego samego sylwestra, co moja była. Miały być czułe wspomnienia, a wyszła powtórka z rozrywki”
- „Teściowa całe życie mnie upokarzała. Wredna jędza doigra się, gdy pozna moje postanowienie noworoczne na 2026”
- „Sylwester w górach z ukochanym skończył się złamanym sercem. Dowód zdrady w walizce rozwiał moje wątpliwości”

